sobota, 7 lipca 2012

Paletki do makijażu

Dla odmiany, przedstawię Wam wycinek mojej kolorówki. Będzie to rodzaj kosmetyków, który uwielbiam, czyli palety do makijażu. Te z Inglota cenię bardzo za to, że można samemu skomponować sobie zestaw kolorystyczny, dwie małe z Oriflame uważam za poręczne ponieważ jeśli spakujemy je do torby podróżnej i dorzucimy tusz, to więcej kosmetyków do make-upu nie musimy już zabierać, a i tak możemy dzięki nim wykonać wiele różnych makijaży.



Paleta z Inglota to w zasadzie dwie palety – z cieniami i z pudrami – połączone w jedną całość.


Paletę z pudrami złożyłam w taki sposób, aby stworzyła zestaw do konturowania twarzy. Ciemniejszy puder (nr 26) stanowi dla mnie idealny, matowy, dostosowany do mojej jasnej karnacji bronzer. Puder jaśniejszy (nr 04) zimą będzie dla mnie pewnie trochę za ciemny, ale teraz latem sprawdza się doskonale. Pudry są niezłej jakości, chociaż utrzymują się przeciętnie. Szczególnie zadowolona jestem z ciemniejszego, ponieważ świetnie spisuje się w wyznaczonej mu przeze mnie (a nie przez producenta) roli i łatwo się rozciera. Gramatura pudrów to 13g.


Paleta z cieniami jest połączeniem często używanych przeze mnie kolorów w makijażu oka: jasnego beżu świetnego jako cień bazowy (double sp. 463), matowego różu, który lubię łączyć z czarnym eyelinerem (matte 356), szarości (double sp. 502), bordo, który pięknie podbija zielone czy morskie tęczówki (pearl 452), oraz bardzo ciemnego brązu, którym wzmacniam linię kreski na górnej powiece, czy podkreślam dolną powiekę (matte 452). Bez tego ostatniego cienia nie wyobrażam sobie makijażu. Jest fenomenalny. Cienie Inglota, nie jest to dla nikogo zaskoczeniem, są bardzo dobrej jakości. Mocno napigmentowane, trwałe, łatwe do roztarcia – w stosunku do tylu zalet naprawdę nie są drogie. Inglot co jakiś czas podnosi ceny, co troszkę mnie drażni, ale na pewno kupię je ponownie, kiedy mi się skończą, zwłaszcza beżowy, róż i brąz.

Teraz kolej na palety Oriflame.





Pierwsza, którą nabyłam, to paleta Make That Change, którą kupiłam na allegro za jakieś około 50 złotych rok temu. Zobaczyłam ją przypadkiem i długo się nad nią zastanawiałam. Paleta ta nigdy nie była dostępna w regularnej sprzedaży katalogowej, pochodziła z jakiegoś programu dla konsultantek i trudno mi było znaleźć informacje w internecie na jej temat. W końcu jednak mania zakupowa wzięła górę nad rozsądkiem i wkrótce listonosz zapukał do drzwi z przesyłką. Składa się z pięciu kremowych pomadek, pięciu błyszczyków, pudru, rozświetlacza, różu i dwunastu cieni. Pomadki są takie sobie, błyszczyków nigdy nie użyłam (mają drobinki, a nie lubię ich na ustach), puder też przeciętny, róż ok (ma fajny kolor, jakiego nie miałam w dotychczasowej kolekcji różów- zgaszony brudny róż), rozświetlacz ma zbyt duże drobiny (wciąż pamiętam śliczny efekt tafli wycofanego All Over Highlighter Essence), cienie są przeciętnej pigmentacji, ale na bazie dają radę. Niektóre mi się podobają (błękity, fiolety), inne (beże, biele) – niekoniecznie. Nie jestem z niej jakoś bardzo zadowolona, ale nie nazwałabym jej totalnym bublem. Czasem mi się przydaje kiedy potrzebuję jakiegoś konkretnego koloru.


Zapomniałabym, do palety dołączone jest naprawdę praktyczne rozkładane lusterko, które możecie zobaczyć na zdjęciu. Czasem taki gadżet bardzo się przydaje.

