niedziela, 28 października 2012

Moje ostatnie zauroczenie kosmetyczne, czyli afrodyzjak według Bielendy

Kiedy pokazywałam Wam ten płyn do kąpieli (producent napisał, że olejek, ale to bzdura, bo to jest płyn!), zaznaczyłam wyraźnie, że mam zastrzeżenia co do jego zapachu, że wyczuwam w nim jakąś syntetyczną nutkę i ogólnie nie jestem przekonana. Okazało się jednak, że kosmetyk rozpuszczony w wannie pełnej wody pachnie niesamowicie pięknie i nic mi w nim absolutnie nie przeszkadza. Więcej, aromat, który towarzyszy podczas kąpieli, mam wrażenie, że doskonale  mnie rozgrzewa i wspaniale relaksuje, dzięki czemu jest moim remedium na zmęczenie i przemarznięcie po powrocie do domu z pracy.


Jak możecie zobaczyć na zdjęciu, zużyłam go już sporo. Nie jest on jednak w żadnym razie niewydajny. Wręcz przeciwnie, wystarczy niewielka ilość, by poczuć jego cudowny zapach i by pojawiła się delikatna piana. Na pewno jest znacznie bardziej wydajny niż płyn do kąpieli Joanny, którego używałam wcześniej.

Co do deklarowanych przez producenta właściwości, związanych z tym jakoby był on afrodyzjakiem, nie wypowiem się. Nieskromnie może napiszę tylko, że nie są mi takowe potrzebne ;) Za to doskonale spisuje się jako kosmetyk pomagający poradzić sobie z chłodami jesiennych wieczorów. I tutaj mogę go zdecydowanie polecić. Czy pisałam już, że uwielbiam jego zapach? ;)

Buziaki,
Fifruwajka

Weekendowe zakupy

Z okazji weekendu, przypływu czasu i gotówki, odwiedziłam swój ulubiony osiedlowy sklepik, z którego nie wyszłam z pustymi rękami. Skończyła mi się ostatnio emulsja do mycia buzi, wkrótce zdenkuję tonik. Z tego względu uzupełniłam zapasy kosmetyczne o te produkty, skusiłam się również na maseczkę do cery naczynkowej z uwagi na tag maseczkowy i na gwałtownie pogarszającą się pogodę. W Biedronce kupiłam nowe mydełko z linii BeBeauty, ponieważ naszła mnie ochota na przetestowanie tej nowości rodem z dyskontu.

Oto rezultaty moich napadów na sklepy:


Kupiłam: po raz n-ty kremową emulsję do mycia twarzy Bielendy, serum+maseczkę tej samej marki w formie saszetki, tonik wzmacniający do cery naczynkowej Lirene, mydełko BeBeauty Creme Energy z Biedronki. Więcej grzechów nie pamiętam...

Buziaki,
Fifruwajka

piątek, 26 października 2012

Post przypominajkowy

Być może zauważyliście, że nie było mnie przez parę dni. Napięty grafik w ogóle nie pozwalał mi choćby zajrzeć na bloga przez ostatni tydzień. Dostałam nową pracę. Jestem nią totalnie zachwycona. Nie tylko jest ciekawa i rozwijająca, ale również warunki i atmosfera jakie panują w biurze naprawdę zachęcają do tego, by spędzić tam, jakby nie było, większość dnia. Przechodzę właśnie intensywne szkolenie, które potrwa jeszcze przez dwa kolejne tygodnie. Osiem godzin w pracy + dwie godziny spędzane w autobusach/tramwajach/metrze z tytułu dojazdu do pracy + godzina na zakupy i ugotowanie obiadokolacji = brak czasu na jakiekolwiek hobby. Ale postaram się coś z tym zrobić, jutro chyba spędzę cały dzień w garach, gotując i porcjując posiłki na cały tydzień. Już jutro wracam też z nowymi postami. 





Sobota będzie też dniem, w którym nareszcie pojadę do mojego domu rodzinnego, co prawda pojawię się tam tylko na kilka godzin, ale zdążę poszaleć z moim ulubieńcem, którego widzicie na zdjęciu powyżej. Wabi się Faworyt, nie bez powodu.

Napisałabym coś jeszcze dzisiaj, ale brak światła słonecznego nie pozwala mi zrobić sensownych zdjęć :( Do jutra zatem!

Buziaki,
Fifruwajka

piątek, 19 października 2012

TAG: Ile warta jest Twoja twarz?

Tym razem nie została otagowana, a mimo to postanowiłam odpowiedzieć na tytułowego TAGa. Zachęciło mnie to, że wiele bloggerek przede mną zrobiło tak samo. Uświadomiłam sobie również, że rzadko pokazuję na blogu kosmetyki do makijażu, a przecież (rzadziej niż częściej, ale) ich też używam! Dlatego zapraszam Was do zajrzenia w czeluście mojej kosmetyczki. Wszystkie kosmetyki, które pokażę, to moje hity, ponieważ 90% makijaży wykonuję z ich udziałem. 

Tak wyglądają wszystkie razem.


Makijaż z ich użyciem jest dość delikatny i naturalny. Zazwyczaj oczy zaznaczam matowymi brązami, w policzki wklepuję odrobinę pomarańczowego różu w kremie (ultra-delikatny efekt), a usta najpierw obrysowuję konturówką w kolorze ust, by potem wyrysowany kontur wypełnić beżowo-różową pomadką. I już.

Teraz szybkie wyliczenie kosmetyków i ich cen, a potem kilka słów ode mnie na ich temat.


