poniedziałek, 31 grudnia 2012

Zakupy i zdobycze ostatnich dni

Jak być może pamiętacie, pisałąm o tym, że Joko/Miraculum likwiduje swoje wyspy w Warszawie. Jako, że bardzo lubię ich kosmetyki i że od tej pory będą dla mnie raczej trudno dostępne, postanowiłam poczynić zapasy.

Kupiłam kolejny żel marki Paloma, tym razem o zapachu wanilii z Madagaskaru. Pachnie ciepło i urzekająco, ale nie mdło. Delikatna słodycz wanilii i miękkość bawełny z odrobiną owocowej rześkości to połączenie, które zachwyciło mnie nie mniej niż kwiatowo-owocowa kompozycja Palomy - hiszpański kwiat pomarańczy. Te żele są naprawdę godne uwagi, szkoda, że tak mało dostępne.

Z kolorówki Joko zdecydowałam się na bazę pod cienie (miałam kiedyś jedną z Joko i jedną z Virtuala, były bardzo dobre, a ta ma być podobno jeszcze lepsza), mlecznoróżowy lakier do paznokci w odcieniu J124 Cotton Candy i pomadkę Double Therapy w kolorze 119. 

Lakiery Joko bardzo lubię, szybko schną na paznokciach (a nie w buteleczce), pięknie wyglądają, często wystarcza jedna warstwa, nie są drogie. Niestety, trwałość pozostawia wiele do życzenia, ale jeśli nałożymy pod nie bazę, a kolor utrwalimy Top Coat'em, efekt powinien być wystarczająco trwały.

Pomadka jest dla mnie nowością. Skusił mnie jej różano-beżowy kolor z rodzaju 'my lips but better'. Myślę, że bedize doskonały do noszenia na co dzień. Pomadka ma aksamitną konsystencję, sprawia wrażenie bogatej i nawilżającej. Będziemy testować!

Na zdjęciu możecie również zobaczyć żel pod prysznic o zapachu cedru z Yves Rocher. Cóż, nie mogłam tam nie wejść, skoro już byłam w centrum handlowym, tym bardziej nie mogłam wyjść z pustymi rękami, widząc promocję -50% na wiele artykułów. Lubie wodę kolońską Cedre Bleu, prawdopodobnie wrócę do niej na wiosnę i wtedy też zużyję ten żel.


 Trochę kosmetyków też dostałam od mojej mamy, która z kolei dostała je od swojej znajomej. Są to:
- krem z olejkiem z awokado Ziaja,
- krem do cery naczynkowej Miraculum (wkrótce go otworzę, z nieba mi spadł, potrzebuję czegoś wzmacniającego na noc, zwłaszcza, jeśli powrócą niskie temperatury),
- jedwabiste serum do ciała For Angel od Delii (użyłam kilka razy i jest mega przyjemne, cudownie wygładza, choć chyba zimę trochę za słabe)
 - naturalny jedwab do włosów Delii (ani to naturalne, ani jedwabne - same silikony i trochę jedwabiu pod koniec składu, ale przyda się do dyscyplinowania włosów zimą)
- bazę pod podkład Art Scenic Eveline (przetestuję dziś pod mój makijaż sylwestrowy)
- wygładzający eliksir zwężający pory AA Prestige (poczeka na wiosnę).

To by było na tyle. Idę się przygotowywać na noworoczne szaleństwo ;)

Szczęśliwego Nowego Roku!

Buziaki,
Fifruwajka


niedziela, 30 grudnia 2012

Paczka z Yves Rocher i inne zdobycze

Dziś pokażę Wam część moich okołoświątecznych nabytków. Korzystając z przedświątecznej zniżki -50% zrobiłam zakupy w sklepie internetowym Yves Rocher.

Zdecydowałam się m.in. na kurację oczyszczającą (po świątecznmy obżarstwie) SOS Detox z zieloną herbatą i mniszkiem lekarskim.

Wybrałam sobie również wodę perfumowaną Voile d'Ambre w pojemności 30 ml. Doszły mnie ostatnio słuchy o jej niedługim wycofaniu, więc postanowiłam kupić mniejsze opakowanie w niskiej promocyjnej cenie. Zapach ambrowy, jak mówi sama nazwa, orientalny, ciepły, zmysłowy.

Do tego wybrałam sobie trzy pastylki do kąpieli o zapachu jabłka, maliny i jeżyny.
Jako gratis do zakupów otrzymałam maleńki uroczy kuferek. Jak widzicie, jest naprawdę nieduży. Myślałam, że będę w nim trzymać lakiery do paznokci, ale okazał się za mały. 

Ostatecznie, uznałam, że zostanie mieszkaniem dla moich próbek i miniaturek.

Za wszystko zapłaciłam 75zł. Zgodnie z warunkami promocji nie poniosłam żadnych kosztów przesyłki.
Zrobiłam też trochę zakupów w innych sklepach. Na mojej ulubionej wyspie Miraculum/Joko w galerii handlowej kupiłam żel do kąpieli o zapachu hiszpańskiego kwiatu pomarańczy Paloma Body Spa, oraz lakier Joko z kolekcji Colors of Luxury w odcieniu J165 Nude Elegance. Żel pachnie oszałamiająco, zapach jest, powiedziałabym, owocowo-kwiatowy z odrobiną nut drzewnych i piżma w bazie, ogólnie wszystkie kompozycje zapachowe żeli Palomy są genialne. Lakiery Joko uwielbiam za to jak pięknie wyglądają na płytce i błyskawicznie schną. Nowy kolor jest rzeczywiście nude i rzeczywiście elegancki.

W sklepiku osiedlowym kupiłam sól do kąpieli stóp Delii (9 zł), a z Rossmanna przyniosłam szczotkę do długich włosów z włosiem dzika. W Hebe wybrałam sobie himalajską sól do kąpieli Azja Spa i po raz drugi zdecydowałam się na olejek do kąpieli Afrodyzjak Piżmo &Jaśmin. Zakupy te robiłam w poprzednim tygodniu.

Doszły mnie niestety słuchy o likwidowaniu wysp Joko w galeriach handlowych w Warszawie, więc dziś wybrałam się po kosmetyki Joko/Miraculum ponownie. Zrobiłam trochę zapasów, bo nie wiem, czy będę miała dostęp do tych kosmetyków, pokażę Wam je jutro razem ze zdobyczami świątecznymi i kolejnym zamówieniem z Oriflame.

Buziaki,
Fifruwajka

sobota, 29 grudnia 2012

Grudniowy projekt denko :)

Co zużyłam? Sami zobaczcie. Nie mam tego tak dużo jak w poprzednich odsłonach projektu denko, ale coś tam się już zebrało w mojej torbie na zużyte kosmetyki. Kończy się miesiąc (i rok!), pora więc na małe podsumowanie.

Zacznę od kosmetyków do pielęgnacji twarzy.

 W Tallinnie kupiłam mleczko, które było niewypałem, piekło w oczy i składało się głównie z parafiny. Zło!

Do gustu nie przypadł mi również tonik nawilżający Yves Rocher. Recenzja tu. Wtedy jeszcze nie byłam nim taaaak znudzona.

Miniatura maseczki Biodermy Hydrabio również mnie nie zachwyciła. Nawilżenie bardzo przeciętne jak na cenę i obietnice producenta. Na tej miniaturze poprzestanę, jeśli chodzi o przygody z maskami Biodermy.

Resztę kosmetyków sobie chwalę mniej lub bardziej.

Moim faworytem jest żel do mycia twarzy Polleny, przepięknie i intensywnie pachnący łąką, dość agresywnie i skutecznie myjący twarz, trochę obawiałam się podrażnień, ale nic takiego nie miało miejsca. Zużyłam go z dużą przyjemnością, dawał wyraźne uczucie oczyszczenia.

Maseczka La Karnita miała postać papierowej maski nasączonej produktem. Ładnie nawilżyła i odżywiła przesuszoną sezonem grzewczym i terapią Isotrexem buzię. Spodobała mi się na tyle, że  jeśli tylko znów uda mi się ją spotkać, na pewno kupię.

Polecam również maseczkę Mincer z linii Zielona Apteka. Recenzję przeczytacie tu.

Zużyłam też dwie próbki: kremu do cery wrażliwej Miraculum i scrubu do twarzy Swedish Spa Oriflame. Po dwukrotnym użyciu ciężko wyrokować, ale krem Miraculum zrobił na mnie dobre wrażenie, scrub uważam za rzadki i za słaby, by poradził sobie z moją mieszaną cerą.

Wykończyłam również kilka kosmetyków do ciała i włosów.


Płyn do kąpieli Joanny przecudnie pachnie bzem.
Zapach jest intensywny i bardzo autentyczny. Niestety, jakość samego płynu jest niska, szczególnie gdy porównuję go z olejkami do kąpieli Bielendy. Nie jest wydajny i przesusza, gdy bierzemy z nim kąpiele częściej niż raz -dwa w tygodniu.

Szampon z malwą dodający objętości Yves Rocher również mi się nie spodobał. Niby agresywny SLS zastąpiono łagodniejszym ALS, ale i tak potwornie podrażniał mi skórę głowy i wywoływał łupież. Zapach OK, konsystencja też, ale co z tego skoro robił mi krzywdę?

Za to maseczka dodająca gęstości tej samej marki już mi się spodobała. Ładnie nawilżała włosy, nie puszyły się, nie elektryzowały. Zapach mnie nie urzekł. Wydajność - około miesiąca, stosowana zamiast odżywki co dwa dni przy każdym myciu włosów. 

