czwartek, 27 września 2012

Zapach odległych krain według Tesori d'Oriente, czyli jaśmin jawajski i smoczy kwiat

Dziś stałam się całkiem szczęśliwą posiadaczką dwóch pachnidełek włoskiej marki Tesori d'Oriente. Zapachy te można kupić w internecie i w niektórych niesieciowych drogeriach. Moje pochodzą z tego drugiego źródła. Są to, jak deklaruje producent na opakowaniu, wody perfumowane. Mogę to potwierdzić, odwołując się do intensywności i trwałości zapachu (miałam okazję wcześniej testować zakupione przeze mnie warianty).


Spośród gamy kilku zapachów zdecydowałam się na Jaśmin Jawajski (Jasmin di Giava) i Smoczy Kwiat (Fiore del Dragone). Dostępnych jest jeszcze kilka innych wariantów w większości zbudowanych wokół jednego wiodącego składnika (m.in. imbir, mirra, piżmo, zielona herbata, orchidea, lilia).

Zapachy tej marki samą swoją nazwą nawiązują do orientu. Jednak do testów radzę podchodzić z otwartą głową (i nosem), ponieważ nie wszystkie tak naprawdę są typowymi kompozycjami kojarzonymi z dalekim Wschodem. Niektóre, jak Chińska Orchidea, orientalną mają tylko nazwę.

Skupię się teraz na swoich nabytkach, które możecie podziwiać na zdjęciu. Zapłaciłam za nie 32 zł. Jak za 100 ml trwałego zapachu to naprawdę niewiele. Nie są to jednak ultra złożone kompozycje, nie rozwijają się specjalnie na skórze, pachną dość jednostajnie. Nie są to również zapachy odkrywcze, w internecie krąży mnóstwo recenzji, które wskazują na ich podobieństwo do górnopółkowych znanych kompozycji. Na przykład, posiadany przeze mnie Jaśmin Jawajski ma stanowić alternatywę dla Angela Thierry Muglera, a Smoczy Kwiat to ponoć odpowiednik Hypnotic Poison Diora. Hammam, na który skądinąd też ostrzę zęby, ma przypominać Cinema YSL (to ostatnie wydaje mi się najbardziej naciągane). Na szczęście jednak, nie są to wprost podrobione droższe zapachy, od swoich 'pierwowzorów' różni je sposób, w jaki pachną na skórze. Odbieram to w ten sposób, że owszem, są w dużym stopniu zainspirowane drogimi hitami perfumeryjnymi, ale nie podszywają się pod nie, posiadają swój własny charakter, nazwę i opakowanie. Na przykład, Jaśmin Jawajski, pozbawiony jest charakterystycznej dla Angela metalicznej, piwnicznej nutki, odtwarza jedynie najcieplejszą i najsłodszą fazę zapachu TM.

Nie powiedziałabym, że przypadną do gustu wszystkim. To dość intensywne,  głębokie kompozycje. Jaśmin jawajski jest słodszy i delikatniejszy, ale dla osób preferujących cytrusowo-kwiatowe świeżaki nadal będzie zbyt duszący i mocny. U wrażliwców oba zapaszki mogą nawet wywołać ból głowy. Mi jednak wydają się przepiękne, otulające, ciepłe, idealne na chłodną zimową aurę, która wkrótce nadejdzie i która w zasadzie już jest odczuwalna nocami. 

 Niezaprzeczalnym atutem jest ich cena. Dostępność może sprawiać pewien kłopot, bo choć łatwo można je dostać na allegro, to ze znalezieniem miejsca, gdzie można by je przetestować, jest już trudniej. Estetyka opakowania, jak widać, pozostawia wiele do życzenia. Te buteleczki nie są brzydkie, ale nie ma w nich też nic szczególnie ładnego, ot, mogą być. Są natomiast bardzo funkcjonalne. Wykonane zostały z metalu, dzięki czemu nie grozi im stłuczenie, bez większego ryzyka można je zabrać w podróż. Atomizer rozpyla, tak jak lubię, delikatną mgiełkę zapachu, działa bez zarzutu.

Kupiłam i nie żałuję,  mam ten komfort, że blisko domu mam sklepik, gdzie mogę je sobie obwąchiwać i testować, dlatego nie wykluczam zakupu kolejnych flaszek Tesori. W razie czego Wy dowiecie się najpierw. Są też produkty uzupełniające: żele do kąpieli, mydełka, płyny do kąpieli, kremy.

Znacie tę markę? Bardzo jestem ciekawa Waszych opinii, bo to, jak ktoś inny odbiera zapach zawsze jest dla mnie wielką zagadką. 

Ciao,
Fifruwajka

środa, 26 września 2012

Tender Care - urocze maleństwa od Oriflame

W swojej kosmetycznej karierze przerabiałam różne mazidełka ochronne do ust. Między innymi miałam też opisywane w dzisiejszej notce kremiki uniwersalne od Oriflame. Te niepozorne maleńkie pudełeczka skrywają kosmetyk, który wielu osobom bardzo przypadł do gustu, innych rozczarował. Osobiście należę do tych pierwszych.


Jak możecie zobaczyć na zdjęciu, posiadam cztery warianty tego kremiku spośród dostępnych pięciu. Bezzapachowy (jasnoróżowy), karmelowy (nie muszę chyba mówić, który), wiśniowy (w opakowaniu ciemny róż), waniliowy (jasny beż). Miałam również czekoladowy, ale jego zapach zaczął mnie z czasem drażnić i oddałam go kuzynce.

Od jakiegoś czasu zaprzestałam już poszukiwań doskonałego kosmetyku do pielęgnacji ust. W zasadzie produkty tego typu mogłyby być mi w ogóle zbędne, gdyby nie mój kretyński nawyk przygryzania ust. Dawno jednak przestałam wierzyć, że jakikolwiek balsam rozwiąże ten problem i w trosce o wygląd ust staram się ich po prostu nie miętosić w zębach. Czasem jednak, zwłaszcza zimą, usta domagają się dodatkowej warstewki ochronnej, kiedy wychodzi się na dwór. I tutaj kremiki Oriflame spisują się świetnie. Lepiej niż pomadki Nivei (tępe, warstewka ochronna na ustach w moim odczuciu jest nieprzyjemna), klasyczny Carmex w słoiczku (kamforowe mrowienie na mrozie to genialny pomysł, prawda?), arbuzowy The Body Shop (nie podobał mi się zapach i był chyba trochę rzadszy niż te z Oriflame) i inne. Nigdy nie testowałam osławionego Tisane, może kiedyś się skuszę.

Co najbardziej w nich lubię? Konsystencję i uczucie miękkości ust, jakie nadają. Słodkie, maleńkie  opakowania. W perfumowanych cenię sobie piękne zapachy - moimi faworytami są wiśniowy i waniliowy. Karmelowy jest śliczny, ale na dłuższą metę męczący, czekoladowy - odrobinę syntetyczny. Podoba mi się także to, że wspaniale koją podrażnione podczas kataru okolice nosa. Z powodzeniem również można je stosować na wszelkie inne przesuszone miejsca. 

To, co im się zarzuca, to słabe działanie, taki sobie skład (oparty na parafinie), nieporęczne opakowanie do którego trzeba wkładać palec by wydobyć kosmetyk. Co do działania, nigdy żaden balsam nie 'naprawił' mi ust, które były popękane (lub pogryzione), więc takich efektów nie oczekuję. Zależy mi przede wszystkim na ochronie przed niekorzystnymi czynnikami atmosferycznymi (wiatr, mróz) i w tej roli właśnie okluzyjnie działający kremik na bazie parafiny okazuje się być najlepszym wyborem. Stosuję go też codziennie wieczorem na noc i zauważyłam, że chroni wargi przed przesuszeniem na tyle dobrze, że bez problemu mogę pozwolić sobie na mocno kryjące pomadki. W opakowanie faktycznie trzeba włożyć palec, co robię zawsze w łazience przed wyjściem z domu czy przed położeniem się spać. W takich warunkach naprawdę nie mam obaw o zachowanie higieny - zawsze przed aplikacją produktu myję ręce. W torebce noszę natomiast balsam w sztyfcie, tak na wszelki wypadek, ale używam go sporadycznie. Kremik Oriflame trzyma się na ustach dość ładnie, łagodzi podrażnienia, tworzy tłustawą, przyjemną warstewkę.