1. Podkład ujędrniający Giordani Gold Oriflame w odcieniu Light Ivory 62,00 zł
2. Korektor mineralny Multi Mineral Anti-Age Concealer Bell w odcieniu 01  12,65 zł
3. Cień pojedynczy Pure Color Estee Lauder w odcieniu Chocolate Bliss 106,00 zł
4. Pomadka-Błyszczyk Nude Celia w odcieniu 602 9,50zł
5. Róż w kremie Air Flow Bell w odcieniu 01 14,00 zł
6. Kwadratowy wkład do paletki cieni Inglot w odcieniu Double Sparkle 463 12,00 zł
7. Kwadratowy wkład do paletki cieni Inglot w odcieniu Matte 452 12,00 zł
8. Tusz do rzęs Oriflame Beauty Wonder w odcieniu Black 35,00 zł
9. Paletka do brwi The Body Shop w odcieniu 02 39,00 zł
10. Konturówka do oczu Joko w odcieniu J450 12,90 zł
11. Konturówka do ust Luminelle Yves Rocher w odcieniu Naturel 15,00 zł

Co daje w sumie: 330,05 zł

Jeszcze słowo komentarza odnośnie powyższych cen. Podałam ceny regularne produktów. Jeśli producent zamieszczał je na swojej stronie lub we własnym sklepie internetowym, łatwe było dla mnie znalezienie wiarygodnej ceny, jeśli nie - kombinowałam. Cena cieni Estee Lauder pochodzi ze sklepu internetowego Douglasa, ceny cieni Inglota znalazłam tu, zdaję sobie jednak sprawę, że mogą być już nieaktualne.

A teraz słów parę odnośnie samych kosmetyków.

1. Podkładu używam rzadko, jeśli jednak już to robię, wybieram ten. Jest delikatny i nie tworzy widocznej warstwy. Nie kryje mocno, ale ładnie ujednolica koloryt skóry. Trzyma się przeciętnie. Nie wpływa negatywnie na stan cery.

2. Korektor Bell ma podobne zalety jak powyższy podkład. Wygląda na buzi naturalnie i lekko, nie ma mocnego krycia, ale ja unikam mocno kryjący 'maskotwórczych' kosmetyków, więc mi to nie przeszkadza. Subtelnie rozświetla skórę.

3. Cienie Estee Lauder mają przepiękny kolor głębokiej czekolady - ciepły i intensywny. Dobrze się z nimi pracuje, jednak ich trwałość pozostawia wiele do życzenia. Na bazie - jest ok. Ale i tak wolę Inglota, choćby ze względu na cenę.

4. Pomadko-błyszczyk Celii sprawił, że odstawiłam praktycznie wszystkie inne szminki. Ślicznie owocowo pachnie i gładko się rozprowadza na ustach. Nie podkreśla suchych skórek, nie wchodzi w załamania, nie wypływa poza kontur (choć i tak zawsze zabezpieczam usta konturówką). Pięknie wygląda na wargach, kryje mocniej niż błyszczyk, lśni bardziej niż szminka. W dodatku posiada idealny dla mojej jasnej cery odcień beżu z kroplą różu. Zwłaszcza, kiedy się spieszę, jest niezastąpiony, nakładam go jednym szybkim pociągnięciem i zawsze wygląda perfekcyjnie.

5. Róż w kremie Bell Air Flow jest po prostu fantastyczny! Wspaniale ożywia buzię, zwłaszcza bladą, jak moja. Dzięki temu, że jest w postaci kremowej, wdzięcznie i naturalnie prezentuje się na skórze. Nie tworzy efektu 'pudernicy'.

6 i 7. Cienie Inglota są świetne. Dobrze napigmentowane, trwałe, łatwo je ze sobą połączyć i rozetrzeć. Jasny beż jest świetny jako cień bazowy. W moim codziennym makijażu nakładam go na całą powiekę ruchomą, a w załamaniu rozcieram trochę czekoladowego cienia Estee Lauder. Na koniec używam gorzkiej czekolady z palety Inglota do wzmocnienia linii na górnej powiece (tym samym utrwalam kreskę).

8. Tusz do rzęs Wonder jest genialny. Doskonale rozczesuje, dodaje rzęsom objętości, trochę je wydłuża. Po dwóch warstwach wyglądają naprawdę efektownie, bez efektu ciężkości, bez grudek i pozlepianych rzęs. Mój ulubieniec obok Max Factora 2000 Calorie i Max Factora Masterpiece Max. Kupuję je zamiennie, choć ostatnio najczęściej wybieram jednak Wondera ze względu na cenę (ok. 17-18 zł w promocji w katalogu).

9. Paletka The Body Shop to mój ideał jeśli chodzi o cienie do brwi. Są trzy zestawy kolorystyczne, mój jest ten pośredni (polecam dla szatynek i ciemnych blondynek). Zawiera dwa odcienie brązu: chłodny i ciepły, zazwyczaj mieszam je ze sobą, by uzyskać idealny dla mnie kolor. Cienie trzymają się do wieczora, łatwo się je nanosi, pięknie wyglądają. Opakowanie jest solidne, a sam produkt szalenie wydajny. Jedynym minusem jest dołączony aplikator, którego nie używam, bo jest do niczego. Mam swój pędzelek Hakuro do brwi.

