sobota, 26 stycznia 2013

Styczniowe denko i drobny zakup

Sama się sobie dziwię, jak wiele udało mi się produktów wykorzystać na przestrzeni mijającego miesiąca. Nie mam czasu kupować tylu nowych rzeczy, co kiedyś, a staram się zużywać to, co zachomikowałam - sprawy zdecydowanie idą w dobrym kierunku...

A teraz pora na konkrety. Oto moje zużycia:

Kosmetyki do włosów, które widzicie na zdjęciu obok naprawdę dobrze się spisywały.

O maseczce pisałam tu. Kiedyś jeszcze pewnie się na nią skuszę.

Szampon do włosów blond z kolekcji Reflets Naturels od Yves Rocher również kiedyś sobie jeszcze sprawię. Co do refleksów blond, nie zauważyłam (ale i specjalnie ich nie wypatrywałąm), natomiast rzuciły mi się w oczy inne właściwości tego kosmetyku. Przede wszystkim zapach ciepło-kwiatowy, bardzo przyjemny i umilający mycie włosów. Szampon dobrze oczyszczał włosy, nie obciążał ich, miał dobrą konsystencję i przyzwoitą cenę. Polecam serdecznie.

Zyżułam również sporo kosmetyków do mycia ciała. Jest zima, więc chętniej decyduję się na kąpiele i wylegiwanie w wannie. Oto moi łązienkowi towarzysze...

Od lewej:żel pod prysznic Oriflame o zapachu kokosa i pszenicy. Uwielbiam go, ma ciepły delikatny zapach, choć wcale nie wprost kokosowy, odpowiada mi również jego konsystencja.

Żel peelingujący pod prysznic Joanny z imbirem również fantastycznie pachnie, niestety, jest trochę zbyt rzadki, jak rozwodniony kisiel. Drobinki są delikatne, w sam raz do codziennego użycia. Na dwoje babka wróżyła... ciężko mi ten kosmetyk jednoznacznie polecić lub odradzić. Jest tani, więc można zaryzykować.

Żel pod prysznic Discover Kenya z Oriflame nie przypadł mi do gustu. Nie wiem, co z nim było nie tak, ale czekałam, kiedy się skończy. Był jakiś taki rzadki, zapach szybko mi się znudził i zaczął męczyć. Moja mama kiedyś miała żel China z tej serii, użyłam go kiedyś u niej i też mi się nie spodobał.  Chyba po prostu one nie są dla mnie.

Kryształki Swedish Spa kupiłam z ulotki wyprzedażowej. To dobrze, że je wycofują. Nie podobał mi się zapach, słabo się rozpuszczały, ja je nabyłam w okazyjnej cenie, ale ich 'regularna' promocyjna cena była stanowczo za wysoka.

Peeling do ciała Joanny o zapachu bzu był super. Więcej tutaj. To małe fioletowe na zdjęciu to pastylka musująca do kąpieli Yves Rocher o zapachu jeżyny. Fajny gadżet, ale trochę drogi. Cała łazienka owocowo pachnie, woda ma śliczny fioletowy kolor, jest wyraźnie zmiękczona. Ale 4 złote za jedno użycie to całkiