wtorek, 31 lipca 2012

Projekt denko po raz drugi: Alterra, Isana, BeBeauty, Chantelle, Oriflame, Pharmaceris, Delia

Zapraszam dziś na kolejną odsłonę Projektu Denko. W rolach głównych, jako moi ulubieńcy, występują krem peelingujący Sebo-Almond Peel od Pharmaceris i krem ochronny do twarz Sorayi SPF 30. W pozsotałych rolach: sól do kąpieli Chantelle, nawilżający żel do mycia twarzy BeBeauty, odżywka z porzeczką i rozmarynem Nature Secrets Oriflame,oliwkowy bio krem do twarzy na dzień Delia, pianka do golenia brzoskwiniowa Isana, odżywka z morelą i owsem Alterra, oraz peeling do mycia Delia.

 
sól do kąpieli  Bain Trois Humeurs Chantelle

Chantelle jest francuską marką bieliźnianą i jedynie z bielizną do tej pory mi się kojarzyła. Sól otrzymałam jako prezent, dlatego nie wiem, czy można gdzieś w Polsce można ją kupić.
Produkt składa się z trzech saszetek z perfumowaną solą morską umieszczonych w kartonowym pudełeczku. Każda saszetka zawiera inny rodzaj soli. Sól bladoróżowa jest najbardziej drobnoziarnista, liliowa - średnio-gruboziarniasta, a ciemniejsza fioletowa jest gruboziarnista. Zdjęcie zrobiłam przed zużyciem ostatniej saszetki, żebyście mogli zobaczyć jak wyglądał chociaż jeden rodzaj.
Wyraźnie daje się odczuć, że jest to kosmetyk luksusowy. Niby sól jak sól, ale tworzy przepiękny i trwały zapach, delikatnie barwi wodę. Kompozycje zapachowe są wyrafinowane i złożone, dają wrażenie luksusu. Pięknie opakowanie sprawia, że kosmetyk idealnie nadaje się na prezent. Nie mam pojęcia, jaka może być wartość rynkowa tego  produktu.

Soraya krem ochronny SPF30 i Delia Bio krem oliwkowy do twarzy na dzień

Krem ochronny do twarz Sorayi to kosmetyk, który w tym przedziale cenowym naprawdę robi wrażenie. Filtrów używam cały rok, zmieniam jedynie wysokość faktora ochronnego. Latem SPF30 jest dla mnie minimum, ale z drugiej strony i bez pofiltrowej tłustości trudno mi zapanować nad mieszaną cerą, gdy z nieba leje się 30-stopniowy żar. Filtr Sorayi jest skuteczny w kwestii ochrony przeciwsłonecznej, przyjemny w stosowaniu, nie migruje do oczu, nie tłuści, nie bieli, nie zapycha porów, nie zmniejsza drastycznie trwałości podkładu, nadaje sie pod makijaż i kosztuje kilkanaście złotych. Nie spodziewałam się tego wszystkiego po kremiku ochronnym ze zwykłej drogerii. Był to mój pierwszy nie-apteczny filtr. Jest świetny i aktualnie nosi miano ulubieńca, chociaż duże wrażenie zrobiła na mnie też nowość z Oriflame, która zastąpiła filtr z Sorayi w mojej pielęgnacji.

Kremik z Delii stosowałam na szyję. Kilka razy użyłam go też na twarz i nie zrobił mi krzywdy. Jest to bardzo przyjemny kosmetyk, któy pokrywa twarz jakby cieniutką warstwą wosku ochronnego, ładnie nawilża i uelastycznia skórę. Łagodzi drobne podrażnienia. Szyjka i dekolt były zadowolone. Do minusów zaliczyłabym trochę zbyt intensywny zapach. Koszt to jakieś grosze, poniżej 10 zł.

żel nawilżający do mycia twarzy BeBeaty,odżywka Nature Secrets z rozmarynem i porzeczką Oriflame, Sebo- Almond Peel 10% krem złuszczający Pharmaceris

Żel do mycia buzi z BeBeauty jest świetny za cenę niecałych 5 zł. Idealny na zapaść finansową. Dokładnie oczyszcza twarz, nie wysuszając jej. Zmywa cały makijaż twarzy i oczu. Pachnie podobnie do klasycznego kremu Nivea. Polecam wypróbować, bo naprawdę może się spodobać. Zmieniłam go na Bielendę Kasztan, ponieważ wolę formę łagodnej emulsji od żelu, ale nie wykluczam, że jeszcze kiedyś do niego wrócę.

Odżywki Oriflame z linii Nature Secrets bardzo polubiłam. Nie są to może kosmetyki do zadań specjalnych, ale ładnie wygładzają i nawilżają włosy, zostawiając na nich piękny zapach. Na ogół używam ich jako delikatny kosmetyk kondycjonujący po zmyciu szamponem olejków i spisują się w tej roli bardzo dobrze, bo nie obciążają nadmiernie kosmyków. Nie doszukałam się w składzie silikonów. Ich koszt w zależności od promocji w katalogu waha się, jednak kupuję je zawsze, kiedy cena oscyluje w granicach 9 zł, co zdarza się dość często. Najpiękniej pachnie wersja kokosowa.

I teraz mój faworyt: cudowny kremik ze stajni Ireny Eris. Ach, jak nieodzowną rolę pełni w mojej pielęgnacji! Teraz, latem używam go jako codziennego kremu na noc, od jesieni do wiosny zamiennie z Isotrexem. Kremik trzyma moją trądzikową cerę w ryzach, ci, którzy nie widzieli mojej cery przed kuracją kwasami, nie wierzą, że mam trądzik. Sama też po dwóch latach regularnego złuszczania łudziłam się, że cera być może już mi się unormowała i mogę zacząć stosować kremy dla cery normalnej. Bałam się jednak odstawić kremy złuszczające, ponieważ nie miałam pewności. Co widać na zdjęciu, opakowanie kremu jest nieprzezroczyste i nie pozwala kontrolować, ile jeszcze kosmetyku nam zostało. Pewnego dnia krem po prostu się skończył i zaczęłam szukać jego zamiennika, jednak nic nie zwróciło mojej uwagi. Chciałam kupić coś tańszego, może łagodniejszego, bo w końcu mamy środek lata. Ostatecznie stwierdziłam jednak, że trzeba postawić na sprawdzony produkt, a dzięki uprzejmości zaprzyjaźnionej pani z drogerii, kupiłam go około 10 złotych taniej. Cała zabawa potrwała jednak tydzień, przez ten czas używałam kremu Bielendy Ogórek&Limonka i z dnia na dzień obserwowałam postępujące pogorszenie się stanu cery. Po powrocie do Pharmacerisa skóra ponownie zaczęła się normować i w chwili obecnej znów nie mam wyprysków. W aptekach kosztuje około 40 zł. Bomba!
Isana brzoskwiniowa pianka do golenia, Alterra odżywka do włosów z morelą i owsem, Delia peeling do mycia ciała

Piankę do golenia Isany kupiłam pod wpływem promocji w Rossmannie. Nie wiem dlaczego, ale produkty do depilacji nigdy mnie nie przekonywały, najwięcej zacięć przy goleniu miałam zawsze z żelami Gillette, najmniej przy użyciu zwykłego gęstego żelu pod prysznic Nivea. Piankę Isany kupiłam, by jeszcze raz się przekonać, że kosmetyki przeznaczone przez producenta do tego celu sprawdzają się u mnie gorzej niż gęste żele pod prysznic. Wracam do Nivei. Cena: ok. 4 zł. 

Odżywka Alterry to dla mnie najtrudniejszy do zrecenzowania kosmetyk.Wygładza włosy, ale nie daje szczególnych efektów odżywczych, nie robi też tego, co deklaruje producent, czyli nie nabłyszcza włosów. Znacznie lepsza jest jej nawilżająca siostra z granatem. Mam jednak wrażenie, że trzyma włosy w ryzach i nie pozwala im się spuszyć. Zapłaciłam 9 zł. Ani nie polecam, ani nie odradzam.

