niedziela, 5 maja 2013

Zdenkowane w kwietniu

Tym razem pustych opakowań, nie jest tak wiele, ale za to niektóre są duuuże. :)

Zacznę od kosmetyków do pielęgnacji twarzy. Do mycia buzi zużyłam żel do cery suchej Nutritive Vgetal od Yves Rocher. Niekoniecznie pzypadł mi do gustu z uwagi na słodkawy mdlący zapach i glutowatą konsystencję. Korzyści to przede wszystkim fakt, że żel dobrze oczyszcza i w ogóle nie przesusza. Zużyłam też kolejne opakowanie toniku lawendowego, uwielbiam jego zapach. Tonik odświeża i nie podrażnia. Bardzo go lubię. Maseczka Time Relax z Oriflame należy do moich ulubionych. Wprost przepadam za jej kremową konsystencją i  delikatnym zapachem. Zapewnia przyjemne nawilżenie cery i łatwo się zmywa. Kremik Tender Care budzi wiele kontrowersji - jedni go uwielbiają, inni nazywają perfumowaną wazeliną. Muszę powiedzieć, że u mnie się sprawdza. Zaznaczam jednak, że moje usta nie wymagają szczególnej pielęgnacji. Kremiku używam dwa razy dziennie. Przed snem wieczorem i rano przed wyjściem z domu. To mi w zupełności wystarcza.
 
Kosmetyków pielęgnacyjnych do ciała będzie trochę więcej. Dezodorant Silk Beauty z Oriflame to typowy średniak. Nie był zły, chronił wystarczająco  i przyjemnie pachniał. Dość długo niestety się wchłaniał co w porannym pośpiechu bywało dokuczliwe. Olejek do kąpieli Jaśmin i Piżmo Bielendy to jeden z moich ulubieńców. To już druga buteleczka i na pewno nie ostatnia. Pachnie przepięknie a aromat po kąpieli utrzymuje się na ciele. Za olejkiem pod prysznic Tradition de Hammam od Yves Rocher nie przepadam. To obiektywnie rzecz biorąc dobry kosmetyk do mycia, nie przypadł mi jednak do gustu jego zapach. Jest słodko-mdlący. Zmywacz tej samej marki zdecydowanie bardziej mi odpowiadał. Rozpuszczał lakier, nie śmierdział tak zabójczo jak niektóre inne zmywacze, nie zauważyłam, żeby niszczył płytkę paznokcia. Szampon Selsun Blue to pewniak w walce z łupieżem. Nie jest może najprzyjemniejszy w użyciu, włosy również nie wyglądają po nim najlepiej, ale skutecznie leczy problemy skóry głowy.
 
I na koniec kilka próbek oraz mydełko, czyli drobiazgi kosmetyczne. Mydełka z Oriflame kupuję regularnie, bo bardzo je lubię. To w wersji aloesowo-arbuzowej z uwagi na jego delikatny odświeżający zapach idealnie sprawdzi się latem. w okresie wiosennym również daje radę. Wiele wyjazdów w ostatnim czasie spowodowało, że wykorzystałam cztery saszetki. Kiedy zapisałam się do klubu Oriflame, dostałam zestaw próbek. Nadszedł na nie w końcu czas. Dwa kremy pod oczy, które w ten sposób przetestowałam do kremy przeciwzmarszczkowe z linii BioMaximum i Royal Velvet. Ten drugi przypadł mi du gustu - krem był gęsty i intensywnie nawilżający. Skuszę się na pełnowymiarowe opakowanie... za jakieś dziesięć lat. ;)
Kremy do twarzy, których próbki zużyłam to Ecollagen i Optimals Time Relax na dzień. Z mojego morza próbek wybrałam te dwie ponieważ oba kremy posiadały filtry. Ecollagen był dla mnie za ciężki, natomiast zakup Time Relax rozważyłabym, gdyby posiadał nieco wyższy faktor ochronny (minimum SPF 15).
 
To już wszystko. Znacie któreś spośród tych kosmetyków?
 
Buziaki,
Fifruwajka

piątek, 3 maja 2013

Haul: moje perfumy na ślub i inne zakupy :)

Dziś pokażę Wam zakup, który spędzał mi sen z powiek. Spędziłam godziny w perfumeriach na testowaniu aby wybrać ten jeden jedyny zapach, który będzie mi towarzyszył podczas jednego z najważniejszych dni w życiu. Kiedy już wybrałam, czekałam tylko na okazję. Chciałam kupić małą pojemność w promocyjnej cenie (no bo ja to ja i nie lubię przepłacać w Douglasie czy Sephorze). Taka okazja się nadarzyła i spotkałam swoje ślubne perfumy w Hebe w cenie 79 złotych za 25 ml. Ta malutka buteleczka to pojemność przeznaczona do torebki. Zapach ma być na wyjątkowe okazje, dlatego z zasady nie będzie się szybko zużywał, więc ta malutka buteleczka jak najbardziej mi odpowiada. Koniec wstępu: oto on!
Bvlgari Mon Jasmin Noir EDP, 25 ml
Uwielbiam jaśmin, we wszystkich jego odsłonach - od ciężkiej w typie Aliena poprzez lżejsze, ale bogate kompozycje jak Tendre Jasmin, aż po delikatne, wymieszane z cytrusami i piżmem jak w Light Blue.
Mon Jasmin Noir jest wymarzonym jaśminem na ślub - piękna kwiatowa kompozycja, z cedrem i piżmem w bazie i zielonymi listkami w nucie głowy. Zapach wibruje na mojej skórze - jest lekki, ale w wyrafinowany sposób. Zakładam, że w lipcu będzie ciepło, jeśli nie upalnie i ten zapach na pewno nie będzie męczył ani mnie ani pana młodego ;) Z drugiej strony nie jest to płaski świeżak, oj nie. Ten zapach ma i moc, i charakter, choć odpowiedni do okoliczności i do pory roku. Jestem zachwycona swoim wyborem. Teraz pozostaje mi tylko kupić sukienkę :)
W Hebe kupiłam jednak nie tylko perfumy. Zdecydowałam się również na zakup korektora marki Bell w sztyfcie o nazwie Multi Mineral w odcieniu 1. Jestem wierna korektorowi w płynie z tej samej kolekcji, świetnie mi służy do okolic oczu, do zakrywania wyprysków potrzebuję jednak czegoś bardziej treściwego i kryjącego. Wkrótce okaże się, czy mój wybór był trafny...
Tego samego dnia poszalałam również w Bath and Body Works, a także odebrałam zamówienie z Oriflame z katalogu 7. Zacznę może od Bath and Body Works.
Skusiłam się na trzy mgiełki zapachowe. Szukałam czegoś lekkiego, odpowiedniego do biura, czegoś co wrzucę do torebki, by móc odświeżać zapach w ciągu dnia. Tego dnia obowiązywała promocja 3 za 39 zł dla mini produktów co w praktyce oznaczało 3 mgiełki w cenie 2.
Najszybciej zdecydowałam się na zapach Honey Sweetheart, który jest przerażająco słodki i nastolatkowy, czyli teoretycznie zupełnie nie w moim typie. Zapach to tony cukru z odrobiną owoców i kwiatów. Coś w nim jednak jest, ta słodycz będzie poprawiać mi humor w pochmurne dni jak dziś.
Drugim zapachem jest Secret Wonderland - dosyć bezpieczna kwiatowo-owocowa kompozycja. Zapach jest mocno zblendowany, żadna nuta nie wysuwa się mocno na prowadzenie, ładny, bez szału, ale przyjemny. Jako trzeci zapach chciałam wybrać Midnight Pomergranate, ale nie było go w tej pojemności, Blacberry Vanilla też nie, nie było nic co jednoznacznie by mi się spodobało. Wzięłam w końcu Twilight Woods jednak zapach średnio mi się podoba - jest słodko-mdły. Nie jest brzydki, ale nie sprawia mi przyjemności używanie go. Najwyżej wrócę do niego jesienią, bo to bardziej odpowiedni dla niego okres.
I w końcu zamówienie z Oriflame.
Woda Midnight Pearl była w katalogu za pół ceny, więc wzięłam :)
Pachnie wieczorowo, a w zasadzie wieczorowo - dziennie, choć do biura latem średnio będzie się nadawać. Czuję przede wszystkim nuty kwiatowe i drzewne, na mojej skórze nie wyczuwam zbytnio wymienionej w składzie gruszki. Zapach mi się podoba, jest elegancki  i lekko szyprowy, jego największą wadą jest słaba trwałość. Utrzymuje się może ze trzy godziny, a to w końcu EDP a nie woda toaletowa. Ma ładny, elegancki flakon, przynajmniej to odwzorowuje jego dość wysoką w katalogu cenę.