Masło co ciała Afryka Spa marki BeBeauty (Biedronka) nie podobało mi się. Naczytałam się pozytywnych opinii na wizażu i spodziewałam się wielkiego wow. Same właściwości są przeciętne, masło się maże, potrzeba trochę wysiłku by wmasować je w skórę, najbardziej jednak rozczarował mnie zapach. Jest mdły i płaski, nudny, bez pazura, szybko mnie znudził i zaczął męczyć.

Kupiłam też pastylkę do kąpieli Funny Farm z Biedronki. Kosztowała 1-2 złote i dobrze, że tylko tyle, bo nie jest na pewno więcej warta. Trochę pachnie, trochę zmiękcza wodę, wszystko robi 'trochę'.

Krem do rąk L'occitane był genialny, wysmarowałam go do ostatniej kropli, Nosiłam go zawsze w torebce i gdy tylko czułam, że dłonie robią się przesuszone, ratowałam je właśnie tym maleństwem. Gęsta, kremowa konsystencja i intensywny kosmetyczny zapach typu klasyczny Nivea. Mocne nawilżenie (20% masła shea w składzie). Drogi, ale jeśli będzie w promocji, zrobię zapasy.

To wszystko na ten moment. Wykańczam kolejne kosmetyki, idzie to ciężko, bo najchętniej otworzyłabym wszystkie kosmetyki na raz, szczególnie te do kąpieli i smarowania. Trzymam się jednak planu i zapraszam na kolejne denko w styczniu.

Buziaki,
Fifruwajka

środa, 26 grudnia 2012

Grudniowe zakupy

Dziś przychodzę ze zdjęciami kosmetyków, o które powiększyła się moja - i tak już niemała - kolekcja.
Zacznę od paczki Oriflame. Jak już wiecie, zapisałam się jakiś czas temu do klubu Oriflame, bo stweirdziłam, że wygodniej będzie mi zrezygnować z usług konsultantki i zamawiać kosmetyki bezpośrednio od firmy. Dla nowych cżłonków  Oriflame oferuje atrakcyjne programy powitalne, postanowiłam skorzystać z tego, który obowiązywał w czasie kiedy się zapisałam. Przy zakupie kosmetyków na określoną sumę punktów, otrzymujemy atrakcyjne nagrody. Dlatego właśnie moje zamówienia (choć kupuję tylko dla siebie) były tak duże. Następne powinny być już mniej szalone ;)


Jak zwykle kupiłam sporo zapachów. Wody Giordani Gold White używam od wielu lat i uważam, że jest jednym z lepszych produktów Oriflame w ogóle. Bardzo udana kompozycja, elegancka i kobieca, uniwersalna, zapach pasuje tak na dzień jak i na wieczór. Klasyczne (ale nie nudne!) połączenie nut szyprowych, kwiatowych i odrobiny słodyczy w bazie. Fantastyczna trwałość i jakość zapachu jak na tę cenę, zapach towarzyszy mi od rana do wieczora. W katalogach świątecznych często w cenie wody dostajemy produkty uzupełniające, dlatego musiałam się skusić, choć mój poprzedni flakon GG White jeszcze się nie skończył.


Moje kolejne perfumeryjne nabytki to woda Enigma (tym razem w pełnowymiarowym flakonie) i woda Intense  Embrace. O Enigmie pisałam już w poście o poprzednim zamówieniu z Oriflame. Zapach jest cudowny, piękny, przypomina mi nową Dolce &Gabbana Pour Femme, mają nawet podobne kolory opakowań. Są to zapachy ciepłe, miękkie, otulające, choć w lekko zaczepny sposób. Jest to jednak tylko to, jak je odbieram, różnią się między sobą nutami, nie ma też mowy o żadnym podrabianiu. Oriflame swój zapach wypuściło jako pierwsze, jednak przede wszystkim to nie są zapachy podobne w zakresie pokrewieństwa nut. To co je łączy to słodycz, oraz kobiecy, zmysłowy charakter.

Intense Embrace kupiłam ponieważ pojawiło się w katalogu po raz ostatni w super nieskiej cenie. Ostatni raz, gdy byłam w filii, obwąchałam wszystkie mocniejsze, cieplejsze zapachy i IE całkiem przypadło mi do gustu. Jest to intensywna pudrowa kompozycja, zdecydowanie wieczorowa, niestety, no nie trzyma się. Kupiłam je za około 30 złotych i nie żałuję.

Nie jestem jednak aż tak szalona, żeby kupować same zapachy. 

Uzupełniłam też zapasy kosmetyków do higieny i pielęgnacji.

Z lubianej przeze mnie kolekcji Molk&Honey skusiłam się na dwie nowości: mleczko do demakijażu, oraz maskę do włosów. Niestety, jeszcze ich nie otwierałam, więc nie potrafię Wam nic powiedzieć na ich temat.

Skusiłam się też na mydełko Brazil Nuts z limitowanej serii i żel pod prysznic Nature Secrets o zapachu kokosa i pszenicy.

Obu kosmetyków już zdążyłam użyć i z obu jestem zadowolona. Mydełko, jak wszystkie z Oriflame, jest bardzo przyjemne. Nie przesusza jak typowe drogeryjne Luksje czy Arko, pachnie delikatnie, nie rozmięka nadmiernie. Ma śliczny okrągły kształt i pięknie prezentuje się na mydelniczce.

Żele pod prysznic z Nature Secrets są fantastyczne. Do tej pory miałam ten z miętą i maliną, oraz widoczny na zdjęciu z kokosem i pszenicą. Jak malinowy uważam za genialny produkt do stosowania latem, tak ten kokosowy doskonale spisuje się zimą. Kosmetyk ma postać bardzo gęstego żelu, ani trochę nie przesusza skóry i przepięknie intensywnie pachnie. Jeśli jednak spodziewacie się autentycznie kokosowego zapachu, to się zawiedziecie. Jest to śliczny ciepły zapach, ale na pewno nie wprost kokosowy.



Jako nagrodę za zrealizowanie drugiego etapu programu witamy, otrzymałam nawilżający krem do twarzy na dzień i balsam pod oczy z kolekcji Aqua-Rhytm. Kupiłam sobie również tusz do rzęs Wonder (bajeczny) i żel na wypryski (ciężko coś powiedzieć, maziam nim pojawiające się czasem na mojej buzi krostki, ale trudno mi ocenić go właściwie po kilku zaledwie użyciach).


Kupiłam sobie również moją ulubioną emulsję do mycia twarzy Kasztan, oraz wymarzone Cafe. Zapach ten jest opisany jako parfum de toilette, także ciężko mi właściwie ocenić co to tak naprawdę jest - woda perfumowana, toaletowa czy coś pomiędzy? Niemniej jednak - trwałość jest diaboliczna, a zapach przepiękny. Pierniczkowy, orientalny, korzenny, zbliżony do kultowego Opium YSL, znacznie jednak tańszy. Nie jest to dziwne, ponieważ oba powstały w podobnym okresie, gdy panowały określone trendy perfumeryjne. Mnie zachwyca, jednak jego intensywność i wyrazisty orientalny charakter mogą mieć grono zdecydowanych przeciwników, może być odbierany jako babciny, męczący i ciężki. Ostrożnie z testowaniem na ręce... ;)

Kupiłam też dwa mydełka z linii Nostalgia Luksji. Są one rzeczywiście lepsze składowo i jakościowo od klasycznych mydeł tej marki, dlatego, gdy pojawiły się w Rossmannie w przecenie, wzięłam od razu dwie wersje zapachowe, Nie miałabym im nic do zarzucenia, gdyby nie to, że okropnie rozmiękają, czego po prostu nie znoszę w mydłach. Kostki są olbrzymie, ale jakoś je zużyję i ngdy więcej nie kupię!

Jak tam po świętach? Przejedzone? Ja strasznie! Wiem, że dawno mnie nie było, ale zaczęłam realizować Postanowienia Noworoczne już przed Sylwestrem i więcej się tu pojawiać już teraz :)

Buziaki,
Fifruwajka :)

niedziela, 2 grudnia 2012

Listopadowe denko!

Nagadałam się w poprzednim poście, tym razem od razu zabieram się do rzeczy :)


Masełko oliwkowe Eveline doczekało się swojej recenzji tu, podobnie olejek do kąpieli afrodyzjak piżmo i jaśmin od Bielendy, recenzja tu.

Żel pod prysznic Yves Rocher o zapachu różyczki zabrałam ze sobą na wyjazd w 50 ml opakowaniu. Zdecydowanie przypadł mi do gustu, nie wysuszał, ślicznie pachniał, a zapach ładnie utrzymywał się na ciele (jak na żel).

Ten od Klorane posiada wszystkie zalety poprzednika, a ponadto uroczo owocowo pachnie, do zarzucenia jest jedynie jego dość wysoka, jak na żel, cena.

Płyn do higieny intymnej Żurawina Bielendy jest genialny. Posiada idealną, nie za rzadką konsystencję. Nie podrażnia, a wręcz łagodzi, skutecznie oczyszcza delikatne okolice intymne. Opakowanie 300 ml wystarczyło mi na 4 miesiące, jest zatem także dość wydajny. Polecam.