10. Konturówka do oczu Joko ładnie się utrzymuje i jest bardzo miękka, dzięki czemu łatwo się ją nakłada i rozciera. Niestety, łatwo ją zetrzeć z powieki, dlatego zawsze utrwalam ją cieniem. Ma dołączoną gąbeczkę do rozcierania, które nieźle się spisuje. Kosztuje niewiele. Kupię jeszcze nie raz.

11. Konturówka do ust Luminelle niestety została wycofana. Uwielbiałam jej kolor - był identyczny z naturalnym odcieniem moich warg. Nie znalazłam dla niej do tej pory żadnego godnego odpowiednika. Kiedy ją wycofywali, kupiłam trzy sztuki, ta, którą widzicie na zdjęciu, jest ostatnia. Sama konturówka jest niezłej jakości, dobrze się utrzymuje i jest odpowiednio miękka.

To już wszystko, mam nadzieję, że nie zanudziłam Was tak długim postem

Buziaki,
Fifruwajka

Maseczki Mincer Zielona Apteka

Miałam dotychczas trzy z czterech maseczek dostępnych w ofercie marki Mincer. Były to: maseczka odżywczo-regenerująca z ekstraktem z awokado i mandarynki, maseczka odżywczo-regenerująca z miodem i melonem, odżywczo-relaksująca  z ekstraktem z czereśni i imbiru. Wszystkie były bardzo przyjemne, nie różniły się zasadniczo działaniem. Dziś pokażę Wam ostatnią, ponieważ pachnie dla mnie najpiękniej i od jakiegoś czasu zawsze wybieram ją.


Maseczka świetnie się sprawdza jako uzupełnienie codziennej pielęgnacji, nie nawilża spektakularnie, ale ładnie łagodzi podrażnioną buzię i wspaniale relaksuje - to ten zapach! Uważam, że na rynku jest zbyt mało kosmetyków o wiśniowym zapachu - a to jedna z moich ulubionych nut owocowych. 
Maseczka starcza na dwa użycia i kosztowała 3,50 za saszetkę w pobliskim sklepiku zielarskim.

Pełen obietnic opis producenta, oraz sposób użycia...


i skład, który, niestety, nie powala...


Buziaki,
Fifruwajka ;)

środa, 17 października 2012

Avon Planet Spa - maseczka detoksykująca

O linii Planet Spa z Avonu słyszałam wiele dobrego. I, jak się okazało, już pierwszy kosmetyk z tej kolekcji, jaki miałam przyjemność używać, przypadł mi bardzo do gustu. Kupiłam do tej pory trzy maseczki w jakiejś korzystnej promocji, testuję tę błotną, na dwie pozostałe wkrótce przyjdzie czas.

Dziś zaczynam również realizować zasady maseczkowego TAG, z tego powodu to właśnie ta maseczka detoksykująca zostanie bohaterem dzisiejszej recenzji. 


Produkt posiada zwartą konsystencję. Wygląda jak szaro-bura gęsta maź. Dobrze się nanosi na twarz i z niej nie spływa. Lekko zastyga, jednak trzymany przepisową ilość czasu (15 minut) nie tworzy twardej skorupy. Pachnie specyficznie, zapach nie wzbudził u mnie entuzjazmu, ale nie mogę też powiedzieć, że w jakikolwiek sposób mi przeszkadzał. Znam gorsze. Dobrze się zmywa, choć może ubrudzić umywalkę. Uważam, że jest to mazidełko całkiem przyjemne w użyciu, choć szara maska na twarzy, którą tworzy, może wystraszyć listonosza albo sąsiadkę, która niczego się nie spodziewając, zapuka do naszych drzwi.

Co do działania, również jest bardzo dobrze. Maska nie przesusza cery, a w wyraźny sposób ją odświeża i oczyszcza. Czy detoksykuje? Nie wiem, ale mogę na pewno powiedzieć, że po zmyciu cera jest lekko zaróżowiona i wygląda zdrowo. Na tyle zachęciła mnie swoim działaniem, że użyłam jej kilka razy pod rząd, nie sięgając w tym czasie po inne maseczki (choć niektóre już się proszą o zużycie - data ważności się zbliża!).
 
Czy polecam? Zdecydowanie tak. Komu? Głównie cerom tłustym i mieszanym, maseczka korzystnie wpływa na wytwarzanie sebum. Moja cera, oprócz problemów trądzikowych, miewa również swoje kaprysy o  podłożu naczynkowym, skłonność do podrażnień i przesuszeń. Ta maseczka w żaden sposób jej nie podrażniła. Wyczuwam w niej jednak alkoholowy zapaszek, dlatego wrażliwcy, ostrożnie!

Idę zaraz zrobić sobie domowe SPA z czereśniową maseczką Mincer Zielona Apteka w roli głównej. Październikowy TAG skutecznie mnie do tego zmotywował ;)

Buziaki,
Fifruwajka

TAG: Akcja - pażdziernik miesiącem maseczek / nagroda w konkursie



Dzięki temu, że zostałam otagowana przez Kaczmartę z bloga Kaczka z piekła rodem, także ja będę  smarować i dopieszczać swoją buźkę w październiku. Dziękuję Ci, Kochana, za to wyróżnienie ;)

Organizatorką TAG- u jest Malina. Klikając w banner poniżej zostaniecie przeniesieni do jej bloga.




 Jeszcze jakiś czas temu maseczki stosowałam bardzo systematycznie, lecz ostatnimi czasy trochę sobie odpuściłam. Dlatego cieszę się bardzo, że wezmę udział w akcji, której celem ma być nasze dbanie o siebie. 

Na samym początku istnienia mojego bloga napisałam całą notkę o aktualnie posiadanych przeze mnie maseczkach, uzupełnioną o krótkie ich recenzje. Zapraszam Was do zapoznania się z tym postem tu.

Jeszcze dzisiaj pojawi się też krótka notka o detoksykującej maseczce Avonu z linii Planet Spa, która ostatnio przypadła mi do gustu.

Pokażę Wam też mój najnowszy zakup, zainspirowany wzięciem udziału w maseczkowej akcji...


... oraz nagrodę w konkursie organizowany przez dziewczyny z kanału WolinskiSobasProject na youtube. Bardzo lubię oglądać ich filmiki i, jak się okazało, udało mi się nawet u nich coś wygrać. :)


Jak widzicie, wygrałam kremik do rąk o owocowym zapachu. Taki drobiazg niby, a ile radości!

A teraz pora na kolejne dziewczyny, które chciałabym otagować i tym samym zaprosić do zabawy:
Cellulitka z bloga  http://cellulitka.blogspot.com/

W zasadzie, taguję wszystkie moje obserwatorki, jeśli tylko mają ochotę zrobić tego TAGa.

Celem tagu jest:
- zachęcenie do chwili relaksu, aby zrobić coś tylko dla siebie,
- zadbanie o swoją twarz bez względu na wszystkie obowiązki,
- poprawienie swojego wyglądu,
- wyrobienie sobie nawyku nakładania maseczki raz w tygodniu,
- radość i duma ze swojego wyglądu.

Zasady tagu:
- umieść baner z linkiem do inicjatora tagu Maliny,
- umieścić zasady tagu w poście na swoim blogu,
- dopisz się do listy obserwatorów Maliny,
- napisz, kto Cię otagował,
- zamieść raz w tygodniu recenzję co najmniej jednej testowanej maseczki,
- otaguj minimum 5 osób.

A zatem: maseczki na twarz!

Buziaki, 
Fifruwajka

wtorek, 16 października 2012

Bioderma Hydrabio płyn micelarny

Szybka recenzja jednego z moich ulubionych 'zmywaczy' do twarzy.  

Mam dużo zaufania do produktów Biodermy. Do tej pory z dużą przyjemnością używałam kremów do twarzy (Hydrabio UV, linia Sebium), płynów micelarnych (Hydrabio, Sensibio, Sebium), filtrów przeciwsłonecznych (Photoderm Max) tej marki. Żaden produkt mnie nie rozczarował i kosmetyki tej marki kupowałabym jednak częściej, gdyby były trochę tańsze. W zasadzie dla każdej kategorii produktów Biodermy, które kupowałam regularnie jeszcze kilka lat temu, udało mi się znaleźć tańsze odpowiedniki. Wyjątkiem są płyny micelarne. W 100% bezkonkurencyjne.


Aktualnie używam płynu micelarnego Hydrabio H2O, jednak kupuję go zamiennie z Sensibio, kierując się tym, który z nich w danym momencie lepiej wychodzi cenowo. Nie widzę między nimi istotnych różnic. 

Płyny micelarne służą mi do demakijażu twarzy, nie używam ich jednak codziennie. Na ogół nie noszę mocnego makijażu i do oczyszczenia twarzy wystarcza mi umycie jej wodą z dodatkiem emulsji Bielendy Kasztan. Cięższy, poimprezowy make-up zmywam kilkuetapowo. Zaczynam od demakijażu oczu, używając płynów dwufazowych, następnie usuwam podkład, puder i róż za pomocą płatków nasączonych płynem micelarnym. Ostatnie szlify nadaje mycie wodą i emulsją Kasztan. Taki rytuał  nieczęsto się zdarza, dlatego z płynu micelarnego korzystam rzadko.

Już zdążyłam wspomnieć, że w moim przekonaniu Bioderma posiada najlepsze płyny micelarne spośród wszystkich dostępnych na polskim rynku. Dlaczego?

Są niesamowicie skuteczne. Szybko i sprawnie rozpuszczają makijaż, nie rozmazując go. Przy tym w ogóle nie podrażniają. Można je stosować nawet na okolice oczu czy skórę podrażnioną kwasami/retinoidami. Nie mają niekorzystnego wpływu na naczynka ani na inne zmiany skórne. Tańsze płyny, które testowałam, nigdy nie spełniały tych obu warunków: te łagodniejsze nie usuwały dość dobrze zanieczyszczeń, a te bardziej skuteczne - podrażniały cerę.

Dla zainteresowanych, jeszcze rzut okiem na skład: 


Micele od Biodermy będę kupować zawsze i już. Znalazłam w nich swój demakijażowy ideał i po wielu nieudanych eksperymentach  nie mam już ochoty szukać tańszego odpowiednika. Poza tym, produkty Biodermy mają to siebie, że często bywają w korzystnych promocjach.

Jesteście wierne sprawdzonym kosmetykom czy wciąż poszukujecie ideału?

Buziaki, Fifruwajka

poniedziałek, 15 października 2012

Maseczka oliwkowa do włosów - Ziaja

Dzisiaj przychodzę z recenzją maseczki do włosów. Moja pielęgnacja włosów jest dość chaotyczna, stosuję na zmianę oleje, maski, odżywki, płukanki, w zależności od tego, ile mam czasu i chęci danego dnia. Z drugiej strony uważam, że co za dużo to niezdrowo i często moje mycie włosów kończy się nałożeniem balsamu Mrs Potters i zmyciu go po odczekaniu kilku(nastu) sekund albo na samym umyciu włosów szamponem 2w1.