Kupiłam również kilka produktów codziennego użytku.

Skusiłam się na odżywkę do włosów normalnych - moje od kiedy przestałam je farbować coraz bardziej takie się stają. Bardzo mi odpowiadały kosmetyki do włosów z linii Nature Secrets, których dotychczas używałam, mam nadzieję, że w tym przypadku nie będzie inaczej.

Kupiłam również żel do mycia twarz z nastolatkowej linii Pure Skin. Choć wiekowo to już nie jest kosmetyk dla mnie, moja cera wciąż się zachowuje jakbym miałam trzynaście lat. Zobaczymy, jak poradzi sobie z nią ten produkt. Zimą nie stosuję takich żeli, bo zbyt mocno przesuszają, ale wiosną mogę zaryzykować. Przy zakupie produktu z tej gamy, można było taniej nabyć przyrząd do usuwania wągrów. Traktuję go jako ciekawostkę i chętnie przetestuję, choć nie spodziewam się cudów po metalowej pętelce i dziurce z drugiej strony.

Żeby nie płacić za przesyłkę, kupiłam żel do skórek w promocyjnej cenie.
To już tyle, mój portfel płacze, bo wszystkie te wydatki przypadły na jeden dzień. A ja jestem szczęśliwa, bo mam już swój zapach na ślub!

Buziaki,
Fifruwajka

SOS Miraculum - recenzje kremów

Kremy z linii SOS powstały jako odpowiedź na problemy skórne, z jakimi borykają się kobiety. Jako, że moja cera przysprza mi wiele kłopotów, posiadam aż trzy kosmetyki z tej linii ;) Wszystkie te kosmetyki dostałam od znajomej mojej mamy, która z uwagi na charakter swojej pracy ma do czynienia z przedstawicielami różnych firm ( w tym kosmetycznych) i często dostaje od nich upominki w postaci wszelkiej maści produktów, bonów, itd. :)

Z prawie całej oferty kremów Miraculum z linii SOS, które otrzymała znajoma mojej mamy, a od niej moja mama, ja wybrałam sobie trzy:
 

krem zwężający pory dzień/noc do cery tłustej i mieszanej, krem wzmacniający naczynka dzień/ noc do cery naczynkowej, krem intensywnie łagodzący na dzień do cery wrażliwej spf 15
Z jednego z tych kremów jestem zadowolona, z jednego nie, a trzeci dopiero niedawno zaczęłam stosować. O tym ostatnim postanowiłam Wam co nieco powiedzieć skoro już piszę post o jego dwóch braciach, choć uczulam, że nie będzie to pełnoprawna recenzja (zbyt kótko go użytkuję) ale jedynie zdanie relacji z pierwszych wrażeń na jego temat.

Zacznę od kremu, do którego na pewno nie wrócę, który w zasadzie już stał się kremem do szyi i dekoltu (tak kończą u mnie wszystkie, które nie sprawdzą się na buzi ;) ).

Jest to krem wzmacniający naczynka, który miał wspomóc moją pielęgnację cery w okresie zimowym. Stosowałam go by troszeczkę wzmocnić naczynka narażone podczas takiej aury na duże zmiany temperatur.

Już pierwsze wrażenie związane z tym kremem jest negatywne. Pachnie chemią - mam mieszane uczucia co do tego faktu, z jednej strony to dobrze, że producent nie dodał intensywnej kompozycji zapachowej, z drugiej strony jest to jakby nie patrzeć nieprzyjemne doznanie. Krem ma tępawą woskową konsystencję, nie lubię powłoczki jaką zostawia na twarzy. To nie jest typowo tłusty krem jak klasyczna Nivea czy Ziaja oliwkowa, on jest 'woskowy'. Posiada lekko zielonkawe zabarwienie, które ma chyba zmniejszyć widoczność zaczerwienień, niestety nijak na to nie wpływa.

Krem w zasadzie w ogóle nie nawilża, nie zauważyłam też wpływu na moje naczynka. Całe szczęście, nie zapchał mi porów, dlatego stosuję go teraz do pielęgnacji szyi, a nie stóp ;)

Kolejnym bohaterem tego posta będzie udany produkt marki, czyli kremik do cery wrażliwej na dzień.

Jest przeciwieństwem poprzednio omawianego produktu. Pachnie bardzo delikatnie, ale przyjemnie. Posiada leciutką konsystencję jakby musu. Gładko się rozprowadza i ładnie nawilża. Posiada faktor spf 15, przez co cera może się zacząć przetłuszczać po kilku godzinach, ale godzę się na tę cenę za ochronę, jaką dają filtry przeciwsłoneczne. Jest też szalenie wydajny, używam go już przez około 2 miesiące, a ubytek to jakieś 1/5 produktu. Wkrótce odstawię go na rzecz kremu z wyższym faktorem, ale na obecną pogodę jest dla mnie idealny.

Ostatni kosmetyk, który omówię, to krem do cery tłustej i mieszanej. Stosuję go na noc zamiennie z kremem Pharmaceris migdałowym 10%. Pachnie podobnie do kremu do cery wrażliwej (to plus), ma lekką konsystencję kremo-żelu. Wchłania się  szybko i całkowicie.

Nie potrafię jeszcze ocenić jego działania, bo stosuję go może od dwóch tygodni, ale mogę już powiedzieć, że mnie nie zapchał, nie podrażnił, nie przesuszył, nie uczulił. Uważam, że wystarczająco też nawilża moją mieszaną buzię.

Polecam kremik do cery wrażliwej, odradzam ten do naczynkowej.

Jutro zamieszczę post z moim ostatnimi zakupami, oraz denko.
Do zobaczenia,
Fifruwajka

niedziela, 21 kwietnia 2013

Projekt denko - kwiecień

Moje ostatnie zużycia nareszcie zwolniły trochę miejsca w szafkach i na półkach. Cieszę się, że mogę zacząć testować coś nowego. :)

Balsam do ciała Joanny nawilżający Z Apteczki Babuni miał pachnieć jaśminem. Kompozycja zapachowa nie zrobiła jednak na mnie specjalnego wrażenia, zapach kwiatowo - słodki, lekko duszny. Właściwości pielęgnacyjne dobre, konsystencja raczej lekka, nieznacznie woskowo- tłustawa dobrze sprawdzała się podczas łagodnego zakończenia zimy.

Żel pod prysznic Silk Beauty z Oriflame zdecydowanie przypadł mi gustu. Pasował mi jego przyjemny, kobiecy zapach. No i jak to żel, mył i pienił się. Nie zauważyłam przesuszenia skóry.

Mimo wszystko, żel Palomy zachwycił mnie bardziej. Więcej tu.

Nie jest to co prawda kosmetyk, ale z pewnością jeden z moich ulubionych produktów w ogóle - aromatyczna woda do prasowania Pachnąca Szafa o zapachu Paris Paris. Aromat jest bardzo przyjemny i uniwersalny - wody używa także mój facet. Ubrania po wyprasowaniu są odświeżone i pachnące. Oczywiście, samo prasowanie również jest łatwiejsze.

Dezodorant Dove dosyć mi odpowiadał. Podobał mi się jego owocowy zapach. Zapewniał mi wystarczająco ochronę. Jedyny zarzut jest taki, że podczas rozpylania, drobinki produktu czasem dostawały mi się do tchawicy i miewałam krótkie napady kaszlu.

Balsam do ciała Milk&Honey Oriflame budził we mnie ambiwalentne odczucia. Z jednej strony sam kosmetyk nie jest zły i ma przyjemną konsystencję. Jego wadą jest to, że zapach niestety na tle pozostałych kosmetyków z tej linii wypada blado. Wyczuwam w nim jakąś chemiczną nutkę, której nie ma na przykład w żelu z tej kolekcji. A szkoda, bo inaczej byłby moim ulubieńcem.

Płyn do higieny intymnej Feminelle Oriflame nie przebił mojej ulubionej Żurawiny z Bielendy, ale nie był zły. Przede wsystkim produkt okazał się delikatny i skuteczny, a to najważniejsze. Nie podobała mi się natomiast jego płynna konsystencja.

Mydełka z Oriflame bardzo lubię. Na brzoskwiniowo- bazyliowej nowości również się nie zawiodłam.

Powiem też kilka słów o moich kosmetykach do włosów.

Szampon cytrynowo- pokrzywowy naprawdę bardzo polubiłam. Pachniał cytrynową Mambą - nie spodziewałam się przyjemnej nuty zapachowej widząc pokrzywę na opakowaniu. Ładnie odświeżał, miał klarowną przejrzystą formułe, moją ulubioną nie-gęstą i nie-rzadką konsystencję. Kupię jeszcze na pewno.

Maseczka z Alterry to moja stała pozycja zakupowa. Bardzo dobry skład, piękny zapach i fantastyczne właściwości wygładzające włosy bez ich obciążania to jej główne atuty.

Maseczka Milk&Honey była niewypałem. Obciążała włosy, nie poprawiając wcale ich kondycji. Czekałam kiedy się skończy. Jedyny plus - piękny słodki zapach. Gdyby balsam tak pachniał...

Teraz kolej na pielęgnację twarzy. Zacznę od oczyszczania :)

Tym razem kosmetyki są dwa: Kasztan i Bawełna od Bielendy. Kasztan był do tej pory numerem jeden i... nim pozostanie. Bawełna, choć ma podobne właściwości oczyszczająco - pielęgnujące, z kretesem przegrywa, jeśli chodzi o zapach. Jest bardzo chemiczny.

Krem do twarzy z kwasem migdałowym 10% od Pharmaceris to mój hit. Ten krem trzyma moją skłonną do trądziku cerę w ryzach. Pięknie złuszcza cerę bez tworzenia suchych skórek. Stosuję go co drugą noc.

Krem do twarzy Oriflame Skin Energy opisywałam już tu. Również polecam.

Maseczkę z Ziaji bardzo lubię, bo relaksuje mnie... zapachem. Uwielbiam go, jest kremowy i kojący. Co do kwestii pielęgnacyjnej, maseczka rzeczywiście nawilża, choć nie dla tych cech ją kupiłam kolejny raz ;)

 Trzy ostatnie produkty to woda perfumowa So Elixir, korektor do twarzy Oriflame Very Me i balsam do ust Lip Spa Therapy tej samej marki.

Woda perfumowana od yves rocher jest fantastyczna, zwłaszcza w relacji jakości do ceny. Ma dobrą trwałość i naprawdę złożony, bogaty zapach. Pachnie herbatą earl grey posłodzoną miodem i doprawioną owocami. Bazą zapachu jest paczula - jeden z moich ulubionych składników - dodająca głębi i wyrafinowania słodkiemu zapachowi. Dzięki paczuli właśnie nie jest to  jedynie spożywczy ulepek.




Lip Spa Therapy lubię za zapach. Jaka ja jestem przewidywalna... ;) Nie nawilża spektakularnie, dla mnie pomadka dobra jest na okres wiosenno - letni i jest mało wydajna. Dla mnie to nie wada, bo w domu używam balsamów słoiczkowych. Poza domem zazwyczaj mam kolorową szminkę. Czasem jednak bezbarwny balsam w torebce się przydaje.

Korektor Very Me mam w jaśniejszym odcieniu. Idealnie pasuje do mojej cery. Podoba mi się również jego dobre krycie i niska cena ( w katalogu często za 8-9 złotych). Kupuję regularnie.

Mam park po drugiej stronie ulicy. Jest już tak pięknie! A jak tam u Was? Pogoda dopisała w weekend?

Buziaki,
Fifruwajka

niedziela, 7 kwietnia 2013

Mój zestaw akcesoriów makijażowych cz.3: Przechowywanie pędzli

Cześć, postanowiłam Wam pokazać jak przechowuję swoje pędzle. Zapraszam Was również do obejrzenia jak prezentuje się moja kolekcja pędzli do twarzy i do oczu. Od czasu gdy pisałam tamte posty, niewiele się zmieniło - doszedł mi pędzelek lub dwa, więc można przyjąć, że są one nadal aktualne a ewentualne rozbieżności mieszczą się w granicach błędu statystycznego ;)

Bohater tego posta jest jeden, więc nie będzie to długa pisanina. U góry zdjęcie, jak etui prezentuje się po rozłożeniu. 

Posiada 27 przegródek i jedną siateczkową zasuwaną na suwak kieszonkę. Uważam, że jest ona bardzo praktyczna, ja wkładam tu gąbeczki do makijażu.

Jak widzicie, etui w moim przypadku jest w pełni wykorzystywane. Idealnie pomieści średnio dużą kolekcję pędzli.

Jego klasyczny kolor czerni w połączeniu ze  starannymi wykończeniami daje wrażenie profesjonalizmu.

Kupiłam je w salonie Inglot. Nie pamiętam ile kosztowało dokładnie, bo mam je od ponad półtora roku, wiem jedynie, że nie był to mały wydatek jak na bądź co bądź tylko etui.

Uważam jednak, że było warto. Po tak długim czasie wciąż prezentuje się nienagannie. Nie niszczy się, jest lekkie i wygodne, zamykane na zatrzask, łatwe w transportowaniu.

Ma jednak jedną wadę... Sami popatrzcie na kolejne zdjęcie:

Nie wiem, czy to zauważycie, ale jest na nim mała plamka, której nie potrafię się pozbyć. Jest to plamka po podkładzie. Etui łatwo się brudzi, natomiast ciężko je doczyścić. Ta akurat plama okazała się nie do wywabienia, co doprowadza mnie do szału, bo lubię kiedy moje rzeczy są w dobrym stanie.

Ogólnie jestem zadowolona z tego etui, choć ta plama naprawdę mnie frustruje. Hmmm...


A Wy jak przechowujecie swoje akcesoria makijażowe?

Buziaki,
Fifruwajka

Zakupy w marcu

Od razu przejdę do rzeczy :)

Ostatni mailing, jak otrzymałam od Yves Rocher, faktycznie skusił mnie do zakupów. Przy dokonaniu dowolnego zakupu, otrzymać można było żel pod prysznic z linii Plaisirs Nature. Bardzo lubię zapach oliwkowy tej marki, dlatego ten właśnie wariant wylądował w moim koszyku. Wybrałam dla siebie szampon pokrzywowy przeznaczony do przetłuszczających się włosów, żel kawowy (lubię do niego wracać, budzi lepiej niż "mała czarna" w kubku) i żel do mycia twarzy dla skóry suchej Nutrtive Vegetal.


Udało mi się przy okazji zakupów odzieżowych nadziać się na sklep, a w zasadzie stoisko "Ziaja dla Ciebie". Oczywiście, zaraz znalazłam się przy nim. Kiedy okazało się, że znajduje się tam gablota Ziaji Pro i można swobodnie zrobić zakupy również kosmetyków gabinetowych, sprawa była już przesądzona.

Kupiłam:

- peeling bardzo mocno Ziaja Pro - miałam go już kiedyś, genialny zdzierak, tym razem zaopatrzyłam się w niego głównie z myślą o moim 'gruboskórnym' narzeczonym. Chce czy nie, będzie miał robione regularne zabiegi złuszczające ;)

- kremowe mydło do rąk 'herbata z cynamonem' - skusiła mnie duża butla za 4,99 i obiecująca kompozycja zapachowa

- dwie maseczki Kozie Mleko - to mój kolejny kosmetyczny powrót - bardzo przyjemnie nawilżający kosmetyk o kojącym zapachu

- dwie chusteczki do higieny intymnej - zawsze warto mieć jedną czy dwie w torebce, zawsze, gdy mam okazję je kupić, wrzucam parę do koszyka

- masło do ciała bursztynowe dostałam gratis (przy zakupach powyżej 30 zł) 

W sklepiku osiedlowym zaopatrzyłam się w mój ulubiony produkt do higieny intymnej - kremową emulsję z żurawiną, wybrałam dla siebie również delikatną kremową emulsję do mycia twarzy Bawełna. Nie było mojego Kasztana, więc postanowiłam wypróbować inny wariant zapachowy. Niestety, zaczęłam już ją stosować i muszę powiedzieć, że jej kasztanowy brat jednak bardziej mi odpowiadał. Przede wszystkim drażni mnie zapach, z intensywną chemiczną nutą.

Zrobiłam również zakupy w Oriflame. Jakoś tak dziwnie się dzieje, że nie potrafię ominąć żadnego katalogu. ;)

Oto na co się zdecydowałam:

- tusz do rzęs Voulme Build. Spotkałam się z wieloma pochlebnymi opiniami, dla mnie posiada jedną dyskwalifikującą go cechę. Przy nakładaniu kolejnych warstw tworzą się grudki.

- woda perfumowana Mirage Daydream jest zapachem bardzo urokliwym, delikatnym, kobiecym. Bardzo przypomina mi Cedre Bleu, choć zapach Oriflame jest zdecydowanie cieplejszy i bardziej kobiecy. Wyczuwam w nim przede wszystkim kremową waniliową słodycz, która z czasem trochę ustępuje miejsca drzewnym nutom cedru. 

- szampon HairX wzmacniający. Użyłam go dotychczas zaledwie dwa razy, więc nie mogę wydać jeszcze żadnej wyraźnej opinii na jego temat, póki co jednak jeszcze mnie nie rozczarował (a to już dużo)

- miniaturkę wody Precious - piękny bogaty ambrowy  aromat niestety zapach został już wycofany z oferty. Szkoda, bo chętnie kupiłabym duże opakowanie.

Skusiłam się również na coś dla pazurków. 

Kupiłam sobie lakier Joko w odcieniu Cult Beige. Jest to jeden z moich top lakierów, więc chętnie decyduję się na nowe odcienie. 

Na blogu Atqua Beauty podpatrzyłam piękny manicure z lakierem nawierzchniowym Golden Rose Jelly Jewels w kolorze 103. 

Wkrótce i ten lakier znalazł się w moim posiadaniu.

To już wszystko :) Gdybym tego tu nie zebrała, nie wiedziałabym, że jest tego aż tak dużo...

Buziaki,
Fifruwajka

poniedziałek, 4 marca 2013

Żele pod prysznic Paloma Spa - uwielbiam!

Zamiast ganić wolę chwalić, dlatego dziś chętnie napiszę kilka ciepłych słów na temat dwóch kosmetyków pod prysznic (a  zasadzie dwóch wariantów zapachowych jednego kosmetyku) rodzimej marki Paloma.

Posiadam dwa warianty zapachowe tego produktu: Hiszpański kwiat pomarańczy, oraz Wanilia z Madagaskaru. Pierwszy jest odrobinę mniej gęsty, ma kolor ciemnobordowy, drugi posiada zdecydowanie bardziej kremową, miękka konsystencję, jest koloru mlecznego.

Żele zamknięte są w smukłych przezroczystych buteleczkach o pojemności 300 ml. Opakowanie bardzo mi odpowiada - jest estetyczne i funkcjonalne. Zawsze można sprawdzić ubytek produktu (patrz zdjęcie niżej). Wadą jest jedynie mały otwór w butelce, przez który ciężko jest przecisnąć zwłaszcza bardziej gęsty żel waniliowy.

Największymi ich atutami są zapachy - po prostu genialne...

Zapach Hiszpańskiego kwiatu pomarańczy nie jest aż tak bardzo kwiatowy ani też owocowy, jak można byłoby sądzić po nazwie. Ja wyniuchuję głównie drzewo cedrowe i piżmo. Śliczna i naprawdę relaksująca kompozycja.

Wanilia z Madagaskaru jest nie mniej piękna. Owszem, czuć wanilię, ale też delikatny marcepan, łagodnie mleczny, kojący, ciepły zapaszek. Jest tak ujmujący, że jak go kupiłam bez przerwy siedziałam nosem w zakrętce. Nie jest upiornie chemiczno-słodki jak wiele waniliowo-kokosowo-karmelowych kosmetyków na rynku, choć z pewnością nie jest to wariant odświeżający, a raczej relaksujący. Mmmm....

Co do samych właściwości kosmetyku - myje, nie przesusza i nie podrażnia. Jest dość wydajny dzięki gęstej konsystencji. Mocno skoncentrowany zapach sprawia, że nie wylewamy pół butelki na siebie, by go poczuć.

I jest tani - kosztuje około 8 zł. Oprócz wąskiego otworu nie widzę wad w samym produkcie. Producentowi natomiast należą się baty za fatalną dostępność kosmetyków. Podobały mi się również zapachy żeli Tajska trawa cytrynowa i Brazylijska Papaja. Myślałam o kupieniu ich na lato, ale odkąd zlikwidowano wyspę Joko/Miraculum w pobliskiej galerii handlowej, nie mam gdzie ich kupić. :(

Tak czy siak, jeśli spotkacie (co graniczy z cudem obecnie, bo nigdzie się na nie nie natykam, a po tych sklepikach kosmetycznych lubię się przejść, oj lubię), to bierzcie śmiało do koszyka. 

Buziaki,
Fifruwajka

niedziela, 3 marca 2013

Zakupy na wiosnę :)

Znów roztrwoniłam trochę pieniędzy. Znów są to same najpotrzebniejsze rzeczy. Oto, co kupiłam.


Zapachem, który będzie mi towarzyszył w okresie przedwiośnia, ustanawiam Fleur Defendue Lolita Lempicka. 

Delikatny, przytłumiony owocowo-kwiatowy aromat z wibrującym zapachem anyżu w nucie głowy. Lekki, delikatny, ale niebanalny. Przepiękny flakon.

Ja zdecydowałam się na flakon 100 ml. Zakupiłam go w serwisie Rossnet. pl w dziale okazje online. Kosztował około 125 zł.

Najlepszy zakup ostatniego miesiąca. Wciąż psikam i psikam na nadgarstek i wącham.

Radośnie uszczuplałam również swój budżet w (a jakże!) Biedronce.

Z okazji promocji walentynkowych olejki Bielendy można było nabyć w niskich cenach:

- olejki Afryka, Ameryka, Azja za 8,99 (ja wybrałam Afrykę)

- olejki Afrodyzjak kosztowały 9,99 (wybrałam wariant róża & ylang-ylang, ponieważ nigdy go nie miałam); dotychczas używałam piżmo&jaśmin i byłam zachwycona, ten z buteleczki pachnie równie pięknie, więc jestem dobrej myśli.

- płyn micelarny be beauty to nowość w mojej pielęgnacji, do tej pory najbardziej ceniłam sobie Biodermę, więc ma duże pole do popisu, konkurując z chyba najbardziej słynnym produktem w tej kategorii. Kosztuje niewiele, a zbiera same pochwalne recenzje na blogach, więc postanowiłam sprawdzić sama co to za cudo.  Wkrótce się przekonamy.

Złożyłam również zamówienie z Oriflame z katalogu 3.

Kupiłam produkty pierwszej potrzeby, takie jak mydełka, płyn do higieny intymnej, balsam do ust... puder i podkład ;) Teraz codziennie maluję się do pracy, więc taka jest zabawna prawda.

Mydełka z Oriflame (obok Alterry) są moimi ulubionymi. Tym razem skusiłam się na dwie sztuki brzoskwiniowo - bazyliowych. Płyn do higieny intymnej kupiłam, ponieważ poprzednia buteleczka się kończy, a pani ze sklepiku osiedlowego nie dostała mojej ulubionej emulsji Żurawina od Bielendy. Padło na ten, mam nadzieję, że się sprawdzi.

Balsam do ust wzięłam zamiast opłaty za przesyłkę w promocyjnej cenie. Miałam go już, nie jest rewelacyjny, zimą sobie nie radzi, ale na cieplejsze pory roku się sprawdzał. Idzie wiosna, powinien być wystarczający.

Podkład to nowość, nic jeszcze o nim nie jestem w stanie powiedzieć. Puder kupiłam po raz drugi, ponieważ mój poprzedni Virtual Silky jednak się nie sprawdzał (był za ciemny). Ten ma idealny kolor i doskonale matuje, posiada ładne funkcjonalne opakowanie i chyba prędko go nie zamienię.

To tyle na dziś.

Buziaki, 
Fifruwajka


niedziela, 24 lutego 2013

Denko lutowe:)

Zużywam, wsmarowuję, zimą też zdecydowanie więcej się maluje. Kosmetyki na denko zbierają się same.

Najpierw pokażę Wam co dbało o moje boskie ciało w ostatnim czasie :)

Masełko Kasztan od Bielendy jest kolejnym tego typu produktem tej marki, który bardzo mi przypadł do gustu. Mam porównanie z The Body Shop, Ziają, Farmoną i pewnie czymś tam jeszcze, tak czy siak, Bielendę lubię najbardziej. Masełko doskonale sprawdzało się na przesuszoną, podrażnioną po goleniu skórę. Bardzo fajne jest również oliwkowe i to o zapachu granata.

Seria Swedish Spa jest boska. Krem do rąk na noc i peeling do ciała dostałam w pierwszym etapie Programu Witamy. Jeśli te kosmetyki miały zachęcić do poznania oferty marki, to był to strzał w dziesiątkę - są świetne. Krem jest gęsty i treściwy, ale ładnie się wchłania. Świetnie nawilża - podczas pobytu w Estonii przesuszyłam sobie skórę rąk tak, że aż mi pękała na kostkach. Po dwóch dniach regularnego stosowania skóra nie była już ściągnięta, ranki ładnie się goiły. Peeling również jest genialny - to nie jest najmocniejszy ścierak jakiego znam, ale daje radę, pozostawia bardzo przyjemną lekką olejkową warstewkę na skórze. Podobny efekt jak w przypadku peelingu shea z The Body Shop, ale delikatniejszy. Tamten nałożony w dużej ilości po spłukaniu pozostawiał wręcz warstwę białawego tłuszczu, co wyglądało dość dziwnie i było dość niekomfortowe.

Ostatni jest żel z linii Jardins du Monde od Yves Rocher. Ten akurat pachnie kakao, ale wszystkie są świetne. Ich zapachy są intensywne i  bardzo naturalne. Ja najbardziej polubiłam te gęste i kremowe - kawę, migdał, bawełnę, oraz właśnie kakao. Super przyjemność dla zmysłów pod prysznicem.

O suchym szamponie Batiste pisałam już tutaj. Bardzo go lubiłam i jeśli będę miała okazję, na pewno jeszcze go kupię. Następnym razem jednak zdecyduję się na inną jego wersję zapachową.

Balsam do włosów Aloes i Jedwab od Mrs Potter's uwielbiam. Na pewno bije na głowę wszelkie Dove i inne Gliss Kur. Ślicznie i delikatnie pachnie, trzymam go odrobinę dłużej niż zaleca producent. Ładnie nawilża i wspaniale wyładza włosy. Doskonała po zabiegu olejowania włosów, nie obciąża.Dodatkowy atut to duża butla za kilkanaście złotych.

Uwielbiam pachnące mydełka. Moje ulubione to te z Alterry (Rossmann) i Oriflame. Nie rozmiękają, ładnie pachną i nie przesuszają dłoni. Z Oriflame jednak raczej sie już nie skuszę na te z linii Discover, ponieważ kolekcja Nature Secrets odpowiada mi bardziej. Ogólnie wszystkie mogę śmiało polecić.

Na zdjęciu również pasta Colgate Max White One, którą umieściłam t\w tym zestawieniu, bo jest stosunkowo droga, a nie działa wybielająco lepiej niż tańsze pasty. Odradzam w stu procentach. Lepiej już zainwestować w pasty Blanx (dostępne w aptece). Również są drogie, ale przynajmniej działają.

Teraz moja ulubiona część, czyli pielęgnacja twarzy. :) 

Lubię bardzo toniki Lirene, ten nie jest wyjątkiem. Pod koniec buteleczki męczył mnie już trochę zapach, ale samemu kosmetykowi nic nie mogę zarzucić. Tonik jak tonik, niby nie wymaga się od niego wiele, ale od momentu gdy poznałam kilka złych toników, doceniam te działające dobrze. Odświeża, nie podrażnia. Świetny jest również Lirene do cery wrażliwej.

Krem pod oczy Dermika AquaOptima kupiłam w super promocji. Gdyby było inaczej, byłabym zła. Jest bardzo przeciętny, nie nawilża spektakularnie, nie ma żadnego wpływu na opuchnięcia czy cienie. Nie polubiłam.

Żele z Flos-leku niby są dobre na dzień ("budzą" oko, łagodzą opuchnięcia) ale niestety nie trzyma mi się na nich makijaż. Nie kupię więcej. Dla dziewczyn, które się nie malują - duże TAK.

Żel do mycia twarzy Oriflame Pure Nature z jagodą i lawendą ślicznie pachnie, dobrze oczyszcza, ale potrzebuję teraz czegoś łagodniejszego. Wracam do emulsji Kasztan z Bielendy.

Chusteczki Pure Calmille Yves Rocher nie robią szału. Oczyszczają, ale potrzeba wielu by zmyć średnio intensywny makijaż, z tego też powodu są niewydajne. Nie kupię więcej.

Plasterki punktowe na wypryski to dla mnie drogi bubel. Wciąż kupuję tego typu preparaty, choć w ogóle na mnie nie działają. Niezmiennie najlepsza jest maść cynkowa albo pasta lassari (maść cynkowa z kwasem salicylowym).

Zużyłąm też kilka kosmetyków kolorowych (lub postanowiłam wyrzucić, bo data ważności się skończyła).

Na pierwszy ogień pójdzie baza Joko. Ładnie przedłużała trwałość makijażu oka, ale niestety miała koszmarne opakowanie, z którego fatalnie wybierało sie produkt i okropną tępą konsystencję. Na szczęście, produkt został wycofany, a jego następca ma udoskonaloną formułę (jedwabista konsystencja) i okrągłe wygodne pudełeczko. Brawo Joko!

Uwielbiałam puder mineralny Vichy Aera Teint. Był bardzo drogi (około 90 zł), ale starczył mi na ponad rok. Nie stosowałam go na całą twarz, ale do rozświetlania okolic oczu i tuszowania niedoskonałości. Był w tym lepszy od wszystkich znanych mi korektorów. Wymazałam go do końca i niestety jest już niedostępny w sprzedaży.

Podkład Supernatural Mineral z Joko nie zachwycił mnie. Bardzo lubiłam Smooth&Light tej marki (uważam, że to jeden z lepszych podkładów na rynku), ale Supernatural już tak bardzo mi nie odpowiadał. Był dla mnie odrobinę za ciężki i tępy w rozprowadzaniu. Trzeba było z nim ostrożnie pracować, bo 'lubił' zostawiać smugi.

A teraz maskary. Gigantic Eveline ma genialną szczoteczkę, która wspaniale rozczesuje rzęsy. Po nałożeniu są po prostu śliczne. Niestety, tusz bardzo się osypuje i ten wspaniały efekt początkowy utrzymuje się przez może pół godziny. To go całkowicie dyskwalifikuje.

Zoom Zoom Mascara od Bell jest już bardziej trafionym wyborem. Niestety, nie tworzy takiego efektu jakiego bym oczekiwała. Jest dobry, nie rozmazuje się, ma wygodną szczoteczkę. Nie wrócę jednak do niego, bo znam lepsze.

Super Shock Max marki Avon w wersji wodoodpornej widocznej na zdjęciu był do niczego. Tworzyły się grudki i brzydko rozkładał się na rzęsach, nierównomiernie. Wersja podstawowa jest świetna, ale do tej na pewno już nie wrócę. 

To by było na tyle. Jak tam u Was? Czekacie na wiosnę z utęsknieniem tak jak ja?

Buziaki,
F.

środa, 13 lutego 2013

Dwa solidne kosmetyki, czyli suchy szampon Batiste i krem Skin Energy z Oriflame

Cześć, podzielę się dziś z Wami recenzjami dwóch kosmetyków, które wyjątkowo przypadły mi do gustu. Oba są już prawie zdenkowane, czyli moje zachwyty na ich temat poparte są wielomiesięcznym testowaniem. Do rzeczy :)

Na pierwszy ogień pójdzie suchy szampon. Batiste jest trzecim tego typu produktem, jaki miałam okazję używać. Wcześniej posiadałam szampony Klorane z owsem i Beauty Formulas.

I ten jest moim ulubionym. Głównie z powodu zapachu. Rzeczywiście jest bardzo przyjemny i nie zostawia szalonych ilości białej mączki na włosach. Ma też rozsądną cenę (około 15 złotych na allegro) w przeciwieństwie do Klorane (40 zł).

Używam go zazwyczaj na włosy, które nie są tłuste i nie wymagają mycia, ale straciły już puszystość. Zazwyczaj pierwszego dnia po myciu noszę rozpuszczone włosy, a drugiego spryskuję włosy tym szamponem (raczej oszczędnie), odbijam je od nasady i związuję w wysoki kucyk. Wyglądają wtedy bardzo świeżo. Nie lubię smętnych, oklapniętych włosów. Ten szampon pomaga mi by były takie jakie chcę.

Jego zalety: nie bieli jakoś mocno, pochłania sebum, ładnie pachnie, dobrze się aplikuje. Następnym razem wybiorę wariant wiśniowy.

Kolejnym kosmetykiem, który mnie zachwycił jest Skin Energy z Oriflame na dzień. Spełnia wszystkie moje oczekiwania jakie mam wobec tego typu kosmetyku, w dodatku wydaje mi się, że idealnie odpowiada na potrzeby mojego rodzaju skóry ( a jest tego trochę, oj jest...).

Mam skórę ze skłonnością do przetłuszczania się, lubi się jednak także od czasu do czasu przesuszyć. Jest wrażliwa na słońce i zmiany temperatur, potrzebuje ochrony przeciwsłonecznej w dzień. Wiele bogatych i odżywczych kremów powoduje wysyp krostek i grudek. Te matujące mocno ją przesuszają i ściągają.

Ten krem jest najlepszym kremem, jaki miałam od wielu lat (nie przesadzam), a było tego trochę. Zacznę od tego, że ma dość lekką, jakby suchą konsystencję. Trzeba go dokładnie wsmarować i wklepać, nie da się za bardzo nałożyć większej warstwy, bo pozostawia wtedy białe smugi. Od razu po aplikacji daje idealnie matowe wykończenie. Ślicznie pachnie pomarańczową oranżadką. Skóra po użyciu tego kremu pozostaje ładnie zmatowiona przez wiele godzin, nie jest jednak ściągnięta, nawilża w stopniu dla mnie wystarczającym, dla suchych skór będzie za słaby. Zawiera dodatek witaminy C, którą w kremach do twarzy wielbię, uważam, że to jeden z lepszych składników dla cery 20+. W żaden sposób nie szkodzi mojej cerze, nie powoduje wysypu krostek, może ich nie leczy, ale mam wrażenie, że plamki  po krostkach są ładnie złagodzone i szybciej znikają. Cenię też sobie filtr SPF 15. Dla mnie to minimalny faktor w kremie na dzień, niestety filtry wciąż nie są standardem w kremach na dzień, choć powinny być.

Krem jest też bardzo wydajny. Ten słoiczek mam już prawie pół roku (zaczęłam go używać we wrześniu), a jeszcze zostało mi kremiku na jakieś dwa tygodnie. Ale ja ogólnie wolno zużywam kremy do twarzy, więc nie jest to jakiś szczególny wynik, choć wciąż dobry. Jego cena nie jest wysoka (jakieś 20 zł w katalogu)

Krem, niestety, pochodzi z limitowanej kolekcji i nie będzie już dostępny w sprzedaży. Ja mam zachomikowany jeszcze jeden słoiczek, który kupił na wyprzedaży. Po skończeniu bieżącego opakowania, otworzę krem Miraculum, ale jeśli się nie sprawdzi, wrócę do mojego pewniaka z Oriflame. 

Swoją drogą, śliczny ten szklany pomarańczowy słoiczek, prawda?

Buziaki,
Fifruwajka

niedziela, 10 lutego 2013

Zamówienie Oriflame - katalog 3

Wracam już powoli do siebie po operacji przegrody nosa. Dzięki temu będę mogła znowu publikować posty. Jako, że nie wolno mi wychodzić z domu, zakupy muszę robić przez internet. Nie jest to dla mnie jednak żadna przeszkoda. ;)

Dzisiaj pokażę Wam zdjęcia zamówienia z katalogu 3 Oriflame.

Kupiłam szampon do włosów przetłuszczających się z cytryną i pokrzywą z linii Nature Secrets. Bardzo lubiłam odżywki z tej serii, dlatego mam dobre przeczucia wobec tego szamponu. Zależy mi by dobrze oczyszczał włosy nie obciążając ich i nie przesuszając. 

Tonik lawendowo-jagodowy Pure Nature miałam już dwa razy i za każdym razem byłam nim zachwycona. Dobrze spisywał się w swojej roli (odświeżanie, zmywanie resztek mleczka, itp.), ale przede wszystkim oszałamiająco pięknie pachniał.

Kupiłam również ponownie kredkę Dramatize Brown Black, ponieważ pochodzi ona z kolekcji limitowanej, a jej głęboki kolor ciemnego brązu wyjątkowo przypadł mi do gustu.

Skusiłam się również na maseczkę nawilżającą Essentials. Lubię testować maski o takim działaniu i zużywam ich najwięcej. Kosztowała niewiele, więc się skusiłam.
Ponieważ moje zakupy (w cenach katalogowych) przekroczyły 69 złotych, mogłam kupić zestaw Wonderful za 19,90.

W jego skład wchodzi żel pod prysznic, krem do ciała, oraz zestaw mydełek (2x 50g). Kolekcja ma drapieżne panterkowe opakowania i kwiatowo-owocowy zapach. Pamiętam go niestety wyłącznie z potartej kartki katalogu, nie mogę go opisać na podstawie powąchanych produktów, bo nie działa mi jeszcze zmysł węchu (czasowa utrata powonienia jest częstym skutkiem operacji).

Chętnie zrobiłabym sobie wycieczkę do Rossmanna i Hebe, nie wspominając o Naturze, ale niestety, przynajmniej do końca przyszłego tygodnia, jestem więźniem własnego domu. To małe zamówienie skutecznie poprawiło mi humor.