Żel o zapachu granata Yves Rocher troszkę zmęczył mnie swoim zapachem, słodkim, wręcz przesłodzonym. Sam żel jakościowo jest dobry, jak wszystkie z serii Jardins du Monde. Pozostanę jednak przy zapachach takich jak Migdał czy Kawa, zdecydowanie bardziej mi odpowiadały.

Biedronkowe mydełko Creme marki BeBeauty nie spodobało mi się. Opakowanie nawiązuje do Dove, jednak pomiędzy tymi produktami jest nie tylko duża różnica cenowa, ale i jakościowa. Mydełko pachniało przyjemnie, niestety, przesuszało dłonie. Nie powtórzę zakupu.


Link do recenzji maseczki oliwkowej Ziaja tu

Szampon Babydream mył raczej moje pędzle i świnkę morską niż moje włosy. Czasem jednak zdarzało mi się użyć go również do własnej czuprynki. Dobrze się sprawdzał się we wszystkich tych funkcjach, szczególnie jednak polecam go do prania pędzli.

 Szampon Noni Care jest godny polecenia. Dobrze oczyszczał włosy, nie przesuszał ich, nie powodował łupieżu. Pachniał przepięknie, podobnie do tego z papają i bambusem Alterry. 


Recenzja emulsji Kasztan: tu i maseczki Kasztan: tu

Na zdjęciu również zużyta próbka kremu Aqua Rhytm Oriflame. Niestety, nie mogę powiedzieć o nim zbyt wiele dobrego. To fakt, bardzo ładnie nawilża, ale... pozostawia woskową warstewkę na skórze, która zatyka pory i powoduje wysyp krostek. Może być dobry do cery suchej, zwłaszcza teraz, zimą, w prypadku tłustej i mieszanej nie sprawdza się.

Zużyłam również dwa produkty do stóp:

- kąpiel do stóp z Lidla, której jedyną wadą było to, że za szybko się skończyła. Myślę jednak, że nie wynikało to ze słabej wydajności produktu, ale z mojej chęci ciągłego moczenia w nim stópek. Atuty kąpieli to: ładny, niezbyt ostry zapach, zmiękczające wodę działanie, dość niska cena.

- peeling do stóp Biedronki do kolejny dobry produkt z dyskontu, niestety już wycofany. Peeling miał postać gęstego kremu z zatopionymi w nim drobinkami. Moim zdaniem, lepszy i skuteczniejszy od osławionego peelingu do stóp z lawendą Yves Rocher. Droższy odpowiednik góruje jednak nad kosmetykiem z Biedronki zapachem. Jest ot jednak jego jedyna przewaga.



Na koniec moja ukochana kategoria kosmetyków, czyli zapachy.

Wykończyłam jeden flakon 30 ml moich ulubionych perfum Code Giorgio Armaniego. O samym zapachu pisałam wiele razy, ostatnio w poście zapachy na jesień. Piękny i pancerny flakon, który przetrwał wiele upadków. Zapach wyjątkowy. Mój.

Do Estonii zabrałam również miniaturkę So Elixir o pojemności 5ml. Tu również znajdziecie informacje o tym, jaki jest to zapach. Napiszę tu jedynie tylko tyle, że miniaturki Yves Rocher są przeurocze, co możecie zobaczyć na zdjęciu obok. 

Bardzo dobrze So Elixir spisuje się jako zapach na zimę. Polecam wszystkim, którzy lubią słodkie, herbaciane zapachy (Flowerbomb). 
Yves Rocher robi stosunkowo tanie, jednak bardzo dobre jakościowo zapachy. Polecam.

Buziaki,
Fifruwajka

Powrót z Estonii i zapowiadane zdjęcia paczki Oriflame

Witam i oznajmiam, że żyjemy w bardzo ciepłym kraju i mamy tutaj niezwykle łagodną zimę :) W Tallinnie (stolica Estonii), skąd przyleciałam w piątek po południu, jeszcze w zeszłym tygodniu temperatury nocą spadały poniżej -10 stopni, a śnieg osiągał grubość 10 cm. U nas, czyściutko, zero śniegu, temperatury na plusie. Żyć, nie umierać.

Obiecałam Wam przed wyjazdem zdjęcia paczki Oriflame, projekt denko, oraz post (być może też konkurs) z estońskimi kosmetykami w roli głównej. O Oriflame przeczytacie jeszcze w tym poście, post z projektem denko planuję napisać i zamieść także jeszcze dziś. 

Niestety, w temacie kosmetyków z Estonii nie napiszę wiele, poza tym, że Bielenda rządzi (i Delia, i Soraya też!), ale o tym potem. Okazało się, że miałam mniej czasu wolnego niż myślałam, w tygodniu wcale, a dwa weekendy minęły bardzo szybko na zwiedzaniu i robieniu zdjęć. Z kosmetykami kontakt miałam tylko w trzech okolicznych marketach (dwa wielkości przeciętnego Lidla i jeden trochę mniejszy). Kosmetyki były w zasadzie wszystkie pochodzenia zachodniego (Nivea, Dove, itd.), podczas całego pobytu widziałam może kilka sztuk nieznanych mi marek (rosyjskich, estońskich, łotewskich...? nie wiem), ale nietety nie posiadały etykiety ani w języku angielskim ani w niemieckim ani tym bardziej w polskim, więc nie wiedziałam co to jest i do czego służy. 

Kupiłam do wypróbowania jedno mleczko - wyglądało i pachniało jak mleczko przynajmniej... nie jestem jednak pewna co to było, ale bardzo piekło w oczy... i zrezygnowałam z dalszych eksperymentów. Niestety, nie przywiozłam nic wartego uwagi, co mogłabym Wam tutaj pokazać. Co do konkursu, być może jakiś w najbliższym czasie zorganizuję, ale udział wezmą rodzime kosmetyki :)

Zauważyłam jednak, że wśród kosmetyków dostępnych w Tallinnie wiele z nich jest produkowanych w Polsce. W jednym z marketów jedynymi kremami do twarzy były te marki Bielendy (było ich chyba z 6-7 rodzajów), widziałam też płyny do makijażu Delii, żele pod prysznic Sorayi i inne). Lubię bardzo Bielendę, więc ucieszyłam się, że jest łatwo dostępna także za granicą.

W Polsce czekał na mnie prezent kosmetyczny!

Mój ukochany kupił mi maskotkę-owieczkę i wodę toaletową Lancome Hypnose 30 ml. Ostatnio bardzo marzyłam o tym zapachu, urzekła mnie mocna, ale niebanalnie podana w tym zapachu waniliowa ciepła nuta. Mało tego, mimo, że narzeczony nie dysponował moją kartą Sephory, zagadał ekspedientkę tak, że nabiła mi punkty na karcie. Gdyby nie to, że tęskniłam bardzo, to powiedziałabym, że opłaca się wyjeżdżać!

 A teraz to, co zapowiedziałam trzy tygodnie temu: paczka Oriflame, rozpakowana i posortowana na grupy produktów.

Zestaw Sparkle in Paris
Kupiłam zestaw Sparkle in Paris, który w katalogu 16 w ofercie wiązanej kosztował naprawdę niewiele. Woda toaletowa znajduje się w flakoniku 50 ml. Jest bardzo delikatna i, niestety, raczej nietrwała. Sam zapach jednak jest przyjemny i kobiecy. Myślę, że będzie się spokojnie nadawała do biura. W skład kolekcji wchodzi także żel do kąpieli i pod prysznic, balsam rozświetlający do ciała oraz dezodorant antyperspiracyjny. Jeszcze nie testowane.

Zestaw Eclat
Wodę Eclat kupiłam, bo interesowała mnie od dłuższego czasu, nie było to moje największe must have, ale skoro trafiła się atrakcyjna oferta cenowa, postanowiłam zaryzykować. Zapach, podobnie jak w Sprakle in Paris, jest bardzo nieinwazyjny, elegancki i łagodny. I niestety, także nietrwały. Ją także zużyję do pracy, myślę, że świetnie się sprawdzi w otoczeniu biurowym. Dezodorant i krem do ciała nietestowane.

Wody perfumowane: Mirage 50 ml i Grace 30 ml; woda toaletowa Enigma 30 ml, oraz krem do ciała Enigma
Wody w świątecznych flakonikach w katalogu 16 kosztowały 22 zł, cena dla członkiń klubu Oriflame była jeszcze niższa. Kupiłam oba dostępne damskie zapachy: Enigmę i Grace. Oba są bardzo ładne, ja jednak stawiam na Enigmę, która pachnie bardziej głęboko i mocno, choć jest to tylko EDP. Kremu o zapachu wody Enigma jeszcze nie testowałam.

Mirage są przepiękne, idealne na zimę. Wyrazisty, aromatyczny, iście zimowy zapach. Zapach ciepły, ale z pewnością nie z kategorii banalnie słodkich. Dominuje żywica elemi, czuć także różę i wetiwer. Piękny i ciekawy, a także trwały. Polecam!

Zamówiłam także płyn do higieny intymnej, który był polecany przez wiele osób, choć nie sądzę, że przebiję moją ulubioną żurawinkę Bielendy, pastę do zębów i migdałowe wydanie kremiku uniwersalnego.

Zdecydowałam się również na zakup podkładu adaptacyjnego Giordani Gold w odcieniu Porcelain. Mój dotychczasowy podkład Age Defying w odcieniu Light Ivory jest już zbyt ciemny, dlatego jaśniejszy podkład będę teraz mieszać z jasnym, by uzyskać idealny odcień.