Tę maseczkę mam od dłuższego czasu, ale użyłam jej do pory zaledwie jakieś pięć razy. Czuję się jednak w pełni uprawniona do napisania recenzji po tak krótkim czasie, ponieważ miałam trzy inne maski Ziaji z poprzedniej linii do włosów i ta w zasadzie ma dla mnie identyczne działanie. Składowo także nie odbiega wyraźnie od swoich poprzedniczek.

Skusiłam się na nią, ponieważ bardzo lubię oliwkową serię Ziaji i jestem wielką fanką mydła pod prysznic o tym zapachu. Niestety, maseczka odbiega zapachem od pozostałych produktów z tej linii. Pachnie przyjemnie, mydlano, ale to nie jest to.


A teraz pora na konkrety: skład i działanie. Jak widać na powyższym obrazku, szału nie ma, ale nie jest też tragicznie. Jest to maseczka oparta na popularnych emolientach i silikonach, w środku składu znajduje się oliwa z oliwek i panthenol, barwniki i kompozycja są na końcu składu.

Co do działania maseczki, jestem zadowolona. Nie nawilża spektakularnie ani nie odżywia, ale pięknie wygładza i dyscyplinuje puszące się włosy, nadaje im połysk. Wygladają zdrowo. Zdaję sobie sprawę, że ta maska nie uratuje przesuszonych włosów, ale moim prawie zdrowym (nie farbuję od 9 miesięcy, nie suszę suszarką, nie używam produktów do stylizacji) włosom wystarcza. Posiadaczkom czupryny podobnej do mojej polecam z całego serca wszystkie Ziajowe maseczki (nie miałam tylko kakaowej).


Konsystencja jest średnio gęsta, ale dość zwarta. Produkt nie ucieka przez palce i daje się łatwo rozprowadzić na włosach. Nie potrzeba dużej ilości kosmetyku, by nałożyć go na całą czuprynę. W związku z tym jest dość wydajny. Cena, jak to Ziaja, niewielka, maseczka kosztuje poniżej 10 zł (spotykam ją na ogół w cenie 6-8 zł).

Zasadniczo polecam, osobiście jestem z niej zadowolona, ale wiem, że dla osób o wymagających włosach (rozjaśnionych, po trwałej, przesuszonych) będzie ona za słaba.

Lubicie produkty Ziaji?

Buziaki,
Fifruwajka

niedziela, 14 października 2012

Październikowy projekt denko

Zapraszam na mini-recenzje wykończonych przeze mnie w tym miesiącu kosmetyków.


Pierwszy kosmetyk, który Wam pokażę, to wycofany już od dłuższego czasu balsam brązujący Spa Vegetal Yves Rocher. Nie wiem jakim cudem uchowało się u mnie jego opakowanie z resztką kosmetyku na dnie. Niestety, używałam go daaawno temu, pamiętam jednak, że to najlepszy produkt tego typu, jaki kiedykolwiek miałam. Zużyłam kilka opakowań. 

Dezodorant antyperspiracyjny w kulce Yves Rocher o zapachu werbeny jest godny polecenia dla osób, które nie mają dużych problemów z potliwością. Dla mnie był wystarczający. Jego minusem jest również to, że wolno się wchłania, plusem śliczny zapach i łagodna dla skóry formuła. Kupię go jeszcze na pewno, ale w innym wariancie zapachowym.

Solankowa kąpiel  jodowo-bromowa o zapachu różanym to był zakup jednorazowy. Właściwości myjąco-pielęgnujące kosmetyku są bardzo przeciętne, typowe dla tego rodzaju produktów. Płyny do kąpieli kupuję głównie ze względu na zapach. Ten różany niestety mnie nie urzekł - jest odrobinę syntetyczny. Gorąco polecam płyn do kąpieli Joanny o zapachu bzu.

Żel pod prysznic Oriflame Nature Secrets o zapachu miętowo- malinowym jest jednym  z lepszych żeli pod prysznic jaki kiedykolwiek miałam. Ma on postać kisielu z zatopionymi drobinkami. Kuleczki są na tyle delikatne, że można go używać codziennie. Pachnie orzeźwiająco i bardzo przyjemnie. Idealnie sprawdził się jako kosmetyk myjący latem i po siłowni. Cenę uważam za przystępną.

Kokosowy krem do ciała Yves Rocher to kolejny produkt, który mogę polecić. Bardzo odpowiadają mi jego właściwości pielęgnacyjne. Ma lekką konsystencję, szybko się wchłania, ale wyraźnie nawilża skórę. Dobrze się spisuje po depilacji, łagodzi podrażnienia i wygładza skórę. I tak pięknie pachnie! Jego jedyną wadą jest cena - kosztuje 38 złotych. W Yves Rocher odbieram go zawsze za pieczątki w programie lojalnościowym, dzięki czemu mogę sobie od czasu do czasu na niego pozwolić.


 Szampon Alterry z kofeiną i biotyną do włosów ze skłonnością do wypadania kupiłam choć moje włosy szczęśliwie trzymają się głowy. Szukałam jednak odmiany (głównie zapachowej) po wariancie z papają i bambusem. Nie różni się działaniem od pozostałych szamponów z tej linii. Konsystencję ma przyjemniejszą niż ten dodający objętości, który przypominał rozrzedzoną galaretkę. Jest to żółtawa emulsja o ciekawym, nieprzesłodzonym zapachu.

O szamponie z czarną rzepą Polleny Malwy pisałam wielokrotnie. Powtórzę jedynie to, że jest to dobry szampon dla niewymagających włosów o dość prostym składzie, nie przesusza włosów i skóry głowy, solidnie je oczyszczając. Kosztuje grosze.

Odżywka z kokosem i pszenicą Oriflame bardzo przypadła mi do gustu. Była idealna do użycia w ostatnim etapie olejowania włosów, jako lekki kosmetyk kondycjonująco-wygładzający nakładany po zmyciu oleju. Włosy dobrze się po niej rozczesywały i na długo pozostawał na nich słodkawy kokosowy zapach.

Odżywka z aloesem i granatem Alterry to jeden z moich ulubionych kosmetyków do włosów.  Po jej zmyciu włosy są nawilżone, miękkie i wygładzone. Kosztuje tyle, co zwykła marketowa odżywka (Garnier, Timotei) a zawiera bogactwo naturalnych składników kondycjonujących. I naprawdę bardzo skutecznie działa. Polecam serdecznie!


Cytrynowa maseczka z Yves Rocher to bubel, którego lubiłam używać. Z cerą nie robiła absolutnie nic, ale za to ślicznie pachniała i cudownie orzeźwiała w letnie upały. Nie zauważyłam jednak ani nawilżenia, ani odżywienia ani żadnego innego wymiernego działania na skórę. Osobom, które oczekują konkretnego działania kosmetyków na cerę, odradzam.

Krem do rąk Strawberry and Cream Oriflame również nie wykazał się skutecznością. Coś tam niby nawilżał, ale moim zdaniem, kosmetyk ten nadaje się wyłącznie na ciepłe pory dla zadbanych dłoni. Te zniszczone i suche potrzebują czegoś więcej. Zapach kosmetyku na początku odbierałam jako bardzo przyjemny i słodki, przy regularnym stosowaniu stał się jednak mdły.

Mydełka Alterry są bardzo dobre i łagodne dla dłoni. Jeśli jednak chodzi o zapach, spośród wszystkich dostępnych ładny jest dla mnie tylko ten różany. Widoczny na zdjęciu wariant nagietkowy pachnie zwykłym nieperfumowanym mydłem. Średnio.

Pasta do zębów Ziaja MintPerfekt jest w porządku. Cudów nie czyni, kosztuje mniej więcej tyle, co przeciętna pasta Colgate albo Signal i jest podobnie skuteczna. Bardzo spodobał mi się jej smak i uczucie orzeźwienia po umyciu zębów.

Do następnego razu. Buziaki,
Fifruwajka

czwartek, 11 października 2012

Moje zapachy na jesień

Nie było mnie od kilku dni, bo dopadło mnie jakieś grypsko i nie miałam nawet siły podnieść się z łóżka. Do stanu doskonałej homeostazy jeszcze trochę mi brakuję, wciąż chrypię i spazmatycznie kaszlę, bez litości dla sąsiadów.

Dziś czuję się nieco lepiej, więc postanowiłam podzielić się z Wami tym, jakie zapachy towarzyszą mi podczas pierwszych (i nie tylko) jesiennych chłodów. 


Zacznę od  moich dwóch hitów na tę porę roku. Są to woda perfumowana So Elixir Yves Rocher i moja absolutnie ulubiona woda perfumowana Code od Giorgio Armani. Jak widzicie, flakoniki są już otwarte, w Code widać nawet spore zużycie, oba mają też pojemność 30 ml, na szczęście jestem zabezpieczona, mam już kolejne opakowania w większych pojemnościach (50 ml).

So Elixir jest zapachem ciepłym i miękkim, dość słodkim (ale nie ulepnym), esencjonalnym i głębokim. Wyraźnie wyczuwalne są kwiaty i bergamotka, całość została mocno doprawiona paczulą w jej raczej słodkawym wydaniu. Jest to zapach doskonały na pierwsze chłody - ma w sobie coś kojarzącego się ze słodyczą miodu, a bergamotka może natomiast wywoływać 'herbaciane' skojarzenia.

Code Armaniego jest zapachem znacznie bardziej wyrazistym i charakternym, skomponowanym wokół nut kwiatu pomarańczy i jaśminu. Odrobina imbiru dodaje mu nieoczywistej pikanterii (nie jest to w żadnym razie zapach pieprzny). Baza zapachu, która z czasem uwyraźnia się coraz bardziej, jest łagodnie miodowa, nie tworzy jednak efektu ordynarnej słodyczy, ponieważ towarzyszy jej suchość nut drzewnych. Całość jest lekko dymna, jednakże bardzo piękna, intrygująca i niebanalna. Czekam teraz na moją przyjaciółkę, która ma mi przywieźć z Wysp podobną do Code, jednak sporo tańszą wodę toaletową Girard - New York Nights.


Zapachem, który doskonale wpisuje się w nastrój ciepłych jesiennych dni, jest dla mnie połączenie wody kolońskiej Cedre Bleu od Yves Rocher i wody perfumowanej Paradise od Oriflame. Cedre Bleu samo w sobie jest kompozycją dość prostą, jednak bardzo przyjemną i ciekawą. Mój nos wyczuwa w niej jedynie dwie nuty: cedru i jakiejś słodyczy, chyba w postaci dodatku wanilii. Jest to zapach typu unisex i wyobrażam sobie, że może bardzo ciekawie pachnieć także na męskiej skórze. Na mojej jest przecudownie, świeżo, miękko i intrygująco. Zapach ten jednak zaczęłam nakładać na skórę jako bazę/wzmocnienie dla wody perfumowanej Paradise i doskonale się sprawdza w tej roli. Podbija drzewne nuty obecne w bazie kompozycji Oriflame. Woda Paradise  jako taka jest bardzo pieprzna i kwiatowa, nie ma w niej nic owocowego, ani żadnej nachalnej słodyczy. Jest to zapach chłodny, ale z pewnością nie zimny. Dodatek Cedre Bleu odrobinę go ociepla. Bardzo przypadł mi do gustu taki mix zapachów.