Rozumiem negatywne opinie, dla mnie jednak wskazywane często 'wady' tego kosmetyku są zupełnie nieistotne. Stosuje mi się go bardzo przyjemnie i spełnia moje wszystkie oczekiwania pielęgnacyjne. Jest jedynie dość drogi w cenie regularnej - kupuję go jednak w dużych promocjach (najczęściej w okresie świątecznym) za około 10 zł. Moim zdaniem, koszt do przyjęcia. Miewałam droższe.

Czy polecam? I tak, i nie. Jeśli nie lubisz produktów do ust w słoiczkach, nie kupuj. Jeśli w tego typu kosmetykach szukasz roślinnych ekstraktów i naturalnych maseł, oraz przechodzą Cię ciarki na sam dźwięk słowa 'parafina', nie kupuj. Jeśli uważasz, że cena tego kosmetyku jest wysoka i oczekujesz w związku z tym fenomenalnych rezultatów, nie kupuj - to tylko dobry kosmetyk ochronny, a nie remedium na wszelkie kłopoty z ustami. Polecam wszystkim pozostałym, przynajmniej na próbę.

Buziaki,
Fifruwajka

sobota, 22 września 2012

L'biotica BiovaxMed Aktywny żel przeciwłupieżowy

Mam wrażliwą skórę głowy i wiele niewłaściwych kosmetyków pielęgnacyjnych do włosów i zabiegów fryzjerskich wywołuje u mnie łupież. Staram się, by moja pielęgnacja włosów i skóry głowy była możliwie jak najbardziej delikatna, unikam też stylizowania włosów, pół roku temu zrezygnowałam z farbowania. Ma to z pewnością pozytywny wpływ na złuszczanie się naskórka owłosionej skóry głowy. Czasem jednak szampon pożyczony od kogoś, użyty 'awaryjnie' gdzieś na wyjeździe powoduje nawrót problemu.


Próbując poradzić sobie z tym problemem przetestowałam mnóstwo środków przeciwłupieżowych popularnych drogeryjnych marek takich jak Nivea lub Head&Shoulders. Na ogół nie pomagały wcale, a niektóre z nich wręcz pogłębiały problem (jasna sprawa, zawierają agresywne detergenty, a mało składników leczniczych). Szampony przeciwłupieżowe z Pharmaceris zachowywały się podobnie. Skuteczne, ale niewygodne w stosowaniu (nakładanie na głowę, wytworzenie piany i trzymanie jej na głowie przez określony czas i dopiero zmycie), oraz zabójcze dla włosów były apteczne szampony lecznicze. Mówię tu przede wszystkim o Selsun Blue i Pirolam. Bardzo szybko radziły sobie z łupieżem, równie sprawnie udawało im się także, niestety, przesuszyć włosy i wymyć farbę.

Wtedy uświadomiłam sobie, że trzeba użyć czegoś, co zadziała na skórę głowy, nie będzie jednak miało kontaktu z włosami. Będąc na zakupach postanowiłam poszukać czegoś co zadziała przeciwłupieżowo i będzie aplikowane bezpośrednio na skórę. Znalazłam kilka ziołowych wcierek (z ich skutecznością bywa różnie) i ten oto żel, który skusił mnie dużą koncentracją składników silnie przeciwgrzybiczych. Zapłaciłam za niego około 25 zł i były to dobrze wydane pieniądze. Po kilku aplikacjach łupież znika, a włosy nie muszą cierpieć tortur poddawane regularnie myciu silnie wysuszającymi szamponami. Żel pozostaje na skórze głowy, a nie jest spłukiwany po kilku minutach, dzięki temu składniki aktywne mają szansę efektywniej zadziałać. Jest też dość wydajny, potrzeba niewielkiej ilości, by wmasować go w całą skórę głowy.

Jestem bardzo zadowolona i uważam, że to świetnie rozwiązanie np. dla kobiet, które mają farbowane włosy i boją się, że szampon przeciwłupieżowy szybko wypłucze kolor. Także dla osób o włosach suchych i zniszczonych, które obawiają się, że podczas kuracji przeciwłupieżowej pogorszy się kondycja włosów. Polecam.

Buziaki, 
Fifruwajka


wtorek, 18 września 2012

Warszawa, 'Warszawka' i "Zły" Tyrmanda

Warszawa. Mieszkam w tym mieście już szósty rok. Można powiedzieć, że spędziłam tu swoje całe dorosłe życie. Powiecie, że inne miasta są piękniejsze. Z pewnością, nie zamierzam się sprzeczać. Bardziej bezpieczne i 'przyjazne'? Ależ oczywiście. Że Warszawa jest hałaśliwa i cały czas 'w budowie'? Dokładnie tak i myślę, że prędko się to nie zmieni. I że latem zamienia się w rozgrzaną patelnię, a zimą wiatr hula pomiędzy brzydkimi szarymi blokami? Owszem, veni, vidi, ... ech, tam. W autobusach śmierdzi i bilety ZTM drożeją w zatrważającym tempie? Trudno się mówi. Wszystko jest droższe? Bez przesady. Że ze wszystkich stron nagabują żebrzący bezdomni? Praga jest obskurna, a Mokotów drogi? Planowanie przestrzenne zasługuje na dwóję z dwoma minusami? I co z tego?

Jedyną rzeczą, którą trudno mi wybaczyć Warszawie, jest to, że bywa Warszawką, żeby nie powiedzieć Warszaffką. Mekką wszystkich aspirujących. Celebryckich hybryd, które nie potrafią ani tańczyć ani śpiewać ani grać ani prezentować pogody, a wszystko to robią bez najmniejszego poczucia żenady. Ta moja niechęć być może jest spowodowana tym, że moje ostatnie miejsce pracy zmuszało mnie do ciągłego kontaktu z tym  środowiskiem. Nie wspominam dobrze tego okresu, a wręcz z całych sił staram się nie wspominać go wcale.

Gdy byłam jeszcze w liceum, zarzekałam się, że mogę żyć wszędzie, byle nie tu. Teraz nie chcę mieszkać nigdzie indziej. Nie proście mnie o uzasadnienie - miłość jest ślepa. W tym przypadku także głucha, pozbawiona powonienia i naiwna.


Warszawa zmienną jest. Uwielbiam ją w jej współczesnym wydaniu, ale z olbrzymią przyjemnością i zainteresowaniem przyglądam się historii tego miasta. Cała jest uświęcona krwią powstańczą, setki tysięcy ludzi straciło życie by mogła ona być, jaka jest. Wyjątkowa, piękna, niedoskonała, trudna.

Jedną z ważniejszych pozycji książkowych dla tych, którym Warszawa jest nieobojętna, jest "Zły" Tyrmanda. Książka ta ma wielu bohaterów, o czym zresztą autor zapewnia na pierwszych stronach, podając do wiadomości publicznej wykaz osób biorących udział w tej opowieści. Dla mnie jednak postacią z prawdziwego zdarzenia jest tutaj tylko Warszawa. Jej oblicze z lat 50-tych XX-ego wieku. 

Ta powieść to niesamowita mieszanina wielu gatunków. Sensacja, kryminał, romans, western. Sam Zły jest superbohaterem pokroju Batmana lub innego Spidermana. Ja sama jednak odbieram ją przede wszystkim jako książkę - dokument. Tyrmand oprowadza nas głównymi ulicami po centrum powojennej Warszawy, pokazuje apteki, urzędy, kawiarnie, wybieramy się na zakupy na słynny bazar Różyckiego. Zachowana zostaje atmosfera tego okresu, specyfika miasta, warszawska gwara i obyczaje.

Ale także to, co fikcyjne, jest godne uwagi. Szczególnie udany jest obrazek świata przestępczego. Robert Kruszyna, zabijaka, gangster i były bokser rozbawi chyba każdego. Miło wspominam również kilka innych bardzo pobocznych wątków. Nie zamierzam zdradzać szczegółów fabuły, dlatego zakończę tu moją krótką 'zachętę'.

Zbliżają się długie jesienne wieczory. Najlepszy czas na czytanie. Serdecznie polecam Wam "Złego". Nie przeraźcie się tylko objętością. Moje wydanie ma 776 stron. Powieść czyta się jednak szybko, niemal na jednym wdechu.