Z ulotki wyprzedażowej kupiłam kryształki do kąpieli, a jako nagrodę w Programie Witamy dla nowych konsultantów otrzymałam zestaw pielęgnacyjny Swedish Spa. 

W jego skład wchodzą:

- krem regenerujący do rąk na noc, którego już użyłam raz w połączeniu z rękawiczkami i muszę powiedzieć, że efekty były zauważalne,

- peeling do ciała, który już kiedyś miałam i który jest baaardzo skutecznym i przyjemnym w użyciu kosmetykiem.

Ogólnie bardzo polecam serię Swedish Spa, kosmetyki są dobre lub bardzo dobre, nie spotkałam do tej pory żadnego bubla.

Przy okazji jeszcze dziękuję Ci, Kochana Cellulitko, za zaproszenie mnie do udziału w Tagu "Jesienne umilacze", mamy już co prawda grudzień, ale kto powiedział, że zimą nie wolno się dopieszczać?! Bardzo mi miło poza tym, że ktoś jeszcze pamiętał o tym, że istnieję, ja i ten blog. Mam nadzieję, że ktoś to jeszcze będzie czytał ;)

Buziaki dla Was,
Fifruwajka ;)

piątek, 9 listopada 2012

Plany blogowe

Mój problem polega na tym, że nie piszę bloga. Nie mam czasu, co więcej, zapowiada się, że w najbliższym okresie nie będę mieć go ani trochę więcej. W poniedziałek wylatuję do Estonii na trzytygodniowe szkolenie i dopiero po powrocie znów zacznę publikować. Cały weekend prawdopodobnie spędzę podczas przygotowań do wyjazdu.

Ale... po powrocie pokażę Wam:

1. kosmetyki z Estonii, które zamierzam kupić (jeśli znajdę coś fajnego, to zrobię konkurs, w którym będziecie mogły to wygrać) :)

2. paczkę z Oriflame, którą zamówię już w poniedziałek online, tego samego lub następnego dnia odbierze mój ukochany, a którą sama zobaczę dopiero 3 tygodnie później

3. zdjęcia Tallinnu :)

Przepraszam, że mój blog taki ostatnio zaniedbany. Ale postaram się później jakoś zrekompensować.

Buziaki,
Fifruwajka

piątek, 2 listopada 2012

Porównanie maseczek: rozświetlająco-nawilżająca Beauty Cycle marki Amway i nawilżająca Aqua Rhytm od Oriflame

Obie maseczki na według informacji na opakowaniach mają za zadanie przede wszystkim nawilżyć buzię. I tu się kończą ich punkty wspólne. Różnią się bowiem znacznie skutecznością, konsystencją i ceną.

Maseczka Oriflame zdecydowanie bardziej przypadła mi do gustu. Doskonale sprawdzała się latem, lekka żelowa konsystencja dawała poczucie nawilżenia, pozostawiając buzię delikatną i miękką.

Teraz, gdy jest chłodno, preferuję bardziej gęste i odżywcze produkty, z przyjemnością jednak wykończę otwartą tubkę i wiosną kupię kolejne opakowanie.

Maseczka pachnie delikatnie i świeżo, łatwo się rozprowadza i nie spływa podczas nakładania na twarz. 

Nie daje spektakularnych rezultatów, ale wywiązuje się z podstawowego zadania, jakie na opakowaniu deklaruje producent. Nawilża. Co do wygładzania zmarszczek, nie wiem, nie posiadam ;)

Cena regularna: 33 zł, w katalogu w promocji bywa znacznie taniej. Pojemność75 ml.

Z kolei maseczka marki Amway zdecydowanie nie zrobiła na mnie dobrego wrażenia. Jest to dla mnie tym bardziej dotkliwe, że produkt umieszczono w wielkiej 150 ml tubie, którą naprawdę trudno mi zużyć, biorąc pod uwagę fakt, że niechętnie jej używam.

Niestety, nie zauważyłam żadnych wyraźnych rezultatów. No, może delikatnie nawilża, ale rozświetlanie cery można włożyć między bajki. Plusem jest na pewno to, że nie działa komodogennie (sprawdzone na cerze z dużą skłonnością do zapychania).

Maseczka ma konsystencję białego niezbyt gęstego kremu. Pachnie ładnie i nienachalnie, od strony wygody użycia nie można jej nic zarzucić.
Kosztuje 49,90, ma jednak aż 150 ml pojemności, czyli dwa razy tyle co produkt Oriflame.

Ale i tak za nią nie przepadam, wolę użyć dowolnej innej. Jeśli ktoś ma pomysł, do jakich innych celów kosmetycznych można wykorzystać nielubianą maseczkę, proszę o komentarz.

Buziaki,
Fifruwajka

czwartek, 1 listopada 2012

Serum uszczelniające naczynka + maseczka łagodząca Bielenda Kasztan

Z serią Kasztan Bielendy jestem zaprzyjaźniona na stałe. Zużywam już chyba trzecią tubkę emulsji oczyszczającej z tej linii. Tym chętniej sięgnęłam więc po tę maseczkę. Za jedną saszetkę zapłaciłam 3,90. To sporo, jednak maseczki tej nie nakłada się grubą warstwą. Do tej pory użyłam jej już cztery razy i pewnie jeszcze wystarczy jej na jedną - dwie aplikacje.

Serum wchłania się niemal natychmiastowo. Po jego aplikacji nakładamy maseczkę, która na skórze zachowuje się jak półtłusty krem. Ma przyjemną, delikatną konsystencję, ładnie wygładza skórę. Nakładałam ją wieczorem i trzymałam na buzi przez całą noc.

Cera po nałożeniu jest złagodzona, uspokojona, nawilżona, a podrażnienia są zredukowane. 

Nie wiem, czy taka maseczka w trwały sposób może  wzmocnić i uszczelnić naczynka. Nie jestem kosmetologiem. W składzie dość wysoko znajdują się  rutyna, witamina C, ginkgo biloba. Są to substancje powszechnie znane jako te najskuteczniej działające na problemy naczynkowe.

Mogę Wam ją serdecznie polecić. W moim przypadku sprawdziła się bardzo dobrze.

Buziaki,
Fifruwajka

Paczki - Oriflame i Pollena-Ewa! Kocham paczki!

Zapisałam się ostatnio do klubu Oriflame. Od kiedy podjęłam pracę, okazało się, że nie mam już czasu na ciągłe rendez-vous z konsultantką. Lubię te kosmetyki, kupuję je regularnie, poza tym tuż obok mojego miejsca pracy znajduje się Warszawska filia Oriflame. Zamawiam je sobie przez internet, a potem odbieram w filii po wyjściu z pracy. 

Moje pierwsze zamówienie składało się z dezodorantów dla mojego faceta (sześciopak), ponieważ jako jedne z nielicznych nie zostawiają w ogóle śladów na ubraniach i długo pachną, dwóch męskich żeli pod prysznic i wody toaletowej Ascendant, która jest jego zapachem "na co dzień". Pozostałe rzeczy są moje i zobaczycie je na zdjęciu poniżej:


Kupiłam: dezodorant do skóry wrażliwej Activelle, mydełko Nature Secrets o zapachu mandarynki i drzewka herbacianego, kredkę do oczu w odcieniu Brown, pędzelek wachlarzowy do pudru i grzebyko-szczoteczkę do brwi. Wzięłam też wodę Dancing Lady, ale chyba oddam ją mamie, bo to jednak dla mnie zbyt mało wyrazisty zapach. Jej natomiast powinna się spodobać - ona lubi takie mydlane klimaty. Mam też próbki wód, które pomogą mi w kolejnych zakupach. Są to: woda toaletowa Delicacy, woda perfumowana By Marcel, woda perfumowana Paradise, woda perfumowana Mirage, woda perfumowana Midnight Pearl, woda toaletowa Dancing Lady Hypnotic Night, woda toaletowa Elvie White Magic, oraz woda toaletowa Sparkle in Paris.

Kiedyś pojawi się też osobny post na temat zapachów Oriflame, ponieważ dzięki dołączeniu do klubu będę miała do nich większy dostęp, a perfumy są tym rodzajem kosmetyków, który wzbudza we mnie największe emocje. 

Kolejną paczkę otrzymałam od firmy Pollena-Ewa. W sklepie internetowym można zrobić fajne zakupy za naprawdę nieduże pieniądze. Ja za całość wraz z przesyłką zapłaciłam 51,83. Zobaczcie, co kupiłam.


Zacznę od lewej. Woda toaletowa Loose no.1 jest na pewno zapachem zbliżonym do Paco Rabanne XS pour Elle. Moim zdaniem ma też coś wspólnego z Flowerbomb EDP, sama nie wiem, co, ale mam takie luźne skojarzenie, pobrzmiewa w niej również słodycz obecna także w So Elixir. Generalnie, pachnie owocowo - kwiatowo, czuję w niej sporo paczuli i odrobinę ocieplającej wanilii. Moim zdaniem to idealny zapach na co dzień właśnie na tę porę roku, którą mamy. Do pracy, do szkoły, nie jest jednak na tyle wyrafinowany, by nosić go na specjalne okazje. Za 10 złotych w promocji jest świetną okazję.

O oczyszczająco-łagodzącym żelu do mycia twarzy (5 zł) nie powiem wiele, podobnie rzecz ma się z perfumowanym dezodorantem Eva (4 zł) i regenerującą maseczką z migdałem i kokosem Eva Natura Therapy (8,33 zł).