Peeling do mycia ciała Delii przypadł  mi do gustu. Fajnie, orzeźwiająco pachnie, na lato. Drobinki są drobne, ale jak na produkt do codziennego użytku, jest ich dużo. Używałam go co drugi, trzeci dzień zamiast żelu pod prysznic i ładnie wygładzał skórę. Niestety, jest skadalicznie niewydajny, rekompensuje to jednak jego niska cena, ok.10 zł.

To by było na tyle. Buziaki,
Fifruwajka

sobota, 21 lipca 2012

Haul lipcowy (mam nadzieję, że ostatni w tym miesiącu)

Moje ostatnie nabytki były mi oczywiście, jak zawsze, absolutnie niezbędne. Oto one:

szampon z czarną rzepą Pollena Malwa, kąpiel solankowa jodowo-bromowa  o zapachu bzu z Joanny, płyn do demakijażu oczu Bielenda Czarna Oliwka, jedwabista konturówka do oczu Celia 07, kremowa kostka myjąca Dove

Szampon już miałam i byłam z niego zadowolona (sprawdź tu), więc kupiłam go znowu, gdy okazało się, że zatęskniłam za mocnym oczyszczeniem włosów i szampony Alterry nie dawały w tym temacie rady.

Kąpiel solankową Joanny już miałam w wariancie różanym i nie planowałam robić zapasów produktów kąpielowych, ale kiedy w zaprzyjaźnionej drogerii Pani dała mi powąchać tę bzową, to przepadłam. Niech się schowa podobna pachnąca kolekcja Yves Rocher. Joanna stworzyła kosmetyki o przepięknym naturalnym zapachu świeżego, wiosennego bzu. Już wkrótce będę się "kąpielować" z użyciem tego produktu i nie mogę się doczekać.

Bardzo ufam kosmetykom Bielendy. Nigdy nie zdarzyło mi się jeszcze na nich zawieść. Nie są to może produkty do zadań specjalnych, ale jako składniki codziennej pielęgnacji spisują się znakomicie. Za  godne polecenia uważam zwłaszcza masła do ciała, emulsje do mycia twarzy i dwufazowe płyny do demakijażu oczu. Na rynku dostępne są trzy warianty tych ostatnich: Bawełna, Awokado i Czarna Oliwka. Przetestowałam Bawełnę (byłam bardzo zadowolona), teraz mam na tapecie Awokado (również ok), wkrótce przyjdzie czas na Czarną Oliwkę. 

Konturówkę Celii kupiłam, ponieważ skończyła mi się brązowa kredka Miss Sporty i szukałam czegoś niedrogiego w podobnym odcieniu. Zastosowałam ją dziś do makijażu górnej powieki, niestety choć jest łatwa w aplikacji i chyba całkiem nieźle się trzyma, to jej kolor jest bardzo niewyraźny i musiałam kilka razy przeciągnąć ją wzdłuż linii rzęs, żeby w ogóle było widać kreskę. Za 6 zł może być.

I na koniec kremowa kostka myjąca Dove. Jej chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Lubię mieć wybór, także w kwestii mycia rąk, dlatego zawsze przy umywalce musi się znaleźć i mydełko w płynie, i tradycyjna kosteczka. Tym razem wybór padł właśnie na tę. Zapach budzi u mnie przyjemne skojarzenia, mydełko jest również jakościowo dobre i nie wysusza rąk. A że było w promocji w Rossmannie...

Wkrótce kolejny projekt denko (m.in. Pharmaceris Sebo- Almond Peel 10% Soraya SPF 30, nawilżający żel do mycia twarzy BeBeauty) i notka o czyszczeniu pędzli i etui z Inglota do ich przechowywania. Zapraszam! Buziaki.

środa, 18 lipca 2012

Mój zestaw akcesoriów makijażowych cz.2: pędzle do makijażu oczu

Kontynuacja notki na temat pędzli do makijażu. Dziś pokażę jedynie narzędzia przydatne do malowania oczu. Bez zbędnej gadaniny, po kolei zdjęcia i parę słów komentarza.

Od góry: Inglot 11S, Inglot 9S, pędzle Max Factor z zestawu

Pędzle na powyższym zdjęciu służą mi do aplikacji cieni na powiekę. W zależności od wielkości powierzchni, na którą chcę nanieść cień, wybieram odpowiedni rozmiar pędzla (np. gdy chcę nałożyć go na całą powiekę ruchomą, wybieram największy pędzelek Max Factora itp.). Mały pędzelek języczkowy 11S dzięki odpowiednio ściętemu włosiu umożliwia też zrobienie precyzyjnej kreski, praktykowałam to jeszcze rok temu, dopóki nie nabyłam Hakuro H85.

Pędzle Inglota są bardziej sprężyste i sztywne, dość zbite. Wykorzystano w nich naturalne włosie sobola. Dobrze sprawdzają się w precyzyjnej aplikacji, jednak źle mi się nimi rozciera cień. Z kolei pędzle Max Factora są bardziej miękkie i puszyste, dobrze nabierają cienie o różnych strukturach, można nimi ładnie zblendować granice pomiędzy kolorami.Podobno również do ich produkcji użyta włosia naturalnego.

Ceny: Inglot 11S - 26 zł, Inglot 9S - 32 zł
Pędzle Max Factora trafiły w moje ręce jako prezent przy zakupie mascary 2000 calorie w Super-Pharm, nigdzie nie udało mi się ich znaleźć w regularnej sprzedaży.

Od góry: pędzel do eyelinera Ecotools, Hakuro H85, pędzel i grzebyk Max Factor z zestawu

Pędzel do eyelinera Ecotools niestety nie przypadł mi do gustu. Być może stało sie tak dlatego, że kupiłam go jako zamiennik dla genialnego Hakuro H85. Jest trochę zbyt gruby do precyzyjnego rysowania kresek i zbyt mało sztywny do podkreślania brwi. Da się nim wykonać te wszystkie czynności, ale efekt jest gorszy niż w przypadku Hakuro.Wykonany jest z włosia taklon i ten ekologiczny rys jest jedynym, który stawia go wyżej niż H85. Cena: ok. 20 zł, dokładnie nie pamiętam.

Hakuro H85 to moja miłość. Pędzel ten zabieram ze sobą wszędzie. Wraz z cieniem do brwi The Body Shop doskonale poprawia ich rysunek i zagęszcza je tam, gdzie są prześwity. Bardzo precyzyjnie też maluje wszelkiego rodzaju kreski na górnej powiece. Poręczny, dokładny, niedrogi, wysokiej jakości włosie syntetyczne. Pędzel - ideał. Najmocniejszy punkt mojej kolekcji akcesoriów. Cena: 11 zł

Grzebyk do brwi Max Factor także należy do moich niezbędników. Pomaga układać moje przydługie, kręcące się (!) brwi. Pędzla do eyelinera tej samej marki jeszcze nie używałam, ponieważ nie mogę się przekonać do jego kształtu. Kiedyś sprawdzę jak się spisuje, ale... nie teraz, no ;) Oba pochodzą z zestawu promocyjnego dołączanego do tuszu.

Inglot 80 HP/S i Hakuro H77

Inglot 80 HP/S to sławna kuleczka 80HP ale w wydaniu syntetycznym. Używam jej do nakładania cieni w załamaniu powieki, kiedy sięgam po technikę banana podczas robienia makijażu oczu. W tej roli sprawdza się bez zarzutu. Jest to solidny i godny polecenia produkt. Cena: 27 zł

Pędzel do rozcierania Hakuro H77 jest bardzo w porządku. Dobrze rozciera cienie, nie rozcapierza sie, jest delikatny dla powiek (miękkie naturalne włosie) i o odpowiedniej wielkości. Nie wypadają z niego włoski i nie kosztował mnie też wiele. Polecam z czystym sercem! Cena: 16,50

Już niedługo notka o przechowywaniu pędzli, ich dezynfekcji i czyszczeniu. Buźka!

wtorek, 17 lipca 2012

Mój zestaw akcesoriów makijażowych cz. 1: pędzle do twarzy

Aby zatrzeć niesmak po niewypale z The Body Shop, przedstawię moich sprzymierzeńców dobrego wyglądu, czyli akcesoria do makijażu. Post dotyczący tego tematu, jeśli chciałabym się nim zająć kompleksowo, byłby bardzo rozległy. Z tego powodu postanowiłam podzielić go na trzy części: (1) pędzle do makijażu twarzy, (2) pędzle i inne przyrządy do makijażu oczu, a także (3) przechowywanie, czyszczenie i konserwacja pędzli.
Dziś odcinek pierwszy z serii, kolejne wkrótce. 
 
Oriflame Luxury Brush Giordani Gold i pędzel kabuki Hakuro H100

Pędzel w złotym etui Oriflame mam najdłużej. Jest to pamiątka po okresie w którym moja mama była konsultantką marki. Pędzel ten w katalogach przedstawiany jest jest jako uniwersalny, ale nie mogę się z tym zgodzić. Nie nadaje się moim zdaniem ani do pudru prasowanego ani sypkiego, nie spisuje się też przy aplikacji różu ani pudru brązującego. Jest jednak idealnym narzędziem do nakładania pudru w kulkach ten samej marki, żaden inny mój pędzel nie współpracuje tak dobrze z perełkami. Pędzel jest  dość twardy i wykonany ze syntetycznego włosia. Jego sporą zaletą jest opakowanie, które ułatwia transportowanie i sprawia, że jest idealny do torebki. Mam egzemplarz ze starej edycji (co jakiś czas Oriflame zmienia oprawę graficzną swoich kosmetyków), ale jego aktualny odpowiednik kosztuje w cenie regularnej około 44 zł (w promocji do dostania znacznie taniej).

Pędzel typu kabuki Hakuro H100 jest arcywspaniały. Używam go zarówno do pudru sypkiego jak i minerałów i w obu tych rolach spisuje się świetnie. Wspaniale blenduje też już wykonany makijaż, rozcierając granice różu, bronzera i rozświetlacza. Cudo! W sklepie internetowym kosztuje 40 zł. Bardzo miękkie, syntetyczne włosie jest naprawdę przyjemne w dotyku. Gorąco polecam!
Dodaj na wachlarzowy pędzel Oriflame Beauty, pędzel do pudru Rossmann For Your Beauty, pędzel do podkładu Professional Oriflame, dwustronny pędzel do różu Inglot SS24pis

Wachlarzowy pędzel od Oriflame wykonany jest z włosia kozy, jest ono sprężyste i dość twarde. Pędzel ten nie jest zbyt skuteczny w roli pędzla do pudru, nie nabiera produktu tak jakbym chciała, także aplikacja go na skórę nie jest zbyt komfortowa. Świetnie jednak się sprawdza jako miotełka do strzepywania osypanych cieni albo drobin tuszu. Z tego, co wiem, pędzel nie jest już dostępny w katalogach. Generalnie jest ok, ale może być trudny do dostania.

Pędzel For Your Beauty z Rossmanna to najlepszy przykład na to, że dobry pędzel nie musi kosztować fortuny. Nie jest on może najlepszym pędzlem do pudru, jaki znam, ale za cenę 21,99 uważam, że jest świetny. Dość miękkie włosie dobrze sprawdza się zarówno do produktów sypkich jak i prasowanych.   Jest łagodny dla skóry, poręczny, ma jednak jedną wadę, która może być dokuczliwa - wypada z niego włosie, czasem na twarzy. To dobry wybór dla osób początkujących czy z ograniczonym budżetem. 

Języczkowy pędzel do podkładu Oriflame jest w porządku, ale do aplikacji tego typu produktów wolę jednak Hakuro H50. W sumie używam ich na zmianę.Jest wykonany z syntetycznego włosia, jak na pędzel tego typu przystało, sprężysty i zbity. Dobrze się nim wklepuje podkład, jest bardzo ładnie wykonany, ale jakoś nie wpadłam przez niego w zachwyt. W cenie regularnej kosztuje 30 złotych.

Pędzel do różu Inglota był jednym z moich pierwszych. Z jednej strony ma typowe włosie do aplikacji produktu, z drugiej - krótkie i zbite do rozcierania. Nie jest to zły pędzel, ale do aplikacji różu wolę jednak bardziej miękkie włosie. Używam go teraz sporadycznie, choć kilka lat temu był jednym z moich podstawowych narzędzi makijażowych.


pędzle Hakuro: H24 do różu, H55 do pudru, do podkładu H50, do konturowania H14

Moje ukochane pędzle Hakuro! Mięciutkie, delikatne włosie. Poręczne, niezbyt długie rączki, świetnie wyważone. Profesjonalny i stylowy design. Mogłabym je reklamować, bo jestem nimi szczerze zachwycona. Hakuro moim zdaniem jest lepsze od pędzli z Inglota i Ecotools, które mam. Od jakiegoś czasu nie kupuję już pędzli innych marek. A teraz po kolei.Cechy szczególne każdego z nich.

Bardzo podoba mi się kształt pędzla do różu. Idealnie dopasowuje się do policzków, można nim pięknie nanieść kosmetyk zarówno na szczyt kości jak i jej zagłębienie. Cena: 26 zł

Pędzel do pudru jest duży i mięsisty, można nim szybko i wygodnie nanieść cienką woalkę pudru. Dla mnie bomba! Cena: 40 zł

Pędzel do podkładu aplikuje kosmetyk metodą stemplowania co zapewnia naturalny efekt, jest duży, więc aplikacja nie zajmuje dużo czasu. Nie dociera do zagłębień pod oczami, ani w okolice koniuszków nosa, także lepiej podkład w tych miejscach rozetrzeć mniejszym pędzelkiem albo palcami. Cena: 31 zł

Pędzel do konturowania służy mi do konturowania (geniusz!) albo do nakładania rozświetlacza.  Włosie nie jest duże, co sprawia, że jest bardzo precyzyjne. Sprawdza się równie dobrze jak pozostałe Hakuro. Cena: 33 zł

Oriflame Professional pędzelek do ust i korektora, pędzel do korektora Inglot 22T, Max factor - pędzel do ust

Pędzel do korektora i ust Oriflame jest bardzo w porządku. Jeśli chodzi o ten typ pędzli wymagam jedynie by włosie było zbite i sprężyste. W tym przypadku tak jest. Wykonany z włosia syntetycznego. Bardzo estetyczny profesjonalny wygląd. Nie mam zastrzeżeń. Korzystna cena regularna jak za pędzel dwustronny - 20 zł. W promocji do nabycia jeszcze taniej.

Pędzel do korektora z Inglota jest podobny do tego z Oriflame, jednak trochę mniejszy, i co za tym idzie, bardziej precyzyjny. Jednak jego cena jest wyższa - 25 zł. Włosie syntetyczne taklon.

Pędzelek do ust Max Factora kupiłam w Super-Pharm. Podoba mi się możliwość zatknięcia skuwki i tym samym przedłużenia rączki, bądź zamknięcia pędzla w skuwce, co umożliwia łatwy transport. Bardzo funkcjonalne rozwiązanie. Miłe, gęste włosie naturalne. Dobrze aplikuje zarówno pomadki jak i kremowe błyszczyki. Również polecam. Nie pamiętam, ile kosztował przed obniżką ani ile za niego zapłaciłam, ale w sklepie internetowym ladymakeup.pl kosztuje 23 zł.

Jutro planuję wrzucić posta o pędzlach do makijażu oczu. Zapraszam serdecznie!

Moja krótka znajomość z grzebieniem The Body Shop

Już jakiś czas temu postanowiłam wreszcie wyrzucić stary plastikowy grzebień z ułamanym zębem i zastąpić go nowym, pięknym i drewnianym kolegą marki The Body Shop. Za producentem specjalnie nie przepadam, chociaż paletkę do brwi zrobił genialną. Wiele razy, kiedy jeszcze o tym pamiętałam, zachodziłam do TBS, żeby nabyć swój grzebyk. Permanentnie jednak nie było w sklepie. Gdybym była entuzjastką mętnych teorii nt. przeznaczenia, uznałabym może to za znak, żeby sobie ten grzebień darować. Ale nie jestem (a szkoda) i ostatnio, gdy towarzysząc na zakupach kuzynce, przechodziłam obok sklepu tej sieci, to wstąpiłam na chwilę, a następnie odchudziłam swój portfel o 19 złotych, wynosząc ze sklepu to cudo.

Zdjęcie ze strony producenta

Solidnie wykonany, ozdobiony ładnie wygrawerowanym logo, posiadający cetyfikaty organizacji ekologicznych. Gdyby jeszcze się sprawdzał, byłabym zachwycona. 
Grzebień dobrze sobie radził z rozczesywaniem moich włosów.... za pierwszym razem. Przy drugim użyciu złamał się. Pękł na pół. Podczas mozolnego przeczesywania pasm z tyłu głowy. Nie szarpałam nim ani nie robiłam z nim nic specjalnego. Cała rzecz wydarzyła się wczoraj. Byłam niesamowicie zdziwiona. Nie posłużył mi nawet tydzień. Mój poprzedni grzebień no name, plastikowy i brzydki służył mi bezawaryjnie przez ponad rok po czym ułamał się jeden ząb i od tamtej pory (2 lata?) nic więcej mu się nie przytrafiło. 
Może miałam wadliwy egzemplarz? Nie wiem, ale nie kupię go ponownie. Tak jak imbiru u pani z bazarku, która sprzedała mi dzisiaj dwa przegniłe kawałki, co odkryłam dopiero w domu. Padał deszcz, więc zależało mi na szybkim zakupach i nie miałam czasu się przyjrzeć. Ależ jestem rozżalona.
Teraz grzebień został sklejony kropelką. Akcji naprawczej dokonał mój ukochany, wątpię jednak czy przetrwa on (grzebień, nie ukochany) choć jedno czesanie. W razie czego posłuży do rozprowadzania maseczek na włosach podczas kąpieli.

;(
 

poniedziałek, 16 lipca 2012

Zakupy w Bio-Active

Zdarzyło mi się dziś odwiedzić Szpital Bródnowski przy ul. Kondratowicza 8. Odbyłam rozmowę z średnio sympatyczną panią pracującą na rejestracji, nic się nie dowiedziałam, nic nie załatwiłam i byłam, ogólnie rzecz biorąc, w nieciekawym nastroju. Jednak podczas drogi powrotnej na przystanek dostrzegłam szyld Bio-Active. Okazało się, że nieopodal szpitala mają swój punkt sprzedaży i biuro. Weszłam bez zamiaru zakupów, postanowiłam się tylko trochę rozejrzeć. Ale nie wyszłam z pustymi rękami. 
Uwielbiam wszelkie herbaty ziołowe, zielone, białe, rooibos, owocowe, moim ulubionym herbacianym miejscem zakupów są sklepy i punkty sprzedaży Czas na Herbatę. Strona internetowa :  http://www.herbata.net Można tam kupić na wagę przeróżne rodzaje herbat, słodycze, miody, konfitury, a także nabyć akcesoria do parzenia herbaty. Sklepik Bio-Active jest miejscem zgoła innym. Oferuje identyczne produkty jak te powszechnie dostępne w marketach i wszelkiej maści sklepikach, tutaj jednak mamy dostęp do pełnego asortymentu firmy w jednym miejscu. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że dostaniemy tu nie tylko znane wszystkim herbatki, ale także spirulinę w proszku, suplementy diety czy nawet maseczki. Produkty te można obejrzeć na stronie : http://www.bio-active.pl/ Jednak w sklepie on-line przynajmniej częśc kupionych przeze mnie produktów jest droższych niż w placówce stacjonarnej. Wkleję Wam na dole paragon z cenami produktów. Najpierw jednak pokażę moje zakupy.

  

Jeśli najdzie mnie ochota na zieloną herbatę (teraz mam fazę na wieloskładnikowe herbatki ziołowe Dary Natury ale o tym innym razem), przetestuję ją i zdam relację. Tymczasem opis ze strony producenta: 

GreenMixTea to innowacyjne, naturalnie zdrowe połączenie zielonej herbaty z innymi gatunkami ze świata herbat oraz owocami i przyprawami. Kiper Bio-Active, zainspirowany smakami podróży, starannie wyselekcjonował tylko te naturalne dodatki, które doskonale komponują się z zieloną herbatą, gwarantując kompozycję o delikatnym smaku.

ZIELONA herbata to skarbnica cennych związków organicznych, dzięki którym poczujesz się wyjątkowo. Znana ze swoich właściwości odprężających, pobudzi Twoje zmysły i rozjaśni umysł. Delikatny smak herbaty sprawi, że spożywanie jej będzie prawdziwą rozkoszą.

SUPERFRUITS to niepowtarzalna kompozycja egzotycznych owoców goji i granatu naturalnie bogatych w cenne, dobroczynne związki. Jagody goji, zwane "owocami długowieczności", cenione są w medycynie tradycyjnej od tysięcy lat i tak jak granat uchodzą za symbol długiego życia. Owoce superfruits doskonale współgrają z zieloną herbatą, zaskakując swym wyśmienitym smakiem.

Skład: herbata zielona (92%), granat (2,5%), owoc goji (1,5%), owoc jabłka, owoc ananasa, aromaty. 


algi morskie La Karnita do spożywania i do maseczek, oraz maska kolagenowa La Karnita
z wyciągiem kawioru
  
Nigdy wcześniej nie miałam tych produktów, więc nie mogę nic o nich powiedzieć. Wkleję informacje ze strony producenta.
La Karnita Algi morskie - 1x25g
Algi morskie są jednym z najważniejszych składników wielu najdroższych na rynku kosmetyków. Maseczki z alg doskonale wpływają na cerę, odżywiając ją bogactwem mikroelementów i witamin, jednocześnie  intensywnie nawilżając. Dodane do szamponu czy odżywki wzmocnią Twoje włosy.
Dlatego właśnie w wielu salonach kosmetycznych zabiegi z użyciem alg kosztują po kilkadziesiąt złotych.
Teraz możesz je wykonać sama – dużo taniej! 25g alg wystarcza do zrobienia 5 maseczek za które w salonie zapłaciłabyś ok. 300zł!  Algi to Wasz najlepszy kosmetyczny wybór.
Stanowi niezwykle bogate źródło składników odżywczych dlatego są polecane przez dietetyków kobietom w ciąży, a także każdemu z nas w codziennej diecie.
Dzięki nieprawdopodobnej zawartości białka (65%) organizm łatwo ją przyswaja. Jest najbogatszym, roślinnym źródłem ważnych dla życia witamin B, B1, B12, oraz A, D, E, K. Dla przykładu: 1g Spiruliny odpowiada w przybliżeniu porcji 1 kg różnych warzyw, zawartość w Spirulinie karotenu jest 14 razy większa niż w marchwi, zawartość żelaza – 25 razy wyższa niż w szpinaku. Spirulina zawiera wszystkie podstawowe minerały, pierwiastki, sole mineralne i enzymy, których organizm sam nie jest w stanie wyprodukować.
Stopień przyswajalności tych składników wynosi ok.95%, co pozwala na szybkie przywracanie równowagi fizjologicznej i zwiększenie ogólnej odporności organizmu.
 
Algi doceniły nie tylko kobiety ale także amerykańscy marines, którzy mają je przy sobie zamiast tabliczki czekolady, traktując je jako źródło energii, białka i witamin w najbardziej ekstremalnych sytuacjach.
Sposoby użycia:
Maseczka na Twarz
Przed nałożeniem maseczki zrób dokładny peeling twarzy. Rozrób sproszkowane algi w miseczce z letnią wodą, aż do uzyskania jednolitej masy. Na twarz nałóż wyjałowiony gazik nasączony ciepłą wodą, następnie rozsmarowując na nim dokładnie algi. Dzięki gazie, dobroczynne minerały z alg o wiele lepiej się wchłaniają. Po 20 min. Ściągnij maseczkę, opłucz twarz wodą i nałóż krem nawilżający.
Odżywka do włosów
Kup dowolną odżywkę do włosów, dodaj do niej sproszkowane algi, a następnie wymieszaj i nałóż na włosy.  Spirulina zamieni zwykłą odżywkę w kosmetyk znany ze specjalistycznych gabinetów kosmetycznych. Taka forma nadaje się do codziennego stosowania.
Koktajl do picia
250 ml mleka, 1 banan, kulka lodów waniliowych, 1 łyżeczka (ok. 5 gram) spiruliny zmiksuj w blenderze. Otrzymasz doskonały pożywny koktajl o zielonej zdrowej barwie, który dostarczy Ci wszystkich niezbędnych minerałów i witamin.
Również jako dodatek do potraw, jogurtu.
Zalecana dawka dzienna – 5 g.
Wartość energetyczna – 350 kcal.
Maska kolagenowa. Kuracja nawilżająco- regenerująca.
Kolagenowa maseczka z naturalnymi wyciągami jest odświeżającą maseczką najnowszej generacji do pielęgnacji Twojej skóry. Podstawowymi składnikami maseczki są olejki eteryczne oraz składniki naturalne zawierające witaminy, kolagen, czynniki nawilżające, które są od raz z łatwością wchłaniane przez skórę. Unikalna formuła maseczki ułatwia wchłanianie składników odżywczych oraz wilgoci, przyspiesza metabolizm skóry, usuwa zmęczenie, przeciwdziała starzeniu, rozjaśnia przebarwienia, zapewniając Twojej skórze natychmiastowe uczucie komfortu. Materiał, z którego zrobiona jest maska idealnie dopasowuje się do twarzy, a unikalna formuła sprawia, że skóra staje się jedwabiście gładka.

Dla pewności wkleję jeszcze tył opakowań.



I na koniec paragon. Myślę, że za tę cenę było warto. ;)



niedziela, 15 lipca 2012

Twarz: ogół czynności naprawczo-konserwacyjnych

Dzisiejszy post będzie traktował o mojej pielęgnacji twarzy. Moja cera jest bardzo wybredna, także muszę sięgać po kosmetyki przeznaczone dla różnych typów cery. Mam skórę mieszaną ze skłonnością do trądziku i do podrażnień, na policzkach czasem pojawia się rumień, typowy dla cery naczynkowej. Jest też bardzo wrażliwa na słońce i łatwo ją poparzyć. Podstawą mojego programu pielęgnacyjnego jest oczyszczanie, nigdy przenigdy nie kładę się spać nie umywszy wcześniej twarzy (oraz innych tzw. punktów strategicznych, ale o tym może innym razem :p). Potem standardowo, krem pod oczy i krem na dzień albo na noc w zależności od pory dnia. Zawsze też smaruję szyję i dekolt jakimś niedrogim kremem nawilżającym. Wieczorem dodatkowo nakładam serum na rzęsy.
 Ale po kolei:

 
Oczyszczanie twarzy

Wieczorne oczyszczanie:
Kosmetykiem, którym zmywam makijaż oczu na ogół jest łagodny płyn 2-fazowy do demakijażu oczu Bielenda Awokado. Miałam wcześniej z tej serii Bawełnę, a kiedy skończę ten kupię pewnie Czarną Oliwkę. Z tych płynów jestem bardzo zadowolona. Fantastycznie rozpuszczają cały makijaż, dzięki czemu nie ma potrzeby tarcia i możemy łagodnym ruchem "zdjąć" kosmetyki kolorowe z oka przy pomocy płatka nasączonego płynem Bielendy. Jest naprawdę delikatny i nie podrażnia moich oczu (noszę soczewki kontaktowe). Nie kosztują wiele, można je kupić poniżej 10 złotych a ich opakowania cieszą oko.

Na ogół maluję mocniej tylko oczy, twarz pokrywam jedynie cieniutką woalką pudru i po użyciu płynu do demakijażu oczu wystarcza mi umycie twarzy żelem i wodą. Wtedy sięgam po kojącą emulsję do mycia twarzy Bielenda Kasztan. Kilka tygodni temu postanowiłam postawić na łagodne środki oczyszczające przeznaczone do cery naczynkowej, ponieważ od czasu do czasu pojawia mi się delikatny rumień i wybrałam tę właśnie emulsję. Mam ją od niedawna, więc nie mogę o niej zbyt wiele powiedzieć, ale póki co jestem zadowolona. Wcześniej miałam żel micelarny i żel nawilżający z BeBeauty i mogę je polecić, chociaż po zużyciu kilku opakowań znudziły mi się. 

Kolejnym krokiem mojego demakijażu jest tonik. Tym razem mam Hydra Vegetal z Yves Rocher. Nie jest zły, ale średnio mi odpowiada. Następnym razem wybiorę coś innego. Spośród wielu toników, których używałam, najmilej wspominam tonik nawilżająco-łagodzący do cery wrażliwej z Lirene (delikatność i poczucie absolutnej czystości) i jagodowy tonik kojący Pure Nature Oriflame (ten zapach - aromaterapia!).

Czasem jednak, po jakimś wieczornym wyjściu taki program oczyszczania nie wystarcza. Kiedy już zmyję oczy dwufazą Bielendy, potrzebuję jeszcze dodatkowego produktu do usunięcia podkładu, korektora, pudru, różu bronzera, rozświetlacza... Płyn micelarny Hydrabio Biodermy pomaga mi oczyścić skórę z pełnego makijażu.  Po jego zastosowaniu oczyszczam dodatkowo twarz wodą z użyciem emulsji Bielenda Kasztan i przecieram tonikiem. Bardzo, bardzo polecam micele z Biodermy (wszystkie są fajne) z powodu ich łagodności i skuteczności. Są dość drogie, ale używam ich tylko gdy noszę cięższy makijaż.

Poranne oczyszczanie:
Na ogół ogranicza się do przemycia twarzy tonikiem. Czasem, zwłaszcza gdy jest ciepło, zamiast niego używam mgiełki do twarzy Oriflame Optimals z linii dotleniającej. Jest to produkt typowo na lato. Lubię użyć go w czasie upałów w trakcie dnia w celu odświeżenia twarzy.

   
Pielęgnacja twarzy

Rano i wieczorem po oczyszczeniu buzi zawsze nakładam pod oczy krem. Aktualnie jest to krem pod oczy i na powieki Eva Natura. Jest poprawny, ale następnym razem poszukam czegoś innego. Na dzień zazwyczaj nakładam krem z filtrem. Dotychczas był to krem ochronny do twarzy Soraya spf 30 wymieszany z olejkiem replenishing moisturizing oil od Phenome zamiennie z kremem tonującym Photoderm Max 50+ Biodermy. Już niedługo miejsce Sorayi zajmie Oriflame Optimals Oxygen Boost spf 30.

W nocy stawiam na produkty złuszczające moją skłonną do trądziku skórę. Teraz, latem, jest to Sebo- Almond Peel z 10% zawartością kwasu migdałowego od Pharmaceris. W pozostałe pory roku stosowałam Isotrex bądź Skinoren (oba na receptę od dermatologa) co drugi dzień zamiennie z Pharmacerisem. Zwłaszcza Isotrex jest bardzo skutecznym lekiem na trądzik, ale stosowany codziennie bardzo wysuszał moją skórę. Jeśli chodzi o trądzik ciężko mi coś polecić, ponieważ z 9-letniego już doświadczenia wiem, że skuteczność środków przeciwtrądzikowych jest bardzo indywidualną sprawą. Myślę jednak, że złuszczanie jest zawsze dobrym pomysłem, trzeba jednak robić to ostrożnie, zwłaszcza korzystając z silnych preparatów, żeby nie przesuszyć nadmiernie skóry.

Krem przeciw błyszczeniu skóry Bielenda Limonka&Ogórek stosuję przed zrobieniem wieczornego makijażu. Wieczorem nie wydaje mi się mądre ani zrobienie make-upu na kremie z wysokim filtrem ani na maści przeciwtrądzikowej, dlatego na tę okazję zawsze mam jakiś krem uniwersalny (ani dzienny, ani nocny) który ma za zadanie lekko zmatowić i nawilżyć buzię.

                       
Pielęgnacja szyi

Staram się też nie zapominać o pielęgnacji szyi i dekoltu. Rano i wieczorem nakładam na te partie tani nawilżający krem do twarzy. Teraz jest to duet kremów oliwkowych Bio Krem z Delii - oddzielny na dzień i na noc. Są to niedrogie, bardzo przyjemne mazidełka o lekkich, nietłustych konsystencjach, które się świetnie w swojej (nawilżającej) roli sprawdzają. Jeśli miałabym ponarzekać, to powiedziałabym, że ich zapach jest odrobinę zbyt intensywny. Myślę, że z powodzeniem można je stosować na twarz, o ile nie sprawia ona większych problemów (takich jak trądzik, naczynka czy duże przesuszenie).

Pielęgnacja specjalna

Pryszcze traktuję dwoma specyfikami: albo pastą Lassari (na noc lub gdy mogę siedzieć w domu z białymi kropkami) albo plasterkami z kwasem salicylowym Pure System od Yves Rocher (gdy muszę pokazać się ludziom). Działanie pasty Lassari jest chyba skuteczniejsze, ale nie zawsze można sobie pozwolić  na nie wychodzenie z domu. Wtedy bardzo sobie cenię dyskretne i wspomagające leczenie pryszczy plasterki.

Ostatnio zawsze wieczorem po nałożeniu wszelkich mazideł pielęgnacyjnych na twarz maluję rzęsy odżywką Virtuala.Nie oczekuję spektakularnych efektów w postaci wydłużenia czy pogrubienia rzęs, ponieważ nie mam z nimi problemów. Myślę jednak, że od czasu do czasu warto je trochę wzmocnić, zwłaszcza gdy codziennie je malujemy.

niedziela, 8 lipca 2012

Haul - czerwiec i lipiec

Wiem, że jak na tak krótki czas, to zebrało się tego dość dużo, większość z tych zakupów nie było planowanych, ale na ogół decydowałam się na zakupy z powodu bardzo korzystnych cen tych kosmetyków. 

Zacznę może od pokazania rzeczy kupionych w mojej ulubionej malutkiej drogerii, którą mam pod przysłowiowym "nosem".

To zakupy dla mnie. Kąpiel solankowa jodowo-bromowa o zapachu róży z Joanny (zapłaciłam ok.8,50), balsam nawilżający o zapachu jaśminu także z Joanny (też niecałe 10 zł), płyn do higieny intymnej z żurawiną Bielendy (ok.9 zł) i prezent do zakupów, czyli rozświetlający balsam do ciała Lirene w wersji mini. Jak dotąd, używam od tygodnia płynu do higieny intymnej i oceniam go bardzo dobrze (jest skuteczny, łagodny i nie zawiera niepotrzebnej intensywnej woni, na co zawsze zwracam uwagę), udało mi się też raz wziąć kąpiel z różanym płynem Joanny i kosmetyk ten również oceniam pozytywnie.


Zakupy kolorówkowe, które staną się w krótkim czasie prezentami. Tusz Delia Onyx pogrubiający jest dla mojej mamy (jej ulubieniec), natomiast pomadko-błyszczyk Nude Celii nr 605 i lakier do paznokci Bell GlamWear nr 401 powędrują do mojej przyjaciółki. Długo zastanawiałam się nad tym, jaki drobny upominek dla niej kupić i w końcu postawiłam na dwa ultra-tanie kosmetyki, które jednocześnie są hitami mojej kosmetyczki. Pomadka jest najtańszą z mojej kolekcji i jednocześnie ulubioną, a lakier ma wspaniały odcień ciepłego różu, który podczas deszczowej pogody wydaje się wręcz beżem. 

Również i ja zaszalałam ze zniżkowym kodem -50% do Yves Rocher. Oto efekty:
d lewej: oliwka do ciała Tradition de Hammam, olejek pod prysznic Tradition de Hammam,  żel do zmęczonych nóg z linii Roślinna Pielęgnacja Ciała. Z przodu: mydełko malinowe Plaisirs Nature.
Od lewej: żel do mycia rąk z arniką, tonik nawilżający Hydra Vegetal, koncentrat nawilżający Hydra Vegetal, płyn do demakijażu oczu wrażliwych z bławatkiem

Od lewej: spray do układania włosów z malwą i płukanka malinowa do włosów. Oba kosmetyki należą do linii Roślinna Pielęgnacja Włosów.

Większość tych kosmetyków kupiłam po raz pierwszy. Wyjątkami są: tonik Hydra Vegetal, żel do mycia rąk bez użycia wody, olejek pod prysznic i płukanka do włosów. Wszystkie te kosmetyki polubiłam na tyle, żeby kupić je znowu. Wszystkie recenzje pojawią się w projekcie denko.

A oto zakupy z Rossmanna:

Od lewej: mydło do mycia rąk Isana, nawilżająca maska do włosów Alterra z  granatem i aloesem , oraz dezodorant Dove GoFresh o zapachu kwiatu granatu i trawy cytrynowej.

Mydełka jeszcze nigdy nie miałam, podobnie dezodorantu, jedynym znanym spośród tych kosmetyków i polubionym produktem jest maseczka z Alterry. Cudo. Zawsze kupuję ją w promocji za około 9 złotych.

Kosmetyki kupione w Super-Pharm:

Od lewej: Pharmaceris balsam brązujący,  Joanna Rzepa kuracja wzmacniająca do włosów,  L'biotica Biovax maska do włosów osłabionych i wypadających; z przodu: Flos-Lek żel pod oczy z chabrem bławatkiem


O maseczce z L'biotici pisałam tu: http://fifruwajka.blogspot.com/2012/07/projekt-denko-po-raz-pierwszy.html. Reszty kosmetyków nie miałam jeszcze okazji testować.

Zamówienie z Oriflame: 

Od lewej: mgiełka do twarzy Optimals Oxygen Boost, odżywka do włosów  Nature Secrets z pokrzywą i cytryną,  żel pod prysznic Discover Kenya, mseczka do twarzy Optimals Time relax

Mydełko do cery trądzikowej Pure Nature z drzewkiem herbacianym i rozmarynem, emulsja ochronna SPF 30  Optimals Oxygen Boost

Dotychczas nie miałam żadnego z tych kosmetyków. Najbardziej ciekawa jestem emulsji ochronnej z filtrem. Wkrótce zacznę jej używać, ponieważ kończy mi się już krem z filtrem SPF 30 Soraya.

Zamówienie Avon:

Od lewej: żel pod prysznic Avon Naturals o zapachu kwiatu wiśni,  oraz trzy maseczki z serii Planet Spa: detoksykująca maseczka błotna, wygładzajaca z japońskim sake i ryżem, oraz nawilżająca z oliwą z oliwek.

 
Te kosmetyki również nie były mi wcześniej znane, polecano mi jednak wielokrotnie linię Planet Spa z Avonu, więc postanowiłam spróbować, a żel kupiłam, bo uwielbiam zapach wiśni, jak i kwiatu wiśni.

Nie sądziłam, że jest tego tak dużo, dopóki nie zdecydowałam się na napisanie tego posta. Ale wierzę głęboko, że wszystko się przyda ;)

sobota, 7 lipca 2012

Gorąco polecam: Pump it up - Beach Body Workout

Dzisiaj troszeczkę późno obudziłam się z pisaniem posta. Planowałam ogromny haul z ostatniego miesiąca. Okazało się, że z jest już zbyt ciemno na dworze by zrobić zdjęcia, na których cokolwiek widać. Stwierdziłam jednak, że wrzucę Wam parę informacji na temat programu ćwiczeń, którym jestem zachwycona i który do tej pory najbardziej mnie zmotywował do wykonywania regularnych ćwiczeń.


Jest to typowy układ aerobiku, który poprzedzony jest przez rozgrzewkę i po którym następują ćwiczenia na różne partie ciała (przysiady, brzuszki, pompki). Po wykonaniu całości należy jeszcze poświęcić parę minut na ćwiczenia rozciągające. Jak możecie zobaczyć na grafikach, które wrzuciłam, sceneria, w której tańczą dziewczyny i Steven (mój ulubieniec) jest energetyczna i bardzo kolorowa. Zaczęłam ćwiczyć z pump it up w lutym i ta feeria barw rzeczywiście była w stanie mnie pobudzić i wprawić w dobry nastrój. Ekipa jest naprawdę motywująca, muzyka rytmiczna, a w ćwiczenia wplecione są elementy tańca towarzyskiego (np. cha-chy), co sprawia, że mimo zmęczenia naprawdę dobrze się bawiłam w trakcie ćwiczeń.  
 

Nie miałam wyraźnej nadwagi, ale dzięki tym ćwiczeniom, wyeliminowaniu coli i ograniczeniu niezdrowych przekąsek udało mi się zrzucić po-zimowy balast w postaci kilku kilogramów. Dzięki wygospodarowaniu godziny na ćwiczenia z pump it up uzyskałam więcej niż te kilka kilo mniej, przede wszystkim dostałam kopa energetycznego i poprawiła mi się kondycja. W tej chwili z powodu kłopotów ze sprzętem mam przerwę w ćwiczeniach, ale jak tylko będę mogła na pewno powrócę do tego zestawu. Zawsze byłam fanką biegania, ale kiedy niedaleko domu zostałam zaczepiona przez jakiegoś świra, zraziłam się do samotnego poruszania po okolicy i nigdy później nie wróciłam już do joggingu. Została mi siłownia, której nie znoszę, albo fitness z płyty w domu. Wybrałam to drugie. Pump it up Beach Body Workout jest jedynym zestawem ćwiczeń, który sprawia mi prawdziwą frajdę. Inne zestawy z tej serii nie spodobały mi się aż tak bardzo. Jest kolorowy, zabawny i trochę kiczowaty. Prowadząca jest prześliczna i ma super zgrabną figurę, co działa naprawdę motywująco. Nie znoszę tych zestawów ćwiczeń, w których przypominająca mężczyznę umięśniona maniaczka pokazuje jak pracują jej kolejne partie mięśni, które już wiele powtórzeń temu przestały być delikatnie zarysowane i kobiece.



Paletki do makijażu

Dla odmiany, przedstawię Wam wycinek mojej kolorówki. Będzie to rodzaj kosmetyków, który uwielbiam, czyli palety do makijażu. Te z Inglota cenię bardzo za to, że można samemu skomponować sobie zestaw kolorystyczny, dwie małe z Oriflame uważam za poręczne ponieważ jeśli spakujemy je do torby podróżnej i dorzucimy tusz, to więcej kosmetyków do make-upu nie musimy już zabierać, a i tak możemy dzięki nim wykonać wiele różnych makijaży.



Paleta z Inglota to w zasadzie dwie palety – z cieniami i z pudrami – połączone w jedną całość.


Paletę z pudrami złożyłam w taki sposób, aby stworzyła zestaw do konturowania twarzy. Ciemniejszy puder (nr 26) stanowi dla mnie idealny, matowy, dostosowany do mojej jasnej karnacji bronzer. Puder jaśniejszy (nr 04) zimą będzie dla mnie pewnie trochę za ciemny, ale teraz latem sprawdza się doskonale. Pudry są niezłej jakości, chociaż utrzymują się przeciętnie. Szczególnie zadowolona jestem z ciemniejszego, ponieważ świetnie spisuje się w wyznaczonej mu przeze mnie (a nie przez producenta) roli i łatwo się rozciera. Gramatura pudrów to 13g.


Paleta z cieniami jest połączeniem często używanych przeze mnie kolorów w makijażu oka: jasnego beżu świetnego jako cień bazowy (double sp. 463), matowego różu, który lubię łączyć z czarnym eyelinerem (matte 356), szarości (double sp. 502), bordo, który pięknie podbija zielone czy morskie tęczówki (pearl 452), oraz bardzo ciemnego brązu, którym wzmacniam linię kreski na górnej powiece, czy podkreślam dolną powiekę (matte 452). Bez tego ostatniego cienia nie wyobrażam sobie makijażu. Jest fenomenalny. Cienie Inglota, nie jest to dla nikogo zaskoczeniem, są bardzo dobrej jakości. Mocno napigmentowane, trwałe, łatwe do roztarcia – w stosunku do tylu zalet naprawdę nie są drogie. Inglot co jakiś czas podnosi ceny, co troszkę mnie drażni, ale na pewno kupię je ponownie, kiedy mi się skończą, zwłaszcza beżowy, róż i brąz.

Teraz kolej na palety Oriflame.





Pierwsza, którą nabyłam, to paleta Make That Change, którą kupiłam na allegro za jakieś około 50 złotych rok temu. Zobaczyłam ją przypadkiem i długo się nad nią zastanawiałam. Paleta ta nigdy nie była dostępna w regularnej sprzedaży katalogowej, pochodziła z jakiegoś programu dla konsultantek i trudno mi było znaleźć informacje w internecie na jej temat. W końcu jednak mania zakupowa wzięła górę nad rozsądkiem i wkrótce listonosz zapukał do drzwi z przesyłką. Składa się z pięciu kremowych pomadek, pięciu błyszczyków, pudru, rozświetlacza, różu i dwunastu cieni. Pomadki są takie sobie, błyszczyków nigdy nie użyłam (mają drobinki, a nie lubię ich na ustach), puder też przeciętny, róż ok (ma fajny kolor, jakiego nie miałam w dotychczasowej kolekcji różów- zgaszony brudny róż), rozświetlacz ma zbyt duże drobiny (wciąż pamiętam śliczny efekt tafli wycofanego All Over Highlighter Essence), cienie są przeciętnej pigmentacji, ale na bazie dają radę. Niektóre mi się podobają (błękity, fiolety), inne (beże, biele) – niekoniecznie. Nie jestem z niej jakoś bardzo zadowolona, ale nie nazwałabym jej totalnym bublem. Czasem mi się przydaje kiedy potrzebuję jakiegoś konkretnego koloru.


Zapomniałabym, do palety dołączone jest naprawdę praktyczne rozkładane lusterko, które możecie zobaczyć na zdjęciu. Czasem taki gadżet bardzo się przydaje.

Teraz parę słów o palecie By Marcel, którą nabyłam drogą standardową, czyli przez kosultantkę. Ta paleta kosztowała ok 30-40 złotych w katalogu (oczywiście w promocji), na zdjęciu prezentowała się fenomenalnie, więc stwierdziłam, że zaryzykuję i nie żałuję.




Jest bardzo porządnie wykonana – ma duże lusterko i solidne opakowanie. W środku znajdziemy pomadki w kremie, róż, oraz cienie. Róż zawiera subtelne drobinki, jest w wyrazistym lekko cukierkowym odcieniu różu, nie jest ciepły, ale też nie trupio chłodny, dość neutralny. Bardzo jestem z niego zadowolona i chętnie go używam, zwłaszcza, że odcień jest naprawdę twarzowy, malowałam nim też mamę i muszę zauważyć, że pięknie odświeża cerę dojrzałej palaczki. Pomadki w kremie ładnie wyglądają na ustach, nie warzą się, nie rolują, ale nie używam ich często, ponieważ preferuję szminki w sztyfcie. Aha, utrzymują się krótko – do godziny, jeśli nic nie pijemy ani nie jemy ( w moim przypadku- prawie niewykonalne). Cienie mają różne wykończenia, niektóre są matowe, inne – lekko się mienią, nasycenie jest raczej średnie, moim zdaniem nadają się raczej na neutralny makijaż dzienny. Mają za to piękne, neutralne kolory, które naprawdę dodają urody.

Ostatnia (pod względem chronologii zakupu) jest La Sthlm, ale pod względem jakości i mojego zadowolenia jest na pierwszym miejscu. Ta paleta podobnie jak Make That Change pochodzi z programu dla nowych konsultantek i kupiłam ją na allegro. Zapłaciłam wraz z przesyłką 54 złote.

Podoba mi się w niej wszystko, nawet ten niebieski satynowy woreczek, w którym jest umieszczona.

Opakowanie jest równie śliczne, a przy tym bardzo solidne i starannie wykonane. Aż miło jest na nie popatrzeć. Za pomocą tej palety można naprawdę wykonać pełen makijaż. Mam ją od niedawna, więc nie używałam wszystkich kosmetyków, które się w niej znajdują, ale z tych, z których skorzystałam, jestem zadowolona.


W jej skład wchodzi: 18(!) cieni do powiek, 3 róże, 2 pudry, 1 rozświetlacz, 1 bronzer, 4 błyszczyki i 6 pomadek kremowych. Cienie mają różne wykończenia: są perłowe, satynowe i matowe. Perły na oczach nie lubię, więc nie używałam wszystkich. Wszystkie nie-perłowe spisują się dobrze, nie są mocno nasycone pigmentem, ale takie właśnie cienie preferuję do makijażu dziennego i do tego celu głównie mi służą. Spróbuję kiedyś zrobić nimi makijaż wieczorowy i dam znać, jaki jest efekt. Róże podobają mi się bardzo, mają ładne naturalne odcienie jasnego różu, klasycznego różu i brzoskwini, dobrze się je aplikuje i dają delikatny, nieprzesadzony efekt. Pomadki kremowe ok- ale użyłam ich tylko do testów, bo jak już wspominałam wolę te w sztyfcie. Błyszczyków nie używałam w ogóle. Rozświetlacz jest lepszy niż ten w palecie Make That Change, ale do AOH Essence trochę mu brakuje, z obecnie posiadanych przez mnie rozświetlaczy bezkonkurencyjna jest Wiosenna Mgła Paese. Bronzer ma bardzo ciemny odcień, ale nie jest mocno nasycony pigmentem, więc na twarzy da się uzyskać lżejszy efekt, niemniej jednak mam kilka innych produktów tego typu o różnych wykończeniach, które lubię bardziej.Najniżej oceniam paletę Make That Change, z pozostałych jestem zadowolona. Paleta z Inglota to taki mój codziennik - zawiera niezbędne dla mnie odcienie. Ostatnio urzeczona jestem paletką La Sthlm, chociaż pamiętam, że kiedy kupiłam By Marcel, to też na początku robiła na mnie duże wrażenie, zwłaszcza, że była bardzo tania.

Maseczki do twarzy

Bardzo lubię stosować maseczki do twarzy. Z reguły na takie wzbogacenie codziennej pielęgnacji pozwalam sobie w trakcie lub po kąpieli (w zależności od rodzaju produktu) 2-3 razy w tygodniu. Mojej ulubionej maseczki niestety tutaj nie ma, ponieważ zużyłam ją do dna już jakiś czas temu, a ponieważ ostatnio nie składałam zamówienia u konsultantki, nie wzięłam sobie kolejnej. Tę maseczkę mogę polecić cerom podrażnionym, przesuszonym, choć wspaniale uzupełnia też pielęgnację skóry mieszanej czy tłustej w okresie zimowym. Mowa o Nutri Calm Mask produkcji Oriflame. Zdjęcie ze strony producenta poniżej.
Maseczki, które obecnie znajdują się w mojej kolekcji pochodzą z marek Beautycycle (Amway), Oriflame, Yves Rocher, Eveline, Synergen (Rossmann), Himalaya Herbals i Avon. Po kolei, zdjęcia i parę słów o każdej.


Od lewej: nawilżająca illuminating hydro-masque fire od Beauty-cycle, 3 in 1 masque-scrub-brightener od Beautycycle, Neem Face Pack od Himalaya Herbals i Les Gestes D'Institut  Maseczka Matująca 2 w 1.
Produkty Beautycycle mi się nie spodobały. W zasadzie nic nie robią. Dostałam je, więc nie znam ich ceny, ale nieważne jaka by nie była - nie warto, bo kosmetyki te po prostu nie działają. Nie widzę ani nawilżenia, ani rozjaśnienia ani nawet odświeżenia cery po ich użyciu.
Neem Face Pack - błotna, brudna, smrodkowa, ale ma tę olbrzymią zaletę, że jakoś wpływa na stan skóry - odświeża, coś tam oczyszcza, trochę matuje. Nie wyleczy trądziku, ale jako wspomagacz się sprawdza.
Maseczka matująca YR jest też całkiem do rzeczy, choć jakoś tak nieczęsto jej używam. Kupiłam na wyprzedaży za jakieś 5 złotych, więc nie żałuję. Słabsza w działaniu od Himalaya Herbals, ale jak każda maseczka z glinką coś tam robi.


Kupiłam wszystkie maseczki z serii Pure Nature Oriflame. Często można dostać za 1/2 ceny. Ta różowa (z łopianem i glinką) jest zdecydowanie najfajniejsza.  Oczyszcza i nawilża, ślicznie pachnie i naprawdę polecam ją do cery mieszanej. Bardzo lubię jej używać. Maseczka nawilżająca z zieloną herbatą (w środku) to z kolei bubel, który w zasadzie nie działa wcale. Nie dostrzegłam żadnego nawilżenia, chyba, że wzbogacałam ją olejkiem Phenome Replenishing Moisturising Oil(co umożliwia sensowne używanie i sprawia, że cokolwiek mi jej ubywa). Maseczka z jaśminem - ostatnia - pachnie obłędnie. Kocham wszystko, co jaśminowe, i używam jej dla zapachu. Działanie? Faktycznie trochę złuszcza, ale szału nie robi. Gdyby pachniała czymkolwiek innym, nie kupowałabym jej. Co prawda jest to zapach jaśminu podszyty mocno alkoholową wonią, ale i tak go ubóstwiam.


Kolejna maseczka z Oriflame, tym razem z linii Aqua Rhytm. Zelowa i lekka, ale wyraźnie nawilża. Ma delikatny rześki zapach. Doskonała na lato. Cudów nie czyni, ale jest solidnym kosmetykiem. Bez promocji za droga, po obniżce cena do przyjęcia.


Maseczki z Yves Rocher. Cytrynowa - odświeżająca i wingoronowa - nawilżająca. Bardzo je lubię i regularnie kupuję, choć zdaję sobie sprawę, że to nie są mistrzowie w swej kategorii. Podobają mi sie ich zapachy i robią to, co oprócz funkcji podanej na opakowaniu (odświeżanie, nawilżanie) maseczka robić powinna, czyli zapewnianie odprężenia, relaksu, odpoczynku dla skóry. Warto spróbować, choć wiem, że osobom bardzo wymagającym nie przypadną do gustu, bo nie są to silnie działające kosmetyki.


Maseczki z Eveline jeszcze nie używałam, ale dam znać, jak tylko jej użyję (kupiona za przysłowiowe grosze w Biedronce). Maseczka Synergen jest potwornie alkoholowa i szczypiąca, ale są dni, kiedy moja skóra jest tak tłusta i zanieczyszczona, że potrzebuję takiego killera. Ciężko powiedzieć, czy polecam czy nie, myślę, że cena i forma saszetki umożliwia jednorazowy zakup w celu przetestowania. Kontrowersyjne produkty, takie jak ten, najlepiej po prostu sprawdzić na sobie.

 

Tych maseczek jeszcze nie używałam. Trzy maski z serii Planet Spa z Avonu, o których słyszałam wiele dobrego i maseczka Oriflame Time Relax z linii Optimals, do której należy moja ulubiona Nutri Calm. Mam nadzieję, że jest tak samo dobra jak jej siostra.


I dwa narzędzia maseczkowe. Bardzo przydatne do zmywania maseczek gąbeczki celulozowe do twarzy (te akurat są z Oriflame, ale inne też są dobre) i pędzel do nakładania do twarzy Oriflame, którego używam rzadko. Ot, taki gadżet.
Używam maseczek bardzo często i chętnie próbuję nowych, także możecie się spodziewaj większej ilości wpisów na ten temat. ;)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...