Buziaki,
Fifruwajka

niedziela, 16 września 2012

Kolejne denko, oraz Today EDP z Avonu

W mojej szafeczce, gdzie trzymam zużyte kosmetyki, przeznaczone do projektu denko, znów zrobiło się tłoczno. Pora na zdjęcia wykończonych produktów i moje małe komentarze.

krem do rąk z maliną i miętą Oriflame Nature Secrets,aromatyczna kąpiel dłoni Farmona Professsional, mydełko Oriflame Floral Collection, saszetka peeling do stóp + krem do stóp Bielenda Granat

Krem do rąk z Oriflame pachnie przecudnie, przyzwoicie nawilża i szybko się wchłania, dzięki czemu jest idealny do użycia w ciągu dnia. Nie polecam dla przesuszonych czy bardzo zniszczonych dłoni. Na noc również wolałabym coś o mocniejszym działaniu i cięższej konsystencji. Kupię na pewno, tym razem zdecyduję się jednak na wersję z mango i jojoba, bo mięta i malina to dla mnie kompozycja zapachowa doskonała na cieplejsze pory roku.

Kąpiel do dłoni Farmony również polubiłam. Jedynie zapach zaczął mnie z czasem drażnić - był, niestety, odrobinę sztuczny. Kosmetyk umilał przygotowanie dłoni do wykonania manicure. Zmiękczał skórę, ale nie przesuszał jej tak, jak zrobiłby to na przykład roztwór wody i mydła. 

Jeśli ktoś zna mydełka Oriflame, będzie wiedział, gdy powiem, że to z Floral Collection jest na podobnym poziomie jak inne tej marki. Są w porządku, nie wysuszają ani bardziej ani mniej niż drogeryjne mydła. Mają jednak przepiękne intensywne zapachy i ciekawe formy. W promocji można je kupić w przystępnej cenie.

O mydełkach Alterry pisałam wielokrotnie. Gdy miałam na dłoniach zmiany alergiczne, mydełko to, w odróżnieniu od drogeryjnych przeciętniaków, nie pogarszało sprawy. Z zapachami jest różnie, miałam chyba chyba wszystkie i to ze zdjęcia, różane, polecam chyba najbardziej.

Saszetka z Bielendy jest moim zdaniem trochę za droga jak na zawartość (4-5 zł). Kosmetyku jest mało (2x10 ml). Peelingu ledwo mi starczyło na dwa zabiegi, krem zużywałam dłużej. Peeling jest bardzo sympatyczny, nie jest to mocny ścierak, ale pięty i spody stóp i tak traktuję tarką. Zadaniem peelingu jest dla mnie wyszlifowanie góry stóp i trudno dostępnych miejsc między palcami. Sprawdził się. O kremie jednak nie mogę powiedzieć tego samego, jest zbyt lekki by jakoś wyraźnie odżywić skórę stóp. Miałam wrażenie, że równie dobrze mogłabym użyć zwykłego mleczka do ciała.

masło do ciała Cien o zapachu mango (Lidl), Avon Naturals żel pod prysznic o zapachu kwiatu wiśni, Zel pod prysznic Jardins du Monde o zapachu migdała, Isana wygładzający roll-on do ciała

Masło do ciała z Lidla miało naprawdę gęstą, maślaną konsystencję (co często wcale nie jest takie oczywiste dla producentów kosmetyków) oraz intensywny egzotyczny zapach, który mógłby być męczący przy codziennym stosowaniu. Stosowałam je zawsze po depilacji i zawsze wtedy, gdy czułam, że moja skóra jest przesuszona czy podrażniona. To było jedno z najlepszych maseł jakich używałam. Bardzo dobrze nawilżało, koiło i troszeczkę natłuszczało skórę. Warte polecenia, pozytywnie zaskoczyłam się tym niepozornym kosmetykiem marki własnej Lidla. Jeśli dobrze pamiętam, za 400 ml zapłaciłam około 15 zł.

Żel pod prysznic z Avonu był dość wodnisty i przeciętnie wydajny. Nie spodziewałam się po nim za wiele, więc mnie  nie zawiódł. Chciałam jedynie by pięknie pachniał pod prysznicem. I ta obietnica została jak najbardziej spełniona. Urokliwy owocowo-kwiatowy zapach towarzyszył mi podczas kąpieli. Zawiera agresywne detergenty, mógł więc wysuszać. Ja jednak zawsze stosuję jakiś balsam albo inne smarowidło po kąpieli, więc ciężko mi coś powiedzieć więcej na ten temat.

Kremowy żel pod prysznic Yves Rocher ze zdjęcia uwielbiam. Jest dość delikatny, ma mięciutką, gęstą konsystencję i bardzo autentyczny migdałowy zapach. Żel jak to żel, myje, pieni się, może przesuszać, mi nigdy jeszcze jednak krzywdy nie zrobił. To nie moje pierwsze (i na pewno nie ostatnie) opakowanie. Wkurzać może jedynie niewygodne zamknięcie.

Roll on z Isany kupiłam tylko dlatego, że kosztował niecałe 3 zł (cena na do widzenia w Rossmannie). Była to niewielka suma, więc nie żal mi wydanych pieniędzy, ale sam kosmetyk jest bardzo nijaki. Stosowałam go zgodnie z przeznaczeniem na partie ciała objęte zmiany cellulitowymi. Nikogo pewnie nie zdziwi, jeśli powiem, że na ten problem wpływu nie miał żadnego. Myślałam jednak, że fajnie napnie i nawilży skórę. Nic z tych rzeczy. Zawierał alkohol (i nim też pachniał), ale na szczęście nie przesuszył skóry. Skończył się po dwóch tygodniach... i dobrze. 

odżywka z cytryną i pokrzywą Oriflame Nature Secrets, Himalaya  Herbals maseczka do twarzy z miodlą indyjską, krem Eveline dotleniający 3w1 Pro Youth, krem do twarzy Bielenda Ogórek&Limonka, woda toaletowa Oriflame Air

Odżywka z Oriflame jest dobra jako ostatni kosmetyk nawilżający po zabiegu olejowania włosów. Samodzielnie sprawdza się tak sobie. Zapach jest ładny, cytruskowo-ziołowy. Ogólnie polubiłam odżywki z linii Nature Secrets, ale do tej z cytryną i pokrzywą pewnie już nie wrócę, bo wariant kokosowy, na przykład, dużo bardziej mi odpowiada.

Maseczka Himalaya Herbals zastyga na twarzy, ściąga skórę i ją oczyszcza. Pachnie intensywnie ziołowo, wielu osobom ten zapach może nie przypaść do gustu. Polecam ją dla cer trądzikowych, ale raczej jako uzupełnienie kuracji dermatologicznej niż remedium na krostki jako takie.

Krem z Eveline to bubel. Nie wchłania się całkowicie, pozostawiając cienką woskową powłoczkę na skórze. Od razu gdy go dostałam, wiedziałam, że będzie stosowany do dekoltu i szyi. Skład wydał mi się zbyt ryzykowny, by stosować go na moją skłonną do zapychania buzię. Okazało się, że po kilku dniach używania go na szyi i dekolcie zaczęły wyskakiwać krostki. Dzięki Kaczmarcie i jej notce na temat tego kremu upewniłam się, że winowajcą jest ten kosmetyk, a nie na przykład zmiany hormonalne.

Za to Bielendzie kremik ogórkowy się udał. Może nie matuje tak, jak często oczekują tego osoby z cerą mieszaną, ale ładnie nawilża i nie powoduje wysypu krostek. Świeżo, przyjemnie pachnie. Opakowanie, inaczej niż w przypadku Eveline, paskudne. Duże, nieporęczne, wykonane z niskiej jakości plastiku.

Woda toaletowa Air to zupełnie nietrafiony zakup. Skandalicznie krótko się utrzymuje, zapach jest banalny, ozonowo- świeży, wyczuwam w nim białe kwiaty, lekko mydlany, zupełnie nie w moim guście. Kupiłam ją na podstawie kiedyś-tam-powąchanej-kartki-z-katalogu i to był błąd. Niska cena, ale co z tego?


A oto mój najnowszy nabytek zapachowy. Woda perfumowana Today zrobiła na mnie wrażenie w czasie swojej premiery, kiedy to byłam jeszcze uczennicą gimnazjum. Podobała mi się, ale po pierwsze, była dla mnie za droga, a po drugie robiła na mnie, słuszne skądinąd, wrażenie zbyt 'dorosłej'. Jest to zapach wymagający. Bogaty i ciepły, bardzo kobiecy z intensywnym kwiatowym sercem. Dość szlachetny jak na Avon, nie pachnie 'tanio'. Odpowiedni na chłodniejsze pory roku, absolutnie nie jest z gatunku uniwersalnych pachnidełek, które można kupić na prezent. Trwałość imponująca jak na cenę i markę.

Buziaki, 
Fifruwajka

środa, 12 września 2012

Ulubieńcy lata 2012 - pielęgnacja

Upalna pogoda i ostre słońce sprawiają, że niektóre z kosmetyków lubianych w chłodniejsze pory roku po prostu nie sprawdzają się latem. Głównie dotyczy to perfum oraz pielęgnacji twarzy i ciała. Stawiamy na lżejsze konsystencje, delikatniejsze zapachy, wysokie filtry w kosmetykach, szukamy orzeźwienia i szybkiego wchłaniania produktów. 

Oto ci, którzy z wyzwaniami tego lata poradzili sobie u mnie wzorcowo. Za rok na pewno powtórzę zakup większości z tych kosmetyków :)

mleczko Yves Rocher Plaisirs Nature Jeżyna, Lirene balsam brązujący Body Arabica Cafe Mocha, płyn do higieny intymnej Bielenda Żurawina, eksfoliujący żel pod prysznic Oriflame Mięta i Malina, Lirene Sensitive mineralna emulsja do opalania SPF 20, peeling do ciała Joanna o zapachu bzu, Oriflame Perfect Body tonujący krem do nóg

Na pierwszy ogień pójdą kosmetyki do higieny i pielęgnacji ciała.

Jeżynowe mleczko do ciała Yves Rocher ma delikatny owocowy zapach i ultra lekką konsystencję. Wchłania się od razu, pozostawiając skórę miękką i delikatnie pachnącą. Nawilża wystarczająco niewymagającą skórę. Super-szybkie w użyciu.

Balsam Lirene to mój ulubieniec wśród kosmetyków brązujących. Ładnie brązowi, dość wolno, potrzeba kilku aplikacji by uzyskać wyraźny efekt, ale dzięki temu łatwo go stopniować. Nie pozostawia plam, uzyskany kolor jest naturalny. Słoneczna skóra bez słońca? Tak! Pachnie przyjemnie podczas aplikacji, potem... wiadomo.

Płyn do higieny intymnej pozostanie ze mną na dłużej. Jest to kosmetyk całoroczny, ale odkryłam go stosunkowo niedawno (właśnie latem). Delikatny, dobrze i łagodnie oczyszcza, dość wydajny, tani. Wierzę, że może mieć pozytywny wpływ na drogi moczowe, z którymi miewam problemy od wielu lat.

Żel pod prysznic Oriflame jest bombowy. Na upalne lato, siłownię, po wysiłku. Nie znam bardziej orzeźwiającej i zarazem przyjemnej kompozycji zapachowej w żelu pod prysznic. Uwielbiałam go stosować. Złuszcza baaardzo delikatnie, dla osób, które boją się mocnych peelingów, zamiana codziennego żelu na prysznic na ten z drobinkami może być dobrym rozwiązaniem. Więcej niż polecam.

Emulsja do opalania SPF20 Lirene skutecznie chroni, dzięki czemu spełnia najważniejszy wymóg jaki stawiam przed tego typu produktami. Moja skóra się ze słońcem nie lubi. Trudno ją opalić, łatwo poparzyć. Dlatego słońca konsekwentnie unikam, a ten produkt jest idealny na lato w mieście i sporadyczne przebywanie na zewnątrz. Moją skłonną do poparzeń skórę na plaży chroniłabym wyższym filtrem. Myślę jednak, że ta emulsja w przypadku ciemniejszych karnacji, bardziej przyzwyczajonych do kąpieli słonecznych nadawałby się równie dobrze do opalania.

O peelingu Joanny napisałam osobny post. Dostępny tu: http://fifruwajka.blogspot.com/2012/09/joanna-krolowa-peelingow-czyli-kolejny.html

Krem tonujący do nóg Oriflame jest trochę drogą zabawką, ale wartą swojej ceny. Docenią go osoby z popękanymi naczynkami i problemami z puchnięciem nóg w czasie upałów. Staram się stosować kosmetyki wzmacniające naczynia krwionośne przez cały rok, latem jednak żele czy kremy tego typu są dla mnie niezbędne. Mogę mieć tylko nadzieję, że składniki tego kremu poprawiają długotrwale stan skóry moich nóg, pewne jednak efekty są zauważalne od razu. Krem ma delikatnie zielonkawy kolor, dzięki czemu trochę wycisza zaczerwienienia i tuszuje fioletowe żyłki na skórze, odrobinę chłodzi i przynosi ulgę zmęczonym nogom. Zimą poużywam masła Kasztan z Bielendy, mam też w zapasie balsam do zmęczonych nóg z Yves Rocher. Przypuszczam jednak, że do wynalazku Oriflame kiedyś jeszcze wrócę.

Biovax intensywnie regenerująca maseczka do włosów skłonnych do wypadania, Pollena-Malwa Czarna Rzepa szampon, olejki Alterra: Granat i Awokado, Pomarańcza i Brzoza, Limonka i Oliwka

Moja pielęgnacja włosów bez względu na porę roku wygląda tak samo. Szampon ma oczyszczać i nie wysuszać włosów, maseczki i odżywki nawilżać, olejki odżywiać włosy. Te kosmetyki sprawdzają się u mnie bardzo dobrze. Na zdjeciach widoczne są już któreś kolejne kupione przez mnie opakowania.

Maseczka z Biovax zasłużyła na odrębną recenzję. Być może napiszę notkę o moich doświadczeniach z różnymi maseczkami L'Biotici, które do tej miałam. Jest to jeden z moich must have. Nawilża, nie obciąża, włosy są miękkie, sypkie, odżywione. Niedroga, łatwo dostępna, wyróżnia się dobrym składem i efektywnym działaniem, tak krótko- jak i długofalowym.

Szampon Czarna Rzepa uwiódł mnie tym, że ma dość prosty skład, nie zawiera silikonów i jest bardzo tani (ok. 4 zł). Pisałam o nim już wielokrotnie przy różnych okazjach, ale raz jeszcze się powtórzę. Spełnia swoje zadanie (oczyszczanie skóry i włosów) bardzo dobrze, pachnie tak sobie (ale jak na produkt z czarną rzepą, źle nie jest), nie przesusza włosów i jest to łatwo dostępny (Rossmann) kosmetyk na każdą kieszeń.

Olejki Alterry są boskie. Wbrew plotkom, nie zostały wycofane, ale powrócą do nas (przynajmniej niektóre warianty) w nowym ulepszonych opakowaniach. Używam ich, jak chyba każda bloggerka ;), do olejowania włosów. Mam Amlę, Vatikę, próbowałam stosować czysty olej kokosowy, ale te niepozorne olejki pod marką własną Rossmanna okazały się najlepsze. Zostawione na włosach na noc nie brudzą poduszki, pięknie pachną, a używane regularnie wspaniale wpływają na kondycję włosów. Czupryna pięknie błyszczy, pasma są mięciutkie i widocznie zdrowsze. 

Bioderma Photoderm Max 50+ krem tonujący na lato, Bielenda Kasztan emulsja do mycia twarzy, Oriflame Optimals emulsja do twarz Oxygen Boost SPF 30, Pharmaceris Sebo-Almond Peel z 10% kwasu migdałowego

Pisałam już, że moja cera się nie lubi ze słońcem? Mało tego, stosuję regularnie kremy złuszczające do twarzy na noc. Dlatego latem przede wszystkim muszę chronić skórę przed promieniami UV. Priorytetem w moim kremie dziennym jest wysoki SPF, min. 30.

Tego roku pomagały mi w tym dwa kosmetyki: krem tonujący Biodermy i emulsja ochronna Oriflame. Oba spisywały się świetnie w zakresie ochrony. Bioderma może nawet trochę lepiej, niestety mam ją w uniwersalnej wersji kolorystycznej i odcień bywał dla mnie trochę za ciemny. Musiałam ramiona, dekolt i szyję muskać pudrem brązującym, by wyrównać koloryt skóry twarzy i ciała. Emulsja Oriflame oprócz właściwości ochronnych i pielęgnacyjnych (bardzo przyzwoite nawilżenie), uwiodła mnie ładnym świeżym zapachem. Dobra pod makijaż, dość lekka jak na tak wysoki faktor, ale nie czarujmy się, trzeba było ją zawsze trochę zmatowić pudrem sypkim, by uniknąć niepożądanego błysku.