Buziaki,
Fifruwajka


sobota, 26 stycznia 2013

Styczniowe denko i drobny zakup

Sama się sobie dziwię, jak wiele udało mi się produktów wykorzystać na przestrzeni mijającego miesiąca. Nie mam czasu kupować tylu nowych rzeczy, co kiedyś, a staram się zużywać to, co zachomikowałam - sprawy zdecydowanie idą w dobrym kierunku...

A teraz pora na konkrety. Oto moje zużycia:

Kosmetyki do włosów, które widzicie na zdjęciu obok naprawdę dobrze się spisywały.

O maseczce pisałam tu. Kiedyś jeszcze pewnie się na nią skuszę.

Szampon do włosów blond z kolekcji Reflets Naturels od Yves Rocher również kiedyś sobie jeszcze sprawię. Co do refleksów blond, nie zauważyłam (ale i specjalnie ich nie wypatrywałąm), natomiast rzuciły mi się w oczy inne właściwości tego kosmetyku. Przede wszystkim zapach ciepło-kwiatowy, bardzo przyjemny i umilający mycie włosów. Szampon dobrze oczyszczał włosy, nie obciążał ich, miał dobrą konsystencję i przyzwoitą cenę. Polecam serdecznie.

Zyżułam również sporo kosmetyków do mycia ciała. Jest zima, więc chętniej decyduję się na kąpiele i wylegiwanie w wannie. Oto moi łązienkowi towarzysze...

Od lewej:żel pod prysznic Oriflame o zapachu kokosa i pszenicy. Uwielbiam go, ma ciepły delikatny zapach, choć wcale nie wprost kokosowy, odpowiada mi również jego konsystencja.

Żel peelingujący pod prysznic Joanny z imbirem również fantastycznie pachnie, niestety, jest trochę zbyt rzadki, jak rozwodniony kisiel. Drobinki są delikatne, w sam raz do codziennego użycia. Na dwoje babka wróżyła... ciężko mi ten kosmetyk jednoznacznie polecić lub odradzić. Jest tani, więc można zaryzykować.

Żel pod prysznic Discover Kenya z Oriflame nie przypadł mi do gustu. Nie wiem, co z nim było nie tak, ale czekałam, kiedy się skończy. Był jakiś taki rzadki, zapach szybko mi się znudził i zaczął męczyć. Moja mama kiedyś miała żel China z tej serii, użyłam go kiedyś u niej i też mi się nie spodobał.  Chyba po prostu one nie są dla mnie.

Kryształki Swedish Spa kupiłam z ulotki wyprzedażowej. To dobrze, że je wycofują. Nie podobał mi się zapach, słabo się rozpuszczały, ja je nabyłam w okazyjnej cenie, ale ich 'regularna' promocyjna cena była stanowczo za wysoka.

Peeling do ciała Joanny o zapachu bzu był super. Więcej tutaj. To małe fioletowe na zdjęciu to pastylka musująca do kąpieli Yves Rocher o zapachu jeżyny. Fajny gadżet, ale trochę drogi. Cała łazienka owocowo pachnie, woda ma śliczny fioletowy kolor, jest wyraźnie zmiękczona. Ale 4 złote za jedno użycie to całkiem sporo.

Wykończyłam również mydełko w płynie do mycia dłoni i krem do rąk.

Mydełko pochodzi z zeszłorocznej limitowanej kolekcji świątecznej Yves Rocher i było beznadziejne. Rzadkie, mocno perfumowane, zapach męczący, choć trudny do pisania, jakby owocowy, ale w syntetyczny sposób, przesuszało dłonie. 

O kremie Fruit Cocktail z Oriflame niestety też nie powiem wiele dobrego. Rzadka konsystencja, Dość delikatny nieinwazyjny zapach, brak właściwości nawilżających dokuczliwy zwłaszcza zimą. Kremy do rąk z Oriflame to loteria - raz są świetne, raz - do niczego. KWC przed zakupem i jeszcze raz KWC.

Co my tu dalej mamy? Płyn do higieny intymnej Carefree Aloe. To, co najbardziej mi zapadło w pamięć to to, że w odróżnieniu do większości produktów tego typu, które znam, jest bardzo słabo wydajny. Myślę, że to wina konsystencji gluta. Pachniał OK, choć dość mocno, szczęśliwie mnie nie podrażnił. Kupiony w sytuacji awaryjnej, na obczyźnie, raczej się nie zdecyduję na kolejny zakup, nawet jeśli znowu go gdzieś spotkam.

Dezodorant Garnier Mineral InvisiCalm bardzo sobie chwaliłam. Jak dla mnie, ochrona wystarczająca, zapach i konsystencja odpowiednie dla tego typu produktu, dobra wydajność. Rzeczywiście nie pozostawia śladów na ubraniach. Jeden z moich faworytów tego projektu denko.

Mydło Luksja Nostalgia o zapachu werbeny byłoby dobre, gdyby nie to, że prawie natychmiast zamienia się w papę. Strasznie rozmiękało, czego po prostu nie znoszę. Plus to ładny, świeży zapach i fakt, że nie przesuszało nadmiernie dłoni.

Płyn dwufazowy Czarna Oliwka z Bielendy jest bardzo dobry, choć gorszy od Bawełny i Awokado z tej samej serii. Skutecznie oczyszcza, oraz nie podrażnia, mam jednak wrażenie, że zostawia bardziej tłustą i nieprzyjemną warstwę niż jego bracia. 

Mleczko do twarzy z kolekcji Milk & Honey ślicznie pachnie (kocham ten zapach!), ale średnio się spisało w mojej pielęgnacji. Moim zdaniem, zbyt słabo oczyszcza. Wacik po toniku jest brudny, mam wrażenie, że jest również zbyt "treściwe" dla mojej tłustej cery.

Maseczkę beautycycle nawilżającą marki Amway wreszcie udało mi się zużyć. Jupi! Więcej o tym kosmetyku tu.

Scrub do twarzy z linii Optimals Radiance Oriflame to kosmetyk - zabytek. Zaplątany w czeuściach mojej kosmetyczki, nareszcie został wyrzucony, daaawno po terminie ważności. Kosmetyk ciekawy, ma postac proszku do mieszania z wodą. Niestety, czasem zdarzało mi się go niuchnąć i natychmiast dostawałam ataku kichania. Jako scrub sprawdzał się dobrze, ale moja niezdarność nie pozwalała mi go używać zbyt często. Ogólnie wspominam dobrze.

Mgiełkę Optimals Oxygen Boost Oriflame stosowałam rano zamiast toniku. Cudownie odświeżała buzię po przebudzeniu. Dobry kosmetyk, który spełnia obietnice. Nawilżała i i wpaniale orzeźwiała. Kupię nie raz (i nie dwa).

Skinoren to w zasadzie lek (chyba nawet dostępny wyłącznie na receptę). Stosowałam go na trądzik. Jak to kwas, ładnie złuszczał, choć trochę podrażniał na początku. Ja jednak wolę Isotrex, jest skuteczniejszy, choć bardziej przesusza. Tubka nie jest wykończona, bo minął termin ważności.

Maseczka z Eveline z orchideą była bardzo w porządku. Ładnie nawilżała, choć nie sądze, by mogła być remedium na zmarszczki jak to obiecuje producent. Przyjazna cena, ja kupiłam w Biedronce. Swoją drogą, żeby to nie można było masła spokojnie kupić bez capnięcia jakiegoś kosmetyku. Kto je ustawia zawsze przy kasach, żeby kusić biedne zakupoholiczki, no kto?

 I na końcu zapach, czyli cudowne Love Potion Oriflame i trochę kolorówki.

Co do wody perfumowanej LP, byłam na tyle nią oczarowana, żeby zużyć w ciągu trochę ponad roku cały flakon. To jest imponujący wynik. Mam tyle zapachów, że większość z moich buteleczek ma małe zużycie. Jak widać, po te sięgałam znacznie częściej niż po inne, mimo, że to nie jest zapach całoroczny. Więcej o nutach zapachowych itd. tu.