Woda perfumowana Eva (15 zł) jest zapachem, po który będę sięgać raczej rzadko. Będę musiała mieć na nią specyficzny nastrój, wiem, jednak, że taki nastrój pojawi się pewnego dnia. Jest to wyraziście kwiatowa, intensywna kompozycja. Uwaga, może być odbierana jako duszna.

Jeśli macie jakieś pytania, chętnie odpowiem. Wiem, że wszystko opisałam bardzo ogólnikowo.

Buziaki,
Fifruwajka

niedziela, 28 października 2012

Moje ostatnie zauroczenie kosmetyczne, czyli afrodyzjak według Bielendy

Kiedy pokazywałam Wam ten płyn do kąpieli (producent napisał, że olejek, ale to bzdura, bo to jest płyn!), zaznaczyłam wyraźnie, że mam zastrzeżenia co do jego zapachu, że wyczuwam w nim jakąś syntetyczną nutkę i ogólnie nie jestem przekonana. Okazało się jednak, że kosmetyk rozpuszczony w wannie pełnej wody pachnie niesamowicie pięknie i nic mi w nim absolutnie nie przeszkadza. Więcej, aromat, który towarzyszy podczas kąpieli, mam wrażenie, że doskonale  mnie rozgrzewa i wspaniale relaksuje, dzięki czemu jest moim remedium na zmęczenie i przemarznięcie po powrocie do domu z pracy.


Jak możecie zobaczyć na zdjęciu, zużyłam go już sporo. Nie jest on jednak w żadnym razie niewydajny. Wręcz przeciwnie, wystarczy niewielka ilość, by poczuć jego cudowny zapach i by pojawiła się delikatna piana. Na pewno jest znacznie bardziej wydajny niż płyn do kąpieli Joanny, którego używałam wcześniej.

Co do deklarowanych przez producenta właściwości, związanych z tym jakoby był on afrodyzjakiem, nie wypowiem się. Nieskromnie może napiszę tylko, że nie są mi takowe potrzebne ;) Za to doskonale spisuje się jako kosmetyk pomagający poradzić sobie z chłodami jesiennych wieczorów. I tutaj mogę go zdecydowanie polecić. Czy pisałam już, że uwielbiam jego zapach? ;)

Buziaki,
Fifruwajka

Weekendowe zakupy

Z okazji weekendu, przypływu czasu i gotówki, odwiedziłam swój ulubiony osiedlowy sklepik, z którego nie wyszłam z pustymi rękami. Skończyła mi się ostatnio emulsja do mycia buzi, wkrótce zdenkuję tonik. Z tego względu uzupełniłam zapasy kosmetyczne o te produkty, skusiłam się również na maseczkę do cery naczynkowej z uwagi na tag maseczkowy i na gwałtownie pogarszającą się pogodę. W Biedronce kupiłam nowe mydełko z linii BeBeauty, ponieważ naszła mnie ochota na przetestowanie tej nowości rodem z dyskontu.

Oto rezultaty moich napadów na sklepy:


Kupiłam: po raz n-ty kremową emulsję do mycia twarzy Bielendy, serum+maseczkę tej samej marki w formie saszetki, tonik wzmacniający do cery naczynkowej Lirene, mydełko BeBeauty Creme Energy z Biedronki. Więcej grzechów nie pamiętam...

Buziaki,
Fifruwajka

piątek, 26 października 2012

Post przypominajkowy

Być może zauważyliście, że nie było mnie przez parę dni. Napięty grafik w ogóle nie pozwalał mi choćby zajrzeć na bloga przez ostatni tydzień. Dostałam nową pracę. Jestem nią totalnie zachwycona. Nie tylko jest ciekawa i rozwijająca, ale również warunki i atmosfera jakie panują w biurze naprawdę zachęcają do tego, by spędzić tam, jakby nie było, większość dnia. Przechodzę właśnie intensywne szkolenie, które potrwa jeszcze przez dwa kolejne tygodnie. Osiem godzin w pracy + dwie godziny spędzane w autobusach/tramwajach/metrze z tytułu dojazdu do pracy + godzina na zakupy i ugotowanie obiadokolacji = brak czasu na jakiekolwiek hobby. Ale postaram się coś z tym zrobić, jutro chyba spędzę cały dzień w garach, gotując i porcjując posiłki na cały tydzień. Już jutro wracam też z nowymi postami. 





Sobota będzie też dniem, w którym nareszcie pojadę do mojego domu rodzinnego, co prawda pojawię się tam tylko na kilka godzin, ale zdążę poszaleć z moim ulubieńcem, którego widzicie na zdjęciu powyżej. Wabi się Faworyt, nie bez powodu.

Napisałabym coś jeszcze dzisiaj, ale brak światła słonecznego nie pozwala mi zrobić sensownych zdjęć :( Do jutra zatem!

Buziaki,
Fifruwajka

piątek, 19 października 2012

TAG: Ile warta jest Twoja twarz?

Tym razem nie została otagowana, a mimo to postanowiłam odpowiedzieć na tytułowego TAGa. Zachęciło mnie to, że wiele bloggerek przede mną zrobiło tak samo. Uświadomiłam sobie również, że rzadko pokazuję na blogu kosmetyki do makijażu, a przecież (rzadziej niż częściej, ale) ich też używam! Dlatego zapraszam Was do zajrzenia w czeluście mojej kosmetyczki. Wszystkie kosmetyki, które pokażę, to moje hity, ponieważ 90% makijaży wykonuję z ich udziałem. 

Tak wyglądają wszystkie razem.


Makijaż z ich użyciem jest dość delikatny i naturalny. Zazwyczaj oczy zaznaczam matowymi brązami, w policzki wklepuję odrobinę pomarańczowego różu w kremie (ultra-delikatny efekt), a usta najpierw obrysowuję konturówką w kolorze ust, by potem wyrysowany kontur wypełnić beżowo-różową pomadką. I już.

Teraz szybkie wyliczenie kosmetyków i ich cen, a potem kilka słów ode mnie na ich temat.


1. Podkład ujędrniający Giordani Gold Oriflame w odcieniu Light Ivory 62,00 zł
2. Korektor mineralny Multi Mineral Anti-Age Concealer Bell w odcieniu 01  12,65 zł
3. Cień pojedynczy Pure Color Estee Lauder w odcieniu Chocolate Bliss 106,00 zł
4. Pomadka-Błyszczyk Nude Celia w odcieniu 602 9,50zł
5. Róż w kremie Air Flow Bell w odcieniu 01 14,00 zł
6. Kwadratowy wkład do paletki cieni Inglot w odcieniu Double Sparkle 463 12,00 zł
7. Kwadratowy wkład do paletki cieni Inglot w odcieniu Matte 452 12,00 zł
8. Tusz do rzęs Oriflame Beauty Wonder w odcieniu Black 35,00 zł
9. Paletka do brwi The Body Shop w odcieniu 02 39,00 zł
10. Konturówka do oczu Joko w odcieniu J450 12,90 zł
11. Konturówka do ust Luminelle Yves Rocher w odcieniu Naturel 15,00 zł

Co daje w sumie: 330,05 zł

Jeszcze słowo komentarza odnośnie powyższych cen. Podałam ceny regularne produktów. Jeśli producent zamieszczał je na swojej stronie lub we własnym sklepie internetowym, łatwe było dla mnie znalezienie wiarygodnej ceny, jeśli nie - kombinowałam. Cena cieni Estee Lauder pochodzi ze sklepu internetowego Douglasa, ceny cieni Inglota znalazłam tu, zdaję sobie jednak sprawę, że mogą być już nieaktualne.

A teraz słów parę odnośnie samych kosmetyków.

1. Podkładu używam rzadko, jeśli jednak już to robię, wybieram ten. Jest delikatny i nie tworzy widocznej warstwy. Nie kryje mocno, ale ładnie ujednolica koloryt skóry. Trzyma się przeciętnie. Nie wpływa negatywnie na stan cery.

2. Korektor Bell ma podobne zalety jak powyższy podkład. Wygląda na buzi naturalnie i lekko, nie ma mocnego krycia, ale ja unikam mocno kryjący 'maskotwórczych' kosmetyków, więc mi to nie przeszkadza. Subtelnie rozświetla skórę.

3. Cienie Estee Lauder mają przepiękny kolor głębokiej czekolady - ciepły i intensywny. Dobrze się z nimi pracuje, jednak ich trwałość pozostawia wiele do życzenia. Na bazie - jest ok. Ale i tak wolę Inglota, choćby ze względu na cenę.

4. Pomadko-błyszczyk Celii sprawił, że odstawiłam praktycznie wszystkie inne szminki. Ślicznie owocowo pachnie i gładko się rozprowadza na ustach. Nie podkreśla suchych skórek, nie wchodzi w załamania, nie wypływa poza kontur (choć i tak zawsze zabezpieczam usta konturówką). Pięknie wygląda na wargach, kryje mocniej niż błyszczyk, lśni bardziej niż szminka. W dodatku posiada idealny dla mojej jasnej cery odcień beżu z kroplą różu. Zwłaszcza, kiedy się spieszę, jest niezastąpiony, nakładam go jednym szybkim pociągnięciem i zawsze wygląda perfekcyjnie.

5. Róż w kremie Bell Air Flow jest po prostu fantastyczny! Wspaniale ożywia buzię, zwłaszcza bladą, jak moja. Dzięki temu, że jest w postaci kremowej, wdzięcznie i naturalnie prezentuje się na skórze. Nie tworzy efektu 'pudernicy'.