Emulsja Kasztan to mój ulubieniec do demakijażu. Dlaczego tak jest, dowiesz się tu: http://fifruwajka.blogspot.com/2012/08/dla-naczynkowcow-bielenda-kasztan.html

Krem Pharmaceris wkrótce także doczeka się wyczerpującej recenzji, póki co napiszę tylko, że stosowany regularnie pomaga w walce z trądzikiem, wygładza skórę, wyrównuje jej koloryt, delikatnie, ale wyraźnie złuszcza i nie przesusza. Umieściłam go w letnim zestawieniu, bo kwas migdałowy znany jest z tego, że nie uwrażliwia skóry dodatkowo na słońce jak to czynią inne kwasy. Owszem, z tego powodu, że złuszcza martwy naskórek i odsłania jego nową, delikatną warstwę, dobrze jest stosować kremy z filtrem równolegle, na dzień. Nie jest to jednak aż tak bardzo ważne jak w przypadku kremów z kwasem salicylowym, glikolowym czy retinoidami, a nasze zaniedbania w zakresie ochrony przeciwsłonecznej będą mniej katastrofalne w skutkach.

woda kolońska Yves Rocher Fraicheur Vegetale Verveine, woda toaletowa L'occitane The Vert au Jasmin
Moi ulubieni ulubieńcy! ;) Pisałam już notkę o zapachach na lato. Jednak o tych wodach wspomnę jeszcze raz. Ciężko jest pachnieć czymkolwiek, gdy temperatury sięgają 40 stopni. Wszystko wydaje się duszące, męczące, zbyt ciężkie i mdli. 

To jednak ani trochę nie dotyczy wody kolońskiej o zapachu werbeny. Cytrusowy zapach z lekko ziołową nutą orzeźwia, a schłodzony w lodówce przynosi ulgę nawet w największe upały. W dodatku jest śliczny i radosny, zupełnie niezobowiązujący. Pasuje do bikini, stroju sportowego, ale i lekkiej letniej sukienki.

Woda toaletowa z L'occitane to dla mnie najpiękniejsze uzupełnienie deszczowego, ale ciepłego letniego dnia. Pachnie trochę ziołowo, trochę kwiatowo, nie jest to typowy świeżak, w bardzo upalny dzień mogą się wydać trochę duszne. 

Podzielcie się, bez czego Wy nie wyobrażacie sobie swojej kosmetyczki latem i co w tym roku szczególnie przypadło Wam do gustu.

Buziaki,
Fifruwajka

Recenzje: Klorane szampon odżywczy do włosów z mango, Phenome olejek nawilżający

Dziś dwie recenzje kosmetyków troszeczkę droższych niż te, które zazwyczaj pokazuję, jednak naprawdę wartych uwagi (z pewnymi jednak zastrzeżeniami).

Szampon Klorane od jakiegoś czasu stoi u mnie nieużywany. Zimą zużyłam dwie buteleczki 200 ml będąc z niego bardzo zadowolona. Kolejna zakupiona butelka, tym razem 400 ml, stoi od wiosny praktycznie nieużywana.


Zmieniły się po prostu potrzeby moich włosów. Wcześniej były one suche, łamliwe, bardzo słabe, farbowane na jasne odcienie blondu. Gęsty, odżywczy, perłowy szampon spisywał się naprawdę dobrze. Mimo obecności SLES, nie przesuszał włosów, wygładzał je, utrzymywały względną świeżość przez dwa dni. Dawało się rozczesać pasma nawet bez użycia po nim odżywki.



Od jakiegoś czasu nie rozjaśniam włosów, partie u nasady nie były nigdy poddane żadnym intensywnym zabiegom chemicznym. Szampon zaczął je obciążać, niedługo po myciu zaczynają wyglądać nieświeżo.

Szampon dedykowany jest włosom suchym i zniszczonym. I w przypadku TYLKO takich się sprawdza. Włosy zdrowe u nasady i przesuszone tylko na końcach nie będą z niego zadowolone.

Szampon jest perłowy, ma gęstą, kremową konsystencję.

Jego wielkim plusem jest na pewno zapach. Piękny, owocowy, dość słodki i intensywny. Sama przyjemność.

Jest on, niestety, dość drogi. Ja swoje 400 ml kupiłam w promocji za 44 złote. Za butelki 200 ml płaciłam zazwyczaj około 34 złote. Sporo. W końcu to tylko szampon, sam cudów z czupryną nie zdziała. Od kiedy przestawiłam się na dużo tańsze szampony, portfel odetchnął, a włosy wcale nie ucierpiały na tych zmianach.

Czy polecam? I tak, i nie. Osoby o włosach bardzo suchych będą zadowolone, o ile są skłonne zapłacić tyle za, bądź co bądź, tylko szampon. Nie nadaje się on jednak w żadnym wypadku dla kogoś, kto posiada skłonną do przetłuszczania się skórę głowy, o nie...

Kolejnym bohaterem tego posta jest nawilżający olejek do twarzy Phenome. Kosmetyk bardzo dobry, skuteczny, przyjemny w użyciu, bogaty w substancje aktywne, ale super drogi. 30 ml tego cuda kosztuje 145 zł. Gdyby jego cena była choć o połowę niższa, łatwiej byłoby mi go polecać.


Ciemna, szklana buteleczka chroni naturalny, ekologiczny produkt, składający się w dużej mierze ze skutecznych, ale i wrażliwych na światło czy temperaturę substancji czynnych. Olejek ten jest reklamowany przez producenta jako panaceum na niemal wszystko. Sami przeczytajcie:

Lekki, aksamitny olejek do nawilżająco-regenerującej pielęgnacji każdego rodzaju skóry. Bogaty w organiczne oleje, intensywnie nawilża i odżywia naskórek, doskonale wygładza drobne linie i nierówności, dostarcza substancji zwalczających wolne rodniki oraz zabezpieczających przed procesem starzenia się skóry. Doskonale regeneruje, odpręża i koi, przynosi ulgę zestresowanej i napiętej skórze. Naskórek staje się jedwabiście gładki, delikatny i sprężysty, zabezpieczony subtelnym filmem ochronnym.



I najlepsze jest to, że to wszystko prawda. Jest to kosmetyk - geniusz. Miałam obawy przed jego stosowaniem - to przecież olej, a moja mieszana, skłonna do krostek cera nie lubi na ogół ciężkich konsystencji. I owszem, stosowanie go solo, na gołą skórę, kończyło się taflą tłuszczu na twarzy. Dodawany jednak w ilości 1-2 kropli do codziennego kremu niesamowicie podnosił jego wartości odżywcze, nawilżające, wyglądał na buzi korzystnie i wraz z kremem wchłaniał się niemalże do matu.

Gdy moja cera była przesuszona czy podrażniona, stosowałam go samodzielnie. Pięknie koił i nawilżał, nie powodując przy tym wysypu krostek.Moja cera trądzikowa naprawdę akceptowała ten kosmetyk.

Dobrze się również sprawdza dodawany do maseczek. Nawet buble mogłam dzięki niemu spokojnie zużyć.

Jego dużą wadą jest krótki termin przydatności do użycia. Z jednej strony, uwiarygodnia to zapewnienia producenta co do naturalności kosmetyku i umożliwia nam kupienie produktu bez szkodliwych, podrażniających konserwantów, z drugiej, sprawia, że zużycie 30 ml wydajnego olejku przez jedną osobę staje się w tak krótkim czasie bardzo trudne. Stosowany tylko na twarz, zgodnie z zaleceniami producenta, zużywa się bardzo wolno. By nie musieć go wyrzucić z powodu przeterminowania, dodaję go do prawie wszystkich kosmetyków pielęgnacyjnych, także tych do ciała. 

Sugerowałabym producentowi sprzedaż produktu w o połowę mniejszych (i tańszych) opakowaniach. Znacznie ułatwiłoby to życie klientom.

No i ta cena, można przecież spokojnie kupić olejek na Biochemii Urody za ułamek ceny Phenome i mieć równie naturalną i skuteczną pielęgnację buzi.

Podsumowując, to są naprawdę dobre kosmetyki, ale mają swoje wady i nie nadają się dla każdego. Cena jest stanowczo za wysoka, w obu przypadkach można znaleźć tańsze, równie dobre odpowiedniki.