Na chłody i wietrzne deszczowe dni preferuję jednak więcej słodyczy białych kwiatów,  wybieram zapach promienny, bogaty, ocieplający. Takim z pewnością jest Today z Avonu.  Zapach, który kupiłam wiele lat po jego premierze, którą pamiętam jakby to było wczoraj. Jak on mi się podobał! Miałam jednak lat -naście i czułam, że przerastał mnie swoją mocą i był dla mnie zbyt jednoznacznie kobiecy. Teraz jednak uwielbiam się nim otulać, zwłaszcza, gdy na dworze panuje iście jesienna plucha. 


Tesori d'Oriente Jasmin do Giava to mój najnowszy nabytek. W nazwie wody perfumowanej pojawia się jaśmin, ja jednak wyczuwam przede wszystkim karmel i paczulę, słodkawą i piwniczną zarazem. Ten zapach może nas ocieplić lepiej niż jeden szalik. Doskonała propozycja dla fanek Angela TM, podobieństwo jest uderzające. To mogłaby z powodzeniem być jego codzienna, kilkunastokrotnie tańsza wersja.

Amber Elixir od Oriflame to zapach skomponowany wokół ambry, co zostaje zasygnalizowane już w jego nazwie. Ambra jest tu ciepła, miękka i otulająca, zapach pozbawiony jest jakiejkolwiek drapieżności, stąd moje przekonanie, że może się bardzo podobać wielu osobom. Nie odpowiada mi jednak jego trwałość, która jest, szczerze mówiąc, żadna. Utrzymuje się na skórze może dwie godziny, może nawet nie. Noszę go z przyjemnością, ale następnym razem, będąc w potrzebie zakupienia zapachu ambrowego, skieruję swe kroki do Yves Rocher, ponieważ ich Voile d'ambre jest mocniejsze, intensywniejsze, bardziej charakterne i trwalsze (mam miniaturkę).

Lookin' to rock Rita z kolekcji Crescent Row marki Benefit to zapach ciekawy. Jest wyrazisty i zaczepny, owocowy, ale nie są to słodkie jabłka, gruszki i inne brzoskwinki, ale nietypowy miks figi, cytryny i kokosa, wzmocniony kwiatami i nutami drzewnymi. Bukiet zapachowy jest bardzo oryginalny, w pierwszym 'niuchu' wyczuwam też zielone listki i bez, których w spisie nut w ogóle nie ma. Trudno mi go opisać czy porównać do czegokolwiek, jest inny niż wszystkie znane mi zapachy. Na początku w ogóle mi się nie podobał, z czasem zaczęłam doceniać jego niejednoznaczny charakter. Lubię go również zmiksować z Noix de Coco Yves Rocher, by podbić jego kokosową nutę.

A teraz the last, but not the least Love Potion od Oriflame. Zapach fantastyczny, jeden z najlepszych tej marki. Gdzieś na pograniczu kategorii gourmand i orientu. Rozgrzewający, gorący, kakaowy. W zasadzie nie jem słodyczy, ale jeśli miałabym już się skusić na coś słodkiego, to byłaby to gorzka czekolada. Na szczęście, nie muszę, swoją najcudowniejszą dawkę 90% gorzkiej czekolady mam na półeczce z perfumami. Orientalny nastrój w tym zapachu buduje imbir, który sprawia, że zapach jest ciekawszy i bogatszy. Lubię imbir w kuchni, lubię go też w perfumach. Poza tym, czuję niewiele więcej, te dwie nuty zdecydowanie dominują, no, może jeszcze wanilia daje się stosunkowo łatwo wywąchać. I tyle. Słodko-gorzki, ale raczej z przewagą tej pierwszej cechy. Kojarzy mi się z Code Armaniego, ale nie z powodu pokrewieństwa nut, ale raczej ze względu na podobny nastrój, który buduje.

A tak prezentują się wszystkie razem:


Moje kochane, cudowne, wspaniałe ocieplacze i umilacze jesiennych słot i pluch. Polecam wszystkie, no, może poza Amber Elixir. Zamiast niego proponuję przetestować Voile d'Ambre, równie ambrowy, jednak bogatszy i trwalszy.

Buziaki,
Fifruwajka

czwartek, 4 października 2012

Masło (nie)maślane według Eveline

Dziś notka o kosmetyku - oszukańcu, który mami nas z półek sklepowych obietnicą gęstej konsystencji, silnego nawilżenia i natłuszczenia, a po otworzeniu pudełeczka w domu okazuje się delikatnym kremikiem pielęgnacyjnym w formie zwartego budyniu.

Eveline Cosmetics wypuściło całą linię maseł do ciała. Już jakiś czas temu dostałam wariant oliwkowy. Na co dzień preferuję lżejsze konsystencje,  ale są sytuacje, gdy potrzebuję czegoś bardziej konkretnego (po depilacji, po peelingu, od czasu do czasu zimą też lubię użyć jakiegoś tłuścioszka na noc). Najczęściej sięgam wtedy po masła. Miałam produkty tego typu kilku marek: The Body Shop, Bielenda, Ziaja i wszystkie one były gęste, natłuszczały i zostawiały na skórze ochronny film. Różniły się, oczywiście, miedzy sobą, niektóre masła były bardziej twarde i zbite, inne - mniej, pielęgnacyjnie sprawdzały się jednak podobnie.