Wykończyłam też słynny miodek Oriflame w wariancie karmelowym. Sama słodycz. Więcej tutaj

W projekcie denko znalazł się również podkład Giordani Gold Age Defying Foundation. To bardzo dobry jakościowo kosmetyk w ładnej gamie odcieni. Posiada średnio mocne krycie, takie jakie lubię, aksamitną konsystencję i satynowe wykończenie. Ładnie wygląda na twarzy, dość naturalnie. Serdecznie polecam.

Same dobre rzeczy mogę także powiedzieć o korektorze mineralnym pod oczy Bell Anti Age. Nie ma mocnego krycia, ale w jakiś magiczny sposób sprawia, że okolica oka wygląda na bardziej wypoczętą. Wygląda ultra - naturalnie, nie warzy się ani nie zbiera w załamaniach. Ma piękne kolory, dla mnie idealny jest 01. Nie ciemnieje. Już kupiłam następny na jego miejsce.

Lubię bardzo Joko i dlatego tego lata skusiłam się na korektor pod oczy Iluminess. Niewiele o nim powiem, poza tym, że zepsuł się (prawie natychmiast), rozwarstwił i nabrał pomarańczowego odcienia. Było bardzo  kiedy go kupiłam (około 30 stopni), ale i tak nic takiego nie powinno mieć miejsca. Znalazł się w projekcie denko tuż po tym jak go wykryłam na dnie kuferka.

Pudru Studio Artist marki Oriflame również nie wykończyłam. Wcale nie dlatego, że był zły, bo akurat wyjątkowo przypadł mi do gustu, ale dlatego, że nie okazał się dość pancerny by przeżyć 56-ty upadek. Skruszył się, a że i tak nie było go wiele, to zamiast prób reanimacji po prostu kupiłam nowy puder. Tam tam tadam... oto on:



Virtual Silky Pressed Powder w odcieniu 12 Porcelanowy Beż. Kupiłam go, bo był najjaśniejszym pudrem w sklepiku do którego się wybrałam. Na mojej mieszanej cerze wszystko ciemnieje, więc wybieram maksymalnie jasne kolory. Mam nadzieję, że będzie mi się dobrze sprawował. Miałyście go, znacie? Jeśli tak, dajcie znać.

Buziaki,
Fifruwajka

niedziela, 20 stycznia 2013

Zamówienie Oriflame - katalog 2

Katalog numer 2 wyjątkowo bardzo mi się spodobał. Wybrałam dla siebie kilka nowości, oraz produktów, które już kiedyś miałam i przypadły mi do gustu. Oto, co zamówiłam:

Ta duża fioletowa butla to płyn do kąpieli o pojemności 750 ml, posiadający zapach porzeczek z francuskimi ciasteczkami bezowymi. Delikatna słodka lekko owocowa woń, jednak nie "ulepna" i męcząca. Testowałam odrobinę na dłoni rozcieńczając go z wodą i odnoszę wrażenie, że będzie się mocno pienił.

W super promocji kupiłam również zestaw Silk Luxury Edition (kremowy żel pod prysznic, dezodorant w kulce i krem do rąk). Za wszystko zapłaciłam 9,90. Była to oferta wiązana, przy zakupach za określoną ilość punktów z katalogu 2, można było z niej skorzystać w pierwszym tygodniu obowiązywania katalogu. Słyszałam wiele pochlebnych opinii na temat kremu do rąk z tej linii, planowałam go kupić, także promocja ta była odpowiedzią na moje potrzeby. Krem pod prysznic i dezodorant zawsze się przyda. 

Nabyłam również dwa mydełka: lawendowo-figowe Nature Secrets i Discover Borneo. Miałam już kilka innych z linii Nature Secrets i wszystkie były świetne. Teraz przekonamy się, jak sprawdzi się mydełko z kolekcji Discover.

Kupiłam sobie również dwie nowości z kolekcji More by Demi, która tak bardzo mi się spodobała w katalogu. 

Zdecydowałam się również na krem pod oczy z linii Skin Energy zoferty wyprzedażowej. W katalogu kremik kosztował 9,90. Mam krem do twarzy na dzień i jest świetny, dlatego postanowiłam, że zaryzykuję i kupię ten krem nawet nie przeglądając opinii w internecie.

Ostatnio udało mi się wykończyć wodę perfumowaną Love Potion. Gdy zobaczyłam, że w katalogu 2 można ją kupić za 44,90 aż zapiszczałam z radości. Oczywiście, zaraz dopisałam ją do swojego zamówienia.

Kupiłam także kredkę do oczu w kolorze Brown Black i tusz do rzęs Wonder Lash Dramatize z pigmentami węglowymi.

By nie płacić za przesyłkę, wybrałam sobie jeden z dwóch proponowanych produktów ze zniżką, żel do mycia twarzy z jagodą i lawendą.

Szczegóły poniżej :)
Skusiłam się na pomadkę w odcieniu Coral Red, która ma naprawdę piękny odcień pomidorowej czerwieni. Krycie jest fantastyczne, opakowanie piękne, konsystencja idealna a sama pomadka leciutka i nie przesuszająca. Opakowanie zachwycające, wygląda naprawdę luksusowo. Byłaby to szminka idealna, gdyby nie trwałość. Nie jest źle, utrzymuje się dłużej niż przeciętna pomadka, ale liczyłam na więcej. Nakładałam ją na usta saute, może gdybym przygotowała je nakładając konturówkę i utrwaliła pudrem, efekt utrzymywałby się dłużej, nie wiem.

Lakier jest za to bezwyjątkowo boski. Do pełnego pokrycia wystarcza jedna warstwa, mimo, że odcień Tea Rose, który posiadam, jest delikatnie perłowy, nie smuży na paznokciach, tworzy idealną taflę. Sam kolor jest bardzo nietuzinkowy, jest to połączenie beżu z chłodnym różem, wieczorem wygląda na delikatnie liliowy. Śliczny po prostu. Co do trwałości - jeszcze nie wiem, ale to nie jest u mnie priorytet. Pewnie, jak się przekonam, zedytuję ten post i napiszę jak się utrzymuje.

Kredka do oczu Black Brown, również bardzo mi się spodobała. Na zdjęciu wygląda na czerń, ale w rzeczywistości jest to bardzo ciemny chłodny brąz. Na moich oczach czerń wygląda za ciężko, ale taki głęboki brąz już nie. Sama kredka również dobra, nie jest super miękka, ale dobrze się trzyma i wygodnie aplikuje, nie mam zastrzeżeń.

Tusz Wonder Dramatize od klasycznego Wondera, którego lubię i chętnie używam, różni się tylko odcieniem czerni. Rzeczywiście, kolor jest głębszy. Mi jednak na tym nie zależało, dlatego pewnie następnym razem, kupię raczej klasyczną wersję. Dla ciemnookich brunetek - tak!

Lubię i chętnie używam zapachu Love Potion. W super ofercie wiązanej, nie mogłam go sobie odpuścić. Więcej napiszę w projekcie denko, za tydzień. Zainteresowanych odsyłam też  tutaj.

Kremu pod oczy Skin Energy jeszcze nie miałam. Kupiłam go za grosze, więc niewiele stracę, jeśli okaże się bublem.

Żel do mycia twarzy z jagodą i lawendą bosko pachnie, niestety, dobrze oczyszcza, ale posiada dość mocne detergenty, których na ogół unikam w pielęgnacji twarzy. Miałam go już jednak wcześniej i nie wyrządził mi krzywdy. Dlatego zdecydowałam się kupić go za 11,90 zamiast opłaty manipulacyjnej w wysokości 7,90.

To by było na tyle.
Czwartego lutego mam zabieg prostowania przegrody nosa, aktualnie kolekcjonuje wszystkie badania potrzebne mi do zabiegu i nie mam czasu na nic. Cokolwiek na blogu zadzieje się dopiero w następny weekend. Prawdopodobnie będzie to styczniowe denko. :)

Buziaki dla Was,
 Fifruwajka
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...