6 i 7. Cienie Inglota są świetne. Dobrze napigmentowane, trwałe, łatwo je ze sobą połączyć i rozetrzeć. Jasny beż jest świetny jako cień bazowy. W moim codziennym makijażu nakładam go na całą powiekę ruchomą, a w załamaniu rozcieram trochę czekoladowego cienia Estee Lauder. Na koniec używam gorzkiej czekolady z palety Inglota do wzmocnienia linii na górnej powiece (tym samym utrwalam kreskę).

8. Tusz do rzęs Wonder jest genialny. Doskonale rozczesuje, dodaje rzęsom objętości, trochę je wydłuża. Po dwóch warstwach wyglądają naprawdę efektownie, bez efektu ciężkości, bez grudek i pozlepianych rzęs. Mój ulubieniec obok Max Factora 2000 Calorie i Max Factora Masterpiece Max. Kupuję je zamiennie, choć ostatnio najczęściej wybieram jednak Wondera ze względu na cenę (ok. 17-18 zł w promocji w katalogu).

9. Paletka The Body Shop to mój ideał jeśli chodzi o cienie do brwi. Są trzy zestawy kolorystyczne, mój jest ten pośredni (polecam dla szatynek i ciemnych blondynek). Zawiera dwa odcienie brązu: chłodny i ciepły, zazwyczaj mieszam je ze sobą, by uzyskać idealny dla mnie kolor. Cienie trzymają się do wieczora, łatwo się je nanosi, pięknie wyglądają. Opakowanie jest solidne, a sam produkt szalenie wydajny. Jedynym minusem jest dołączony aplikator, którego nie używam, bo jest do niczego. Mam swój pędzelek Hakuro do brwi.

10. Konturówka do oczu Joko ładnie się utrzymuje i jest bardzo miękka, dzięki czemu łatwo się ją nakłada i rozciera. Niestety, łatwo ją zetrzeć z powieki, dlatego zawsze utrwalam ją cieniem. Ma dołączoną gąbeczkę do rozcierania, które nieźle się spisuje. Kosztuje niewiele. Kupię jeszcze nie raz.

11. Konturówka do ust Luminelle niestety została wycofana. Uwielbiałam jej kolor - był identyczny z naturalnym odcieniem moich warg. Nie znalazłam dla niej do tej pory żadnego godnego odpowiednika. Kiedy ją wycofywali, kupiłam trzy sztuki, ta, którą widzicie na zdjęciu, jest ostatnia. Sama konturówka jest niezłej jakości, dobrze się utrzymuje i jest odpowiednio miękka.

To już wszystko, mam nadzieję, że nie zanudziłam Was tak długim postem

Buziaki,
Fifruwajka

Maseczki Mincer Zielona Apteka

Miałam dotychczas trzy z czterech maseczek dostępnych w ofercie marki Mincer. Były to: maseczka odżywczo-regenerująca z ekstraktem z awokado i mandarynki, maseczka odżywczo-regenerująca z miodem i melonem, odżywczo-relaksująca  z ekstraktem z czereśni i imbiru. Wszystkie były bardzo przyjemne, nie różniły się zasadniczo działaniem. Dziś pokażę Wam ostatnią, ponieważ pachnie dla mnie najpiękniej i od jakiegoś czasu zawsze wybieram ją.


Maseczka świetnie się sprawdza jako uzupełnienie codziennej pielęgnacji, nie nawilża spektakularnie, ale ładnie łagodzi podrażnioną buzię i wspaniale relaksuje - to ten zapach! Uważam, że na rynku jest zbyt mało kosmetyków o wiśniowym zapachu - a to jedna z moich ulubionych nut owocowych. 
Maseczka starcza na dwa użycia i kosztowała 3,50 za saszetkę w pobliskim sklepiku zielarskim.

Pełen obietnic opis producenta, oraz sposób użycia...


i skład, który, niestety, nie powala...


Buziaki,
Fifruwajka ;)

środa, 17 października 2012

Avon Planet Spa - maseczka detoksykująca

O linii Planet Spa z Avonu słyszałam wiele dobrego. I, jak się okazało, już pierwszy kosmetyk z tej kolekcji, jaki miałam przyjemność używać, przypadł mi bardzo do gustu. Kupiłam do tej pory trzy maseczki w jakiejś korzystnej promocji, testuję tę błotną, na dwie pozostałe wkrótce przyjdzie czas.

Dziś zaczynam również realizować zasady maseczkowego TAG, z tego powodu to właśnie ta maseczka detoksykująca zostanie bohaterem dzisiejszej recenzji. 


Produkt posiada zwartą konsystencję. Wygląda jak szaro-bura gęsta maź. Dobrze się nanosi na twarz i z niej nie spływa. Lekko zastyga, jednak trzymany przepisową ilość czasu (15 minut) nie tworzy twardej skorupy. Pachnie specyficznie, zapach nie wzbudził u mnie entuzjazmu, ale nie mogę też powiedzieć, że w jakikolwiek sposób mi przeszkadzał. Znam gorsze. Dobrze się zmywa, choć może ubrudzić umywalkę. Uważam, że jest to mazidełko całkiem przyjemne w użyciu, choć szara maska na twarzy, którą tworzy, może wystraszyć listonosza albo sąsiadkę, która niczego się nie spodziewając, zapuka do naszych drzwi.

Co do działania, również jest bardzo dobrze. Maska nie przesusza cery, a w wyraźny sposób ją odświeża i oczyszcza. Czy detoksykuje? Nie wiem, ale mogę na pewno powiedzieć, że po zmyciu cera jest lekko zaróżowiona i wygląda zdrowo. Na tyle zachęciła mnie swoim działaniem, że użyłam jej kilka razy pod rząd, nie sięgając w tym czasie po inne maseczki (choć niektóre już się proszą o zużycie - data ważności się zbliża!).
 
Czy polecam? Zdecydowanie tak. Komu? Głównie cerom tłustym i mieszanym, maseczka korzystnie wpływa na wytwarzanie sebum. Moja cera, oprócz problemów trądzikowych, miewa również swoje kaprysy o  podłożu naczynkowym, skłonność do podrażnień i przesuszeń. Ta maseczka w żaden sposób jej nie podrażniła. Wyczuwam w niej jednak alkoholowy zapaszek, dlatego wrażliwcy, ostrożnie!

Idę zaraz zrobić sobie domowe SPA z czereśniową maseczką Mincer Zielona Apteka w roli głównej. Październikowy TAG skutecznie mnie do tego zmotywował ;)

Buziaki,
Fifruwajka

TAG: Akcja - pażdziernik miesiącem maseczek / nagroda w konkursie



Dzięki temu, że zostałam otagowana przez Kaczmartę z bloga Kaczka z piekła rodem, także ja będę  smarować i dopieszczać swoją buźkę w październiku. Dziękuję Ci, Kochana, za to wyróżnienie ;)

Organizatorką TAG- u jest Malina. Klikając w banner poniżej zostaniecie przeniesieni do jej bloga.




 Jeszcze jakiś czas temu maseczki stosowałam bardzo systematycznie, lecz ostatnimi czasy trochę sobie odpuściłam. Dlatego cieszę się bardzo, że wezmę udział w akcji, której celem ma być nasze dbanie o siebie. 

Na samym początku istnienia mojego bloga napisałam całą notkę o aktualnie posiadanych przeze mnie maseczkach, uzupełnioną o krótkie ich recenzje. Zapraszam Was do zapoznania się z tym postem tu.

Jeszcze dzisiaj pojawi się też krótka notka o detoksykującej maseczce Avonu z linii Planet Spa, która ostatnio przypadła mi do gustu.

Pokażę Wam też mój najnowszy zakup, zainspirowany wzięciem udziału w maseczkowej akcji...


... oraz nagrodę w konkursie organizowany przez dziewczyny z kanału WolinskiSobasProject na youtube. Bardzo lubię oglądać ich filmiki i, jak się okazało, udało mi się nawet u nich coś wygrać. :)


Jak widzicie, wygrałam kremik do rąk o owocowym zapachu. Taki drobiazg niby, a ile radości!

A teraz pora na kolejne dziewczyny, które chciałabym otagować i tym samym zaprosić do zabawy:
Cellulitka z bloga  http://cellulitka.blogspot.com/

W zasadzie, taguję wszystkie moje obserwatorki, jeśli tylko mają ochotę zrobić tego TAGa.

Celem tagu jest:
- zachęcenie do chwili relaksu, aby zrobić coś tylko dla siebie,
- zadbanie o swoją twarz bez względu na wszystkie obowiązki,
- poprawienie swojego wyglądu,
- wyrobienie sobie nawyku nakładania maseczki raz w tygodniu,
- radość i duma ze swojego wyglądu.

Zasady tagu:
- umieść baner z linkiem do inicjatora tagu Maliny,
- umieścić zasady tagu w poście na swoim blogu,
- dopisz się do listy obserwatorów Maliny,
- napisz, kto Cię otagował,
- zamieść raz w tygodniu recenzję co najmniej jednej testowanej maseczki,
- otaguj minimum 5 osób.

A zatem: maseczki na twarz!

Buziaki, 
Fifruwajka

wtorek, 16 października 2012

Bioderma Hydrabio płyn micelarny

Szybka recenzja jednego z moich ulubionych 'zmywaczy' do twarzy.  

Mam dużo zaufania do produktów Biodermy. Do tej pory z dużą przyjemnością używałam kremów do twarzy (Hydrabio UV, linia Sebium), płynów micelarnych (Hydrabio, Sensibio, Sebium), filtrów przeciwsłonecznych (Photoderm Max) tej marki. Żaden produkt mnie nie rozczarował i kosmetyki tej marki kupowałabym jednak częściej, gdyby były trochę tańsze. W zasadzie dla każdej kategorii produktów Biodermy, które kupowałam regularnie jeszcze kilka lat temu, udało mi się znaleźć tańsze odpowiedniki. Wyjątkiem są płyny micelarne. W 100% bezkonkurencyjne.


Aktualnie używam płynu micelarnego Hydrabio H2O, jednak kupuję go zamiennie z Sensibio, kierując się tym, który z nich w danym momencie lepiej wychodzi cenowo. Nie widzę między nimi istotnych różnic. 

Płyny micelarne służą mi do demakijażu twarzy, nie używam ich jednak codziennie. Na ogół nie noszę mocnego makijażu i do oczyszczenia twarzy wystarcza mi umycie jej wodą z dodatkiem emulsji Bielendy Kasztan. Cięższy, poimprezowy make-up zmywam kilkuetapowo. Zaczynam od demakijażu oczu, używając płynów dwufazowych, następnie usuwam podkład, puder i róż za pomocą płatków nasączonych płynem micelarnym. Ostatnie szlify nadaje mycie wodą i emulsją Kasztan. Taki rytuał  nieczęsto się zdarza, dlatego z płynu micelarnego korzystam rzadko.

Już zdążyłam wspomnieć, że w moim przekonaniu Bioderma posiada najlepsze płyny micelarne spośród wszystkich dostępnych na polskim rynku. Dlaczego?

Są niesamowicie skuteczne. Szybko i sprawnie rozpuszczają makijaż, nie rozmazując go. Przy tym w ogóle nie podrażniają. Można je stosować nawet na okolice oczu czy skórę podrażnioną kwasami/retinoidami. Nie mają niekorzystnego wpływu na naczynka ani na inne zmiany skórne. Tańsze płyny, które testowałam, nigdy nie spełniały tych obu warunków: te łagodniejsze nie usuwały dość dobrze zanieczyszczeń, a te bardziej skuteczne - podrażniały cerę.

Dla zainteresowanych, jeszcze rzut okiem na skład: 


Micele od Biodermy będę kupować zawsze i już. Znalazłam w nich swój demakijażowy ideał i po wielu nieudanych eksperymentach  nie mam już ochoty szukać tańszego odpowiednika. Poza tym, produkty Biodermy mają to siebie, że często bywają w korzystnych promocjach.

Jesteście wierne sprawdzonym kosmetykom czy wciąż poszukujecie ideału?

Buziaki, Fifruwajka

poniedziałek, 15 października 2012

Maseczka oliwkowa do włosów - Ziaja

Dzisiaj przychodzę z recenzją maseczki do włosów. Moja pielęgnacja włosów jest dość chaotyczna, stosuję na zmianę oleje, maski, odżywki, płukanki, w zależności od tego, ile mam czasu i chęci danego dnia. Z drugiej strony uważam, że co za dużo to niezdrowo i często moje mycie włosów kończy się nałożeniem balsamu Mrs Potters i zmyciu go po odczekaniu kilku(nastu) sekund albo na samym umyciu włosów szamponem 2w1.


Tę maseczkę mam od dłuższego czasu, ale użyłam jej do pory zaledwie jakieś pięć razy. Czuję się jednak w pełni uprawniona do napisania recenzji po tak krótkim czasie, ponieważ miałam trzy inne maski Ziaji z poprzedniej linii do włosów i ta w zasadzie ma dla mnie identyczne działanie. Składowo także nie odbiega wyraźnie od swoich poprzedniczek.

Skusiłam się na nią, ponieważ bardzo lubię oliwkową serię Ziaji i jestem wielką fanką mydła pod prysznic o tym zapachu. Niestety, maseczka odbiega zapachem od pozostałych produktów z tej linii. Pachnie przyjemnie, mydlano, ale to nie jest to.


A teraz pora na konkrety: skład i działanie. Jak widać na powyższym obrazku, szału nie ma, ale nie jest też tragicznie. Jest to maseczka oparta na popularnych emolientach i silikonach, w środku składu znajduje się oliwa z oliwek i panthenol, barwniki i kompozycja są na końcu składu.

Co do działania maseczki, jestem zadowolona. Nie nawilża spektakularnie ani nie odżywia, ale pięknie wygładza i dyscyplinuje puszące się włosy, nadaje im połysk. Wygladają zdrowo. Zdaję sobie sprawę, że ta maska nie uratuje przesuszonych włosów, ale moim prawie zdrowym (nie farbuję od 9 miesięcy, nie suszę suszarką, nie używam produktów do stylizacji) włosom wystarcza. Posiadaczkom czupryny podobnej do mojej polecam z całego serca wszystkie Ziajowe maseczki (nie miałam tylko kakaowej).


Konsystencja jest średnio gęsta, ale dość zwarta. Produkt nie ucieka przez palce i daje się łatwo rozprowadzić na włosach. Nie potrzeba dużej ilości kosmetyku, by nałożyć go na całą czuprynę. W związku z tym jest dość wydajny. Cena, jak to Ziaja, niewielka, maseczka kosztuje poniżej 10 zł (spotykam ją na ogół w cenie 6-8 zł).

Zasadniczo polecam, osobiście jestem z niej zadowolona, ale wiem, że dla osób o wymagających włosach (rozjaśnionych, po trwałej, przesuszonych) będzie ona za słaba.

Lubicie produkty Ziaji?

Buziaki,
Fifruwajka

niedziela, 14 października 2012

Październikowy projekt denko

Zapraszam na mini-recenzje wykończonych przeze mnie w tym miesiącu kosmetyków.


Pierwszy kosmetyk, który Wam pokażę, to wycofany już od dłuższego czasu balsam brązujący Spa Vegetal Yves Rocher. Nie wiem jakim cudem uchowało się u mnie jego opakowanie z resztką kosmetyku na dnie. Niestety, używałam go daaawno temu, pamiętam jednak, że to najlepszy produkt tego typu, jaki kiedykolwiek miałam. Zużyłam kilka opakowań. 

Dezodorant antyperspiracyjny w kulce Yves Rocher o zapachu werbeny jest godny polecenia dla osób, które nie mają dużych problemów z potliwością. Dla mnie był wystarczający. Jego minusem jest również to, że wolno się wchłania, plusem śliczny zapach i łagodna dla skóry formuła. Kupię go jeszcze na pewno, ale w innym wariancie zapachowym.

Solankowa kąpiel  jodowo-bromowa o zapachu różanym to był zakup jednorazowy. Właściwości myjąco-pielęgnujące kosmetyku są bardzo przeciętne, typowe dla tego rodzaju produktów. Płyny do kąpieli kupuję głównie ze względu na zapach. Ten różany niestety mnie nie urzekł - jest odrobinę syntetyczny. Gorąco polecam płyn do kąpieli Joanny o zapachu bzu.

Żel pod prysznic Oriflame Nature Secrets o zapachu miętowo- malinowym jest jednym  z lepszych żeli pod prysznic jaki kiedykolwiek miałam. Ma on postać kisielu z zatopionymi drobinkami. Kuleczki są na tyle delikatne, że można go używać codziennie. Pachnie orzeźwiająco i bardzo przyjemnie. Idealnie sprawdził się jako kosmetyk myjący latem i po siłowni. Cenę uważam za przystępną.

Kokosowy krem do ciała Yves Rocher to kolejny produkt, który mogę polecić. Bardzo odpowiadają mi jego właściwości pielęgnacyjne. Ma lekką konsystencję, szybko się wchłania, ale wyraźnie nawilża skórę. Dobrze się spisuje po depilacji, łagodzi podrażnienia i wygładza skórę. I tak pięknie pachnie! Jego jedyną wadą jest cena - kosztuje 38 złotych. W Yves Rocher odbieram go zawsze za pieczątki w programie lojalnościowym, dzięki czemu mogę sobie od czasu do czasu na niego pozwolić.


 Szampon Alterry z kofeiną i biotyną do włosów ze skłonnością do wypadania kupiłam choć moje włosy szczęśliwie trzymają się głowy. Szukałam jednak odmiany (głównie zapachowej) po wariancie z papają i bambusem. Nie różni się działaniem od pozostałych szamponów z tej linii. Konsystencję ma przyjemniejszą niż ten dodający objętości, który przypominał rozrzedzoną galaretkę. Jest to żółtawa emulsja o ciekawym, nieprzesłodzonym zapachu.

O szamponie z czarną rzepą Polleny Malwy pisałam wielokrotnie. Powtórzę jedynie to, że jest to dobry szampon dla niewymagających włosów o dość prostym składzie, nie przesusza włosów i skóry głowy, solidnie je oczyszczając. Kosztuje grosze.

Odżywka z kokosem i pszenicą Oriflame bardzo przypadła mi do gustu. Była idealna do użycia w ostatnim etapie olejowania włosów, jako lekki kosmetyk kondycjonująco-wygładzający nakładany po zmyciu oleju. Włosy dobrze się po niej rozczesywały i na długo pozostawał na nich słodkawy kokosowy zapach.

Odżywka z aloesem i granatem Alterry to jeden z moich ulubionych kosmetyków do włosów.  Po jej zmyciu włosy są nawilżone, miękkie i wygładzone. Kosztuje tyle, co zwykła marketowa odżywka (Garnier, Timotei) a zawiera bogactwo naturalnych składników kondycjonujących. I naprawdę bardzo skutecznie działa. Polecam serdecznie!


Cytrynowa maseczka z Yves Rocher to bubel, którego lubiłam używać. Z cerą nie robiła absolutnie nic, ale za to ślicznie pachniała i cudownie orzeźwiała w letnie upały. Nie zauważyłam jednak ani nawilżenia, ani odżywienia ani żadnego innego wymiernego działania na skórę. Osobom, które oczekują konkretnego działania kosmetyków na cerę, odradzam.

Krem do rąk Strawberry and Cream Oriflame również nie wykazał się skutecznością. Coś tam niby nawilżał, ale moim zdaniem, kosmetyk ten nadaje się wyłącznie na ciepłe pory dla zadbanych dłoni. Te zniszczone i suche potrzebują czegoś więcej. Zapach kosmetyku na początku odbierałam jako bardzo przyjemny i słodki, przy regularnym stosowaniu stał się jednak mdły.

Mydełka Alterry są bardzo dobre i łagodne dla dłoni. Jeśli jednak chodzi o zapach, spośród wszystkich dostępnych ładny jest dla mnie tylko ten różany. Widoczny na zdjęciu wariant nagietkowy pachnie zwykłym nieperfumowanym mydłem. Średnio.

Pasta do zębów Ziaja MintPerfekt jest w porządku. Cudów nie czyni, kosztuje mniej więcej tyle, co przeciętna pasta Colgate albo Signal i jest podobnie skuteczna. Bardzo spodobał mi się jej smak i uczucie orzeźwienia po umyciu zębów.

Do następnego razu. Buziaki,
Fifruwajka

czwartek, 11 października 2012

Moje zapachy na jesień

Nie było mnie od kilku dni, bo dopadło mnie jakieś grypsko i nie miałam nawet siły podnieść się z łóżka. Do stanu doskonałej homeostazy jeszcze trochę mi brakuję, wciąż chrypię i spazmatycznie kaszlę, bez litości dla sąsiadów.

Dziś czuję się nieco lepiej, więc postanowiłam podzielić się z Wami tym, jakie zapachy towarzyszą mi podczas pierwszych (i nie tylko) jesiennych chłodów. 


Zacznę od  moich dwóch hitów na tę porę roku. Są to woda perfumowana So Elixir Yves Rocher i moja absolutnie ulubiona woda perfumowana Code od Giorgio Armani. Jak widzicie, flakoniki są już otwarte, w Code widać nawet spore zużycie, oba mają też pojemność 30 ml, na szczęście jestem zabezpieczona, mam już kolejne opakowania w większych pojemnościach (50 ml).

So Elixir jest zapachem ciepłym i miękkim, dość słodkim (ale nie ulepnym), esencjonalnym i głębokim. Wyraźnie wyczuwalne są kwiaty i bergamotka, całość została mocno doprawiona paczulą w jej raczej słodkawym wydaniu. Jest to zapach doskonały na pierwsze chłody - ma w sobie coś kojarzącego się ze słodyczą miodu, a bergamotka może natomiast wywoływać 'herbaciane' skojarzenia.

Code Armaniego jest zapachem znacznie bardziej wyrazistym i charakternym, skomponowanym wokół nut kwiatu pomarańczy i jaśminu. Odrobina imbiru dodaje mu nieoczywistej pikanterii (nie jest to w żadnym razie zapach pieprzny). Baza zapachu, która z czasem uwyraźnia się coraz bardziej, jest łagodnie miodowa, nie tworzy jednak efektu ordynarnej słodyczy, ponieważ towarzyszy jej suchość nut drzewnych. Całość jest lekko dymna, jednakże bardzo piękna, intrygująca i niebanalna. Czekam teraz na moją przyjaciółkę, która ma mi przywieźć z Wysp podobną do Code, jednak sporo tańszą wodę toaletową Girard - New York Nights.


Zapachem, który doskonale wpisuje się w nastrój ciepłych jesiennych dni, jest dla mnie połączenie wody kolońskiej Cedre Bleu od Yves Rocher i wody perfumowanej Paradise od Oriflame. Cedre Bleu samo w sobie jest kompozycją dość prostą, jednak bardzo przyjemną i ciekawą. Mój nos wyczuwa w niej jedynie dwie nuty: cedru i jakiejś słodyczy, chyba w postaci dodatku wanilii. Jest to zapach typu unisex i wyobrażam sobie, że może bardzo ciekawie pachnieć także na męskiej skórze. Na mojej jest przecudownie, świeżo, miękko i intrygująco. Zapach ten jednak zaczęłam nakładać na skórę jako bazę/wzmocnienie dla wody perfumowanej Paradise i doskonale się sprawdza w tej roli. Podbija drzewne nuty obecne w bazie kompozycji Oriflame. Woda Paradise  jako taka jest bardzo pieprzna i kwiatowa, nie ma w niej nic owocowego, ani żadnej nachalnej słodyczy. Jest to zapach chłodny, ale z pewnością nie zimny. Dodatek Cedre Bleu odrobinę go ociepla. Bardzo przypadł mi do gustu taki mix zapachów.

Na chłody i wietrzne deszczowe dni preferuję jednak więcej słodyczy białych kwiatów,  wybieram zapach promienny, bogaty, ocieplający. Takim z pewnością jest Today z Avonu.  Zapach, który kupiłam wiele lat po jego premierze, którą pamiętam jakby to było wczoraj. Jak on mi się podobał! Miałam jednak lat -naście i czułam, że przerastał mnie swoją mocą i był dla mnie zbyt jednoznacznie kobiecy. Teraz jednak uwielbiam się nim otulać, zwłaszcza, gdy na dworze panuje iście jesienna plucha. 


Tesori d'Oriente Jasmin do Giava to mój najnowszy nabytek. W nazwie wody perfumowanej pojawia się jaśmin, ja jednak wyczuwam przede wszystkim karmel i paczulę, słodkawą i piwniczną zarazem. Ten zapach może nas ocieplić lepiej niż jeden szalik. Doskonała propozycja dla fanek Angela TM, podobieństwo jest uderzające. To mogłaby z powodzeniem być jego codzienna, kilkunastokrotnie tańsza wersja.

Amber Elixir od Oriflame to zapach skomponowany wokół ambry, co zostaje zasygnalizowane już w jego nazwie. Ambra jest tu ciepła, miękka i otulająca, zapach pozbawiony jest jakiejkolwiek drapieżności, stąd moje przekonanie, że może się bardzo podobać wielu osobom. Nie odpowiada mi jednak jego trwałość, która jest, szczerze mówiąc, żadna. Utrzymuje się na skórze może dwie godziny, może nawet nie. Noszę go z przyjemnością, ale następnym razem, będąc w potrzebie zakupienia zapachu ambrowego, skieruję swe kroki do Yves Rocher, ponieważ ich Voile d'ambre jest mocniejsze, intensywniejsze, bardziej charakterne i trwalsze (mam miniaturkę).

Lookin' to rock Rita z kolekcji Crescent Row marki Benefit to zapach ciekawy. Jest wyrazisty i zaczepny, owocowy, ale nie są to słodkie jabłka, gruszki i inne brzoskwinki, ale nietypowy miks figi, cytryny i kokosa, wzmocniony kwiatami i nutami drzewnymi. Bukiet zapachowy jest bardzo oryginalny, w pierwszym 'niuchu' wyczuwam też zielone listki i bez, których w spisie nut w ogóle nie ma. Trudno mi go opisać czy porównać do czegokolwiek, jest inny niż wszystkie znane mi zapachy. Na początku w ogóle mi się nie podobał, z czasem zaczęłam doceniać jego niejednoznaczny charakter. Lubię go również zmiksować z Noix de Coco Yves Rocher, by podbić jego kokosową nutę.

A teraz the last, but not the least Love Potion od Oriflame. Zapach fantastyczny, jeden z najlepszych tej marki. Gdzieś na pograniczu kategorii gourmand i orientu. Rozgrzewający, gorący, kakaowy. W zasadzie nie jem słodyczy, ale jeśli miałabym już się skusić na coś słodkiego, to byłaby to gorzka czekolada. Na szczęście, nie muszę, swoją najcudowniejszą dawkę 90% gorzkiej czekolady mam na półeczce z perfumami. Orientalny nastrój w tym zapachu buduje imbir, który sprawia, że zapach jest ciekawszy i bogatszy. Lubię imbir w kuchni, lubię go też w perfumach. Poza tym, czuję niewiele więcej, te dwie nuty zdecydowanie dominują, no, może jeszcze wanilia daje się stosunkowo łatwo wywąchać. I tyle. Słodko-gorzki, ale raczej z przewagą tej pierwszej cechy. Kojarzy mi się z Code Armaniego, ale nie z powodu pokrewieństwa nut, ale raczej ze względu na podobny nastrój, który buduje.

A tak prezentują się wszystkie razem:


Moje kochane, cudowne, wspaniałe ocieplacze i umilacze jesiennych słot i pluch. Polecam wszystkie, no, może poza Amber Elixir. Zamiast niego proponuję przetestować Voile d'Ambre, równie ambrowy, jednak bogatszy i trwalszy.

Buziaki,
Fifruwajka

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...