Kiedy wysmarowałam do końca poprzednio posiadane przeze mnie masełko Cien o zapachu mango, postanowiłam otworzyć to z Eveline. Pod wieczkiem nie znalazłam jednak nic, co przypominałoby posiadane przeze mnie wcześniej masła do ciała. Delikatny, mięciutki, kremowy budyń, którym można sie posmarować dla zapachu czy dla delikatnego nawilżenia w ciągu dnia. Szybko się wchłania i wkrótce po nałożeniu można już założyć ubranie. Nie jest to jednak na pewno kosmetyk odżywczy ani łagodzący podrażnienia powstałe po depilacji. Gdybym go sama kupiła, poczułabym się oszukana jako klient. Dostałam, więc używam i nie marudzę, ale przestrzegam te z Was, które zerkają z zainteresowaniem w stronę pseudo-masła Eveline, sprawdzi się ono tylko wtedy, gdy szukacie lekkiego mazidła i jesteście niewymagające wobec kosmetyków pielęgnacyjnych.


Kosmetyk ładnie i delikatnie pachnie, nie koliduje z większością moich perfum, których używam, poza tym zapach szybko ulatnia się ze skóry. Pielęgnacyjnie jest gorzej - używając go, nie czuje, że szczególnie dbam o skórę, nie likwiduje przesuszeń, nie łagodzi podrażnień, jest, a jakby go nie było. Skład jest taki sobie, niby wysoko masło shea, ale parafina jeszcze wyżej. Nie jest jednak najgorszy. Kremik może być natomiast dobrym uzupełnieniem pielęgnacji skóry w ciągu dnia. Rano można szybko się posmarować i niemal od razu ubrać.


Cena, jak podaje KWC, 13 zł to moim zdaniem trochę za dużo. Krem jest bardzo przeciętny nawet rozpatrywany jako zwykły lekki nawilżacz, o nazwaniu go masłem nawet nie wspomnę. Nie jest bardzo zły, ale na pewno go nigdy nie kupię.

A Wy macie jakieś ulubione masła? Chętnie poznam Wasze typy.

Buziaki,
Fifruwajka

poniedziałek, 1 października 2012

Skromne zakupy z Rossmanna i zamówienie z Oriflame

Nie pozostałam obojętna na gazetkę Rossmanna, o nie... Udało mi się jednak zachować powściągliwość podczas zakupów, kiedy to uświadomiłam sobie, że posiadam zapasy prawie wszystkiego. Produktami, które schodzą u mnie w ilościach wprost niewyobrażalnych są mydła do rąk i nieważne, jak dużo uda mi się ich zachomikować, w krótkim czasie znów muszę uzupełniać zapas. Oboje, i ja i mój narzeczony, mamy silny nawyk ciągłego mycia rąk, być może nawet do  przesady. Myję ręce nawet po zmywaniu naczyń, i tak, wiem, że to absurdalne...


Bardzo lubię mydełka do rąk w płynie Isana (2,99 za sztukę). Są delikatne i ślicznie pachną. Przepadam również za mydełkami Alterry w kostce (chyba 1,59). Z tych, które miałam, zapachowo najbardziej przypadło mi do gustu różane, przetestuję teraz jeszcze wariant nagietkowy, choć nie oczekuję po nim zbyt wiele. Kosteczka powąchana wprost z kartonika nie robi wrażenia.

Mydełko w płynie Korolove Joanny nie było kupione w Rossmannie, dostałam je w sklepiku osiedlowym. Urzekło mnie tym, że pachnie identycznie jak seria z zieloną herbatą Yves Rocher, czyli ślicznie. Było dwukrotnie droższe niż te z Isany, bo kosztowało 6 zł, ale wyjątkowo urzekła mnie ta kompozycja zapachowa.

A teraz moje świeżo odebrane od konsultantki zamówienie z Oriflame. Niewielkie, bo ostatnio słabo u mnie z finansami, ale być może wkrótce będzie lepiej - niewiele mnie dzieli od dostania wymarzonej pracy. Poszaleję sobie w świątecznych katalogach ;) 


Bardzo lubię serię Swedish Spa, uważam, że jest to jedna z bardziej udanych linii pielęgnacyjnych Oriflame. Tym razem kupiłam odżywczą maseczkę do stóp (15,90) i antycellulitowy krem do ciała (17,90). Nigdy ich jeszcze nie miałam, ale używałam innych kosmetyków Swedish Spa i byłam zawsze więcej niż zadowolona. Szczególnie przypadły mi do gustu peeling z imbirem i olejek uniwersalny do ciała i włosów. Na zdjęciu również aktualny katalog. Póki co, niewiele mi wpadło w oko. Na stronie Oriflame można jednak zobaczyć następny katalog 15 i... mój portfel już drży. Mam nadzieję, że się opanuję jakoś.

W Warszawie dziś bardzo zimno i nieprzyjemnie. Winter is coming... Kiedyś zima była moją ulubioną porą roku, jednak z roku na rok staję się coraz większym zmarzlakiem.  Brrrr... A jak tam u Was - cieszycie się na śnieg, sanki i świąteczną atmosferę czy raczej już odliczacie dni do kolejnego lata?

Buziaki,
Fifruwajka
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...