Buziaki,
Fifruwajka

poniedziałek, 10 września 2012

Pachnące nowości do kąpieli w moich łapkach!

Post dzisiaj będzie krótki, typowa pokazówka. Oto moje małe zakupy.

 
Jakiś czas temu pokazywałam Wam zdjęcia promocyjne nowych olejków i soli do kąpieli Bielendy. Obiecywałam, że na pewno kupię i zrecenzuję część z nich. Jestem coraz bliżej realizacji tych zapowiedzi. W moim ulubionym osiedlowym sklepiku kosmetycznym kupiłam olejek Afrodyzjak Piżmo&Jaśmin (18 zł). Zapach jest dość intensywny, ciepły, rozgrzewający, niestety, wyczuwam w nim pewną syntetyczną nutę, na szczęście, nie jest ona jednak dominująca, majaczy tylko gdzieś w tle. Wąchałam też olejki Azja, Afryka i Ameryka Południowa. Azją jestem rozczarowana, spodziewałam się indyjskiego imbirowo- herbacianego, pełnego przypraw i kadzideł zapachu, a tu... nic specjalnego. Nic, co mogłoby zapaść w pamięć. Afryka jest piękna, ale ten zapach już znamy z kolekcji Powitanie z Afryką. Olejek został po prostu przepakowany w nową buteleczkę (skądinąd ładniejszą i praktyczniejszą). Pozytywnym zaskoczeniem była Ameryka, zapach bardzo przyjemny, z gatunku dla każdego, z pewnością orzeźwiający, ale nie zimny, wyczuwalne są w nim jakieś słodkie owoce. Olejku Afrodyzjak z ylang-ylang i różą Pani nie miała, więc nic nie potrafię powiedzieć.

Drugim kosmetykiem jest jeden spośród nowych żeli peelingujących pod prysznic marki Joanna. Wybrałam imbirowy, jako najbardziej rozgrzewający i odpowiedni wariant na nadchodzące chłody jesieni. Nie stosowałam jeszcze samego kosmetyku, ale w buteleczce pachnie obiecująco. W ofercie są również limonkowy (cif alias odświeżacz do toalet), arbuzowy (zabójcze stężenie cukru w cukrze, okrutna owocowa słodycz), zielona herbata (śliczny, dość uniwersalny zapaszek) i algi morskie (świeżak, ale całkiem przyjemny). Nie wiem, czy Pani miała wszystkie dostępne zapachy, bo jest to nowy produkt, nie ma go nawet na stronie Joanny, a wujek google też mi nic konkretnego nie znalazł.

Wkrótce biorę się za testowanie, jak tylko zdenkuję obecnie używane myjadła.
Buziaki,
Fifruwajka

piątek, 7 września 2012

Joanna - królowa peelingów, czyli kolejny złuszczający hit polskiego producenta

Czy ktoś nie zna mini peelingów Naturia Joanny o wspaniałych owocowych zapachach? Ja miałam chyba wszystkie - truskawkę, kiwi, gruszkę, grejpfrut, porzeczkę i inne. Małe buteleczki i niska cena nie pozwalały na nudę - co trzy tygodnie można było zmienić sobie wariant zapachowy. Poza tym, to były całkiem solidne kosmetyki, kolorowe, zabawne opakowania kryły w sobie niezłe drapaki, po których użyciu skóra była ładnie złuszczona i zaróżowiona.

Zdjęcie producenta, widoczne są na nim wszystkie trzy peelingi: z oliwkami, z mlekiem i miodem, z bzem

Ostatnio Joanna wypuściła, moim zdaniem, jeszcze przyjemniejsze kosmetyki do wykonania peelingu, tym razem w ramach linii 'Z Apteczki Babuni'. Jeden spośród nich, bzowy, kupiłam. Pewnie bym się na niego nie skusiła, gdyby nie to, że zachwycił mnie zapach bzu w płynie do kąpieli tej marki. I jestem zachwycona nim tak bardzo, że muszę się moją opinią o nim jak najszybciej podzielić.


Tak prezentuje się opakowanie "na żywo". 

Estetyczny plastikowy słoiczek o pojemności 300 g kryje natomiast taką oto zawartość:


Jak widzicie, peeling jest w odcieniu liliowym, musicie mi natomiast uwierzyć na słowo, że ma postać dość rzadkiej galaretki z zatopionymi drobinkami, oraz, że pachnie najprawdziwszym majowym bzem. Bujne kwiecie i zielone listki krzewu zostały ujęte tak naturalnie, wdzięcznie, a całość jest tak zręcznie skomponowana, że ciężko mi uwierzyć, że to polski producent kosmetyków z niższej półki cenowej. Bzowa linia kosmetyków Un Matin au Jardin od Yves Rocher przegrywa z kretesem. 

No, ale nie nie samym zapachem przecież żyje kosmetykomaniaczka. Zerknijcie jeszcze tylko na to, jak wygląda na dłoni i zaraz opiszę Wam odczucia odnośnie konsystencji i działania tego produktu.


Peeling dobrze nakłada się na skórę, nie spada, nie ucieka między palcami. Stosowałam go zarówno na sucho, jak i na mokro. W obu tych przypadkach wykazuje dobrą skuteczność i nie podrażnia mojego naskórka. Stosowany na sucho, lepiej złuszcza i powoduje trochę mocniejsze zaczerwienienie skóry. Daje się to jednak łatwo złagodzić nałożeniem bogatego kosmetyku odżywczego po zabiegu złuszczania (masła, odżywczego balsamu itp.), co i tak zawsze robię po jakimkolwiek peelingu.

Drobinki nie są specjalnie liczne, nie są też duże, ale za to bardzo ostre. Dzięki temu, nawet użycie niewielkiej ilości peelingu pozwala dobrze złuszczyć naskórek. Kosmetyk jest wydajny, co widzę po zużyciu. Stosuję go regularnie co 4-5 dni od około 3 tygodni na całe ciało i mam jeszcze blisko 3/4 opakowania. Dobry wynik! 

Zakręcany słoiczek uważam za dobre opakowanie dla tego typu produktów, ponieważ łatwo nabrać odpowiednią ilość kosmetyku, oraz zużyć go do samego końca (zdenkować, ot co). Poza tym, ładnie się prezentuje na wannie. Być może nie jest szczególnie poręczny pod prysznicem, gdy mamy mokre dłonie, ale nie przeszkadza mi to na tyle, by przeważyć zalety tego typu opakowania.

Jego cena również jest niewygórowana. Za swój zapłaciłam 14 zł, widziałam go też w Super-Pharm w jakiejś promocji jeszcze taniej. 

Dla mnie 10/10. Dawno żaden kosmetyk tak mnie nie zachwycił. Najchętniej używałabym go codziennie - tak dobre są efekty i przyjemność stosowania.

Jedyny minus, jaki potrafię podać, to to, że pod zakrętką nie ma żadnej folii zabezpieczającej, wieczka, nic, co mogłoby chronić produkt przed mackami sklepowych obmacywaczy. Nie chciałabym, by ktoś gmerał paluchami w kosmetyku, który potem nakładam na skórę. Z tego powodu raczej nie kupię go nigdy w drogerii samoobsługowej, ale będę się zaopatrywać wyłącznie u zaprzyjaźnionej pani w małym sklepiku osiedlowym.

Powąchajcie tylko, a jestem pewna, że się skusicie ;)

Buziaki,
Fifruwajka

środa, 5 września 2012

Unikat Oriflame z Allegro i paczka z Yves Rocher (znowu...)

Dawno, dawno temu... dostałam od konsultantki próbkę zapachu After Hours z Oriflame. Był to drugi rok studiów, zamierzchłe czasy. Ta woda toaletowa zrobiła na mnie całkiem dobre wrażenie, ale nie oszalałam z zachwytu i nie kupiłam jej, choć była często dostępna w katalogu za 50-60 zł. Czas mijał, zapach ten wraz z produktami uzupełniającymi został wycofany z oferty, a ja wcale nie miałam zamiaru złorzeczyć, że tak się stało. Było mi wsio ryba, o! 

Ale... rok albo dwa lata później znowu powąchałam próbkę i ... to było to! Zapach radosny, zadziorny, ale nienachalny, idealny na niezobowiązujące wieczorne wyjścia. W końcu nazwa zobowiązuje. Nie jest może przejawem nadzwyczajnego perfumiarskiego polotu, ale jest naprawdę przyjemny i nie aż tak banalny jak można by się tego spodziewać po grupie konsumenckiej, jakiej jest dedykowany, reklamie, cenie, itd. Zapragnęłam mieć je u siebie na toaletce (albo w szafce, bo nie wszystkie wody dostępują zaszczytu postawienia ich w tak honorowym miejscu). Niestety, dawno już zniknęły z katalogu, nie mogłam trafić też na nie na allegro. Przedwczoraj jednak udało mi się je upolować za 50 zł, przesyłka kosztowała 8. Gratis dostałam krem do ciała o tej nucie zapachowej.

Oriflame After Hours EDT, krem do ciała After Hours

Dotarł dziś do mnie również kurier z paczką od Yves Rocher. Powiecie, znowu. No tak, nawet tydzień nie minął od poprzedniej przesyłki z tej firmy. Zrobiłam jednak to zamówienie, aby uniknąć historii podobnej do tej powyżej. 


Yves Rocher w 2006 roku wprowadziło na rynek wodę perfumowaną z kolekcji Secrets D'essences - Rose Absolue. Zapach zmysłowy, głęboki, różany, ciepły, ale... do tej pory nabyłam miniaturkę. Którejś zimy odkryłam, że cudownie, jak żaden inny znany mi zapach otula i rozgrzewa w mroźne dni. Polowałam na nią w ofercie wysylkowej, ale nijak nie udawało mi się dostać jej w korzystnej cenie. Zima minęła i... zapomniałam o nich.

Tymczasem, powoli zapach zaczął być wycofywany ze sklepów stacjonarnych, najpierw produkty uzupełniające - mleczko, żel pod prysznic, dezodorant, perfumy. Po jakimś czasie zniknęły także EDP i EDT. Z czasem zubożała też oferta dotycząca tego zapachu w sklepie internetowym i w sprzedaży wysyłkowej.

Podjęłam męską, tfu, kobiecą decyzję. Należało go szybko kupić i zachomikować, bo wkrótce zniknie całkiem ze sprzedaży i trzeba go będzie poszukiwać na aukcjach internetowych. Tyle, że nie potrafię już nic kupić w YR w cenie regularnej. Zniżka, jaką marka proponowała na ten zapach w swojej aktualnej wrześniowej ofercie to -20%. Zdecydowanie za mało.

Yves Rocher za dokonanie zakupów w sprzedaży wysyłkowej powyżej określonej kwoty często dodaje perfumy gratis. Problem w tym, że marka narzuca nam określone produkty, które figurują w bazie danych jako nasze ulubione. W moim przypadku jest to Tendre Jasmin EDP. Wszystko się zgadza, owszem, jest to mój ulubiony zapach tego producenta, ale zdążyłam już nabyć w ten sposób (dostając go gratis) trzy buteleczki. Dwie leżą w zapasach. Udało mi się jednak trafić na sympatyczną konsultantkę na infolinii, która zgodziła się zamienić JEDNORAZOWO, W DRODZE WYJĄTKU, Tendre Jasmin na Rose Absolue. Woda ta była w tej samej cenie, miała również identyczną pojemność. Dziwi mnie, że zamiana kosmetyku dodawanego gratis jest tak kłopotliwa i wymaga akceptacji pracownika infolinii. No, ale... Udało się! Dziś paczka jest już u mnie.

maseczka do włosów Anti-Age, szampon rumiankowy do włosów blond, główna bohaterka posta Rose Absolue EDP, krem wzmacniający do paznokci

Całe zakupy wraz z przesyłką kosztowały 60 zł 75 gr. Wodę Rose Absolue o wartości 175 zł dostałam gratis jako prezent do zamówienia powyżej 49 zł. Kupiłam szampon do włosów blond Reflets Naturels (9,90 przeceniony z 11,90), maskę Anti-Age zwiększającą gęstość włosów (25,90 z 32) - to nowość tej marki, więc chętnie przetestuję oraz krem wzmacniający paznokcie (15 z 28). Przesyłka wyniosła 9,95.

Dzisiejszy dzień obfitował w miłe niespodzianki. Dobry humor zagwarantowany na dłuuugi czas.

A jak tam u Was?
Buziaki,
Fifruwajka

poniedziałek, 3 września 2012

Evra - skuteczność i skutki uboczne. Moje doświadczenia.

To może być post kontrowersyjny. Pamiętam jednak, że kiedy rozważałam przejście na 'rzetelną' antykoncepcję hormonalną i szukałam informacji w internecie, brakowało mi opinii, która wyczerpałaby temat. Zazwyczaj różne użytkowniczki na forach rzucały krótkie zdawkowe uwagi, nikt raczej nie pokusił się o to, by powiedzieć od początku do końca, jak to wyglądało w jego przypadku. Dlatego, choć jestem świadoma tego, że to, co napiszę, może zostać różnie odebrane, spróbuję przedstawić Wam moją opinię po ponad półtora roku korzystania z plastrów. Jest ona całkowicie subiektywna. Postaram się żeby była jak najbardziej drobiazgowa, jeśli jednak o czymś zapomnę, pytajcie w komentarzach.

Zacznę może od tego, że jest to lek dostępny wyłącznie na receptę, co oznaczać ma mniej więcej tyle, że to lekarz decyduje, czy jest on dla nas odpowiedni i czy rzeczywiście go potrzebujemy. Wiem jednak (także z własnego doświadczenia), że nie jest niczym trudnym znalezienie lekarza, który przepisze młodej (często nawet za młodej) dziewczynie leki antykoncepcyjne na żądanie. Standardem jest również przepisywanie tabletek/plastrów bez wcześniejszych badań a nawet i bez szczegółowego wywiadu. Od razu przykład: zostały mi przepisane plastry, choć mam wyraźne przeciwwskazanie w postaci dużej dziedzicznej skłonności do żylaków. Dowiedziałam się o tym dopiero od kolejnego ginekologa, bo ten, który mi plastry przepisał, nie tracił czasu na rozmowy ze mną, od razu wypisał receptę i zainkasował kasę.

Cena plastrów waha się w zależności od miejsca zakupu, rozbieżności są dość duże. Warszawiankom mogę polecić aptekę przy ul. Świętokrzyskiej 20 oraz na osiedlu Majdańska na Grochowie (dokładnego adresu nie znam). Tam kupowałam je za niecałe 40 zł.

W opakowaniu znajdują się trzy plastry na trzy kolejne tygodnie cyklu. W czwartym tygodniu plaster odklejamy. Wtedy też pojawia się tzw. plamienie z odstawienia, w żadnym wypadku nie jest to okres. W związku z tym nie ma charakterystycznych dla miesiączki dolegliwości (PMS), co wiele z nas uzna za wielką zaletę.

 Plastry naklejamy na pośladki, górną część pleców (łopatki), ramiona bądź dolną część brzucha. W miejscach mobilnych (brzuch, pupa), gdzie skóra się marszczy i zgina podczas wykonywania codziennych czynności, plastry łatwiej się odklejają. Najwygodniejszym miejscem, w moim przekonaniu, są ramiona i plecy.

Wszystkie szczegóły odnośnie sposobu aplikacji plastrów i tego, kiedy nakleić pierwszy plaster, by zapewniał ochronę przed ciążą, znajdziecie w ulotce. Wszystko to powinien powiedzieć także ginekolog. Nie będę tego tutaj powtarzać.


Plastry przyjmowałam przez około 1,5 roku. Mój ginekolog przepisał mi je pomimo wyraźnych przeciwwskazań, dlatego winę za część dolegliwości, które wywołały, można zrzucić na karb tego błędu. 

POCZĄTEK:

Pierwszy miesiąc, a zwłaszcza dwa pierwsze tygodnie z plastrami były czasem przyzwyczajania się organizmu do tak dużej dawki hormonów. Miewałam nudności, bóle brzucha, jednak najbardziej dokuczliwy okazał się ból piersi. Czasem nasilał się tak bardzo, że musiałam zdejmować stanik (np. w łazience w centrum handlowym, by móc w ogóle wytrzymać ten ból). Piersi przybrały również na objętości i stały się lekko obrzmiałe (wizualnie można to uznać za efekt pożądany), co powodowało duży dyskomfort i ból przy dotyku.

ZASADNICZY OKRES PRZYJMOWANIA PLASTRÓW

Przez pierwsze kilka miesięcy, gdy początkowe objawy przystosowywania się organizmu do plastrów minęły, byłam więcej niż zadowolona. Nie zauważyłam żadnych niepokojących dolegliwości. 

Najpierw (2-3 miesiąc) zaczęłam zauważać pozytywne strony brania tego leku. Skuteczność, bezpieczeństwo i wygoda to cechy plastrów, za którymi ciągle tęsknię. Podobał mi się również pozytywny wpływ na wygląd cery, krostki pojawiały się na niej sporadycznie.

Dopiero po mniej więcej 8-9 miesiącach pojawiły się pierwsze niepokojące objawy. Przede wszystkim zauważyłam przybranie na wadze. Wynosiło ono jakieś 5 kg, a ponieważ byłam zawsze drobnej budowy, różnica ta nie była aż tak duża. Zmartwiło mnie jedynie to, że mimo dość szybkiego metabolizmu i braku skłonności do tycia niesamowicie trudno było mi zrzucić ten balast. Odstawienie niezdrowych przekąsek i pół godziny ćwiczeń dziennie nie przynosiło oczekiwanych rezultatów. Aby zobaczyć jakikolwiek ubytek wagi, musiałam ćwiczyć znacznie intensywniej niż normalnie. Jestem w 100 % pewna, że to wina plastrów. Przed rozpoczęciem przygody z nimi, stosunkowo łatwo było mi stracić kilka kilogramów, teraz, po ich odstawieniu również zauważam, że jest mi łatwiej utrzymać wagę niż wtedy, gdy je stosowałam. 

Jeszcze gorzej rzecz się miała z wyglądem skóry na udach i pośladkach. Bardzo szybko stosowanie plastrów przyczyniło się do rozwoju cellulitu, który z miesiąca na miesiąc się pogłębiał. Po 1,5 roku stan był dramatyczny.

Bardzo również ucierpiały moje nogi. Obok dziedzicznej skłonności do niewydolności żylnej, stojąca praca i stosowanie plastrów sprawiły, że nasilił mi się ból łydek i znacznie powiększyły teleangiektazje (popularne pajączki). 

Z tych powodów zrezygnowałam z plastrów, choć ich skuteczność i wygoda stosowania sprawiły, że przez długi czas się wahałam, czy to zrobić.

 PO ODSTAWIENIU

Ginekolog przestrzegał mnie przed wieloma nieprzyjemnymi skutkami odstawienia antykoncepcji hormonalnej. Zaliczać miał się do nich trądzik, ( w niektórych przypadkach) przyrost wagi, oraz nieregularne miesiączki. Muszę powiedzieć, że nie doświadczyłam zwiększenia masy ciała (a wręcz przeciwnie), cellulit zaczął powoli się zmniejszać, a moje miesiączki od razu stały się regularne. Jedynie moja cera uległa lekkiemu pogorszeniu, udało mi się jednak opanować nawrót trądziku i w tej chwili mam na buzi tylko trochę zaskórników.

PODSUMOWANIE

Nikomu ani nie odradzam plastrów, ani do nich nie zachęcam. Bądźcie jednak rozważne i przemyślcie dokładnie ten wybór. Przyjmowanie antykoncepcji hormonalnej jest wygodne, wpływa jednak niekorzystnie na układ naczyniowy, może również przyczynić się do przybierania na wadze i utrudniać odchudzanie. 

Najważniejszy jest wybór lekarza. Jeśli ginekolog, przed przepisaniem, bądź co bądź, leków hormonalnych, nie pyta Was o takie rzeczy jak wiek pierwszej miesiączki, przyjmowane leki, przypadki raka piersi albo ciężkiej niewydolności żylnej w rodzinie itp, to lepiej poszukajcie kogoś innego. Bardzo ważne jest również zrobienie wcześniej badań na czas krzepnięcia/czas krwawienia, prób wątrobowych oraz morfologii. Dobry lekarz powinien wysłać Cię najpierw do laboratorium, dopiero potem wypisać receptę. Twoje zapewnienia, że dobrze się czujesz i że jesteś zdrowa, to za mało. Jeśli masz skłonność do tworzenia się zakrzepów, o której nie wiesz, a zaczniesz przyjmować leki hormonalne, grozić Ci może niebezpieczna zakrzepica. To nie są żarty.

Spisałam to wszystko, bo zależy mi, aby moje doświadczenia, niekoniecznie dobre, przekuć w coś pozytywnego. Pani ginekolog, do której udałam się, przyjmując już od ładnych kilku miesięcy plastry, pytała, jak to możliwe, że mając duże obciążenie genetyczne w kierunku niewydolności żylnej, bez dodatkowych badań zostały mi przepisane plastry. Są lekarze, którym zależy chyba tylko na tym, by pacjentka przychodziła co miesiąc po receptę i płaciła za wizytę. Musimy myśleć samodzielnie, a wierzę, że im więcej wiemy o antykoncepcji, tym lepiej będziemy potrafiły o siebie zadbać.

Niekosmetycznie dzisiaj, ale już od dawna chciałam poruszyć ten temat i nareszcie miałam czas i nastrój na napisanie tego posta.

Dbajcie o swoje zdrowie, Dziewczyny!
Buziaki,
Fifruwajka

niedziela, 2 września 2012

Zdobycze weekendowe

Witajcie serdecznie w ostatnią wakacyjną niedzielę!

Znajoma mojej mamy z tytułu charakteru swojej pracy często współpracuje z przedstawicielami firm kosmetycznych. Dostaje od nich regularnie wszelkiego rodzaju prezenty w postaci produktów tychże. Nie jest w stanie jednak sama wykorzystać tego wszystkiego, co otrzymuje. Z tego właśnie powodu znaczną część oddaje znajomym, w tym mojej mamie. Korzystam na tym, oczywiście, i ja. 

A teraz, do rzeczy! Oto, co udało mi się wybrać dla siebie.

kremy SOS Miraculum: zwężający pory do cery tłustej i mieszanej, oraz intensywnie łagodzący do cery suchej i wrażliwej (x2), oraz kremik Ziaji do cery suchej, zmęczonej z bio olejkiem awokado

Mam w tej chwili dopiero co otwarte kremy do twarzy. Te mają jednak długie daty ważności (2014), także mogą sobie poleżeć zachomikowane w zapasach. Mam ochotę je przetestować. Wszystkie są od niedawna na rynku. 
Jeden z kremów Miraculum łagodzących oddam koleżance, która skarżyła mi się ostatnio na problemy z wrażliwą cerą. Być może zgodzi się napisać gościnną recenzję, więc będziecie mogły się czegoś o nich dowiedzieć trochę wcześniej.

Noni Care szampon z odżywką, Noni Care ochronny dzień na dzień z filtrem

Te kosmetyki od dawna kusiły mnie w Rossmannie. Kończy mi się niedługo szampon, wkrótce będę mogła zacząć testować ten. Kremik do twarzy będzie musiał trochę poczekać, ale ma długi termin ważności, nie stanowi to zatem problemu.

Eveline Liquid Crystal 111 błyszczyk, Delia Onyx 10 błyszczyk, Soraya Anti Ageing Make Up Piaskowy 01, cienie w kremie GlamWear Neon Color Bell, wodoodporny eyeliner GlamWear Neon Color Bell 01, konturówka do ust Eveline Max Intense Colour 12 Pink

Błyszczyków nie lubię, zwłaszcza drobinkowych ( a te takie są), więc oddam je swojej nastoletniej bratanicy, resztę kolorówki zatrzymam, przetestuję i zrecenzuję.

Mnie najbardziej ciekawi szampon. Producent na opakowaniu zapewnia, że nie zawiera on parabenów, silikonów ani składników ropopochodnych. Szampon ma SLS i w opakowaniu pachnie identycznie jak ten z Alterry dodający objętości włosom cienkim z papają, który kiedyś miałam.

Mama dostała też kosmetyczkę, która dla niej jest za mała i nieporęczna, a dla mnie będzie w sam raz do torebki. Jest śliczna, czarna satynowa ze złotym logiem. Miałam taką samą (z tego samego źródła) już dwa lata temu, także mogę Wam pokazać jakim zniszczeniom uległa podczas codziennej eksploatacji przez ponad rok. Chyba nie będzie potrzeby podpisywać, która jest nowa, a która używana.



Są nowe zdobycze, będą nowe recenzje!
Buziaki,
Fifruwajka
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...