Teraz parę słów o palecie By Marcel, którą nabyłam drogą standardową, czyli przez kosultantkę. Ta paleta kosztowała ok 30-40 złotych w katalogu (oczywiście w promocji), na zdjęciu prezentowała się fenomenalnie, więc stwierdziłam, że zaryzykuję i nie żałuję.




Jest bardzo porządnie wykonana – ma duże lusterko i solidne opakowanie. W środku znajdziemy pomadki w kremie, róż, oraz cienie. Róż zawiera subtelne drobinki, jest w wyrazistym lekko cukierkowym odcieniu różu, nie jest ciepły, ale też nie trupio chłodny, dość neutralny. Bardzo jestem z niego zadowolona i chętnie go używam, zwłaszcza, że odcień jest naprawdę twarzowy, malowałam nim też mamę i muszę zauważyć, że pięknie odświeża cerę dojrzałej palaczki. Pomadki w kremie ładnie wyglądają na ustach, nie warzą się, nie rolują, ale nie używam ich często, ponieważ preferuję szminki w sztyfcie. Aha, utrzymują się krótko – do godziny, jeśli nic nie pijemy ani nie jemy ( w moim przypadku- prawie niewykonalne). Cienie mają różne wykończenia, niektóre są matowe, inne – lekko się mienią, nasycenie jest raczej średnie, moim zdaniem nadają się raczej na neutralny makijaż dzienny. Mają za to piękne, neutralne kolory, które naprawdę dodają urody.

Ostatnia (pod względem chronologii zakupu) jest La Sthlm, ale pod względem jakości i mojego zadowolenia jest na pierwszym miejscu. Ta paleta podobnie jak Make That Change pochodzi z programu dla nowych konsultantek i kupiłam ją na allegro. Zapłaciłam wraz z przesyłką 54 złote.

Podoba mi się w niej wszystko, nawet ten niebieski satynowy woreczek, w którym jest umieszczona.

Opakowanie jest równie śliczne, a przy tym bardzo solidne i starannie wykonane. Aż miło jest na nie popatrzeć. Za pomocą tej palety można naprawdę wykonać pełen makijaż. Mam ją od niedawna, więc nie używałam wszystkich kosmetyków, które się w niej znajdują, ale z tych, z których skorzystałam, jestem zadowolona.


W jej skład wchodzi: 18(!) cieni do powiek, 3 róże, 2 pudry, 1 rozświetlacz, 1 bronzer, 4 błyszczyki i 6 pomadek kremowych. Cienie mają różne wykończenia: są perłowe, satynowe i matowe. Perły na oczach nie lubię, więc nie używałam wszystkich. Wszystkie nie-perłowe spisują się dobrze, nie są mocno nasycone pigmentem, ale takie właśnie cienie preferuję do makijażu dziennego i do tego celu głównie mi służą. Spróbuję kiedyś zrobić nimi makijaż wieczorowy i dam znać, jaki jest efekt. Róże podobają mi się bardzo, mają ładne naturalne odcienie jasnego różu, klasycznego różu i brzoskwini, dobrze się je aplikuje i dają delikatny, nieprzesadzony efekt. Pomadki kremowe ok- ale użyłam ich tylko do testów, bo jak już wspominałam wolę te w sztyfcie. Błyszczyków nie używałam w ogóle. Rozświetlacz jest lepszy niż ten w palecie Make That Change, ale do AOH Essence trochę mu brakuje, z obecnie posiadanych przez mnie rozświetlaczy bezkonkurencyjna jest Wiosenna Mgła Paese. Bronzer ma bardzo ciemny odcień, ale nie jest mocno nasycony pigmentem, więc na twarzy da się uzyskać lżejszy efekt, niemniej jednak mam kilka innych produktów tego typu o różnych wykończeniach, które lubię bardziej.Najniżej oceniam paletę Make That Change, z pozostałych jestem zadowolona. Paleta z Inglota to taki mój codziennik - zawiera niezbędne dla mnie odcienie. Ostatnio urzeczona jestem paletką La Sthlm, chociaż pamiętam, że kiedy kupiłam By Marcel, to też na początku robiła na mnie duże wrażenie, zwłaszcza, że była bardzo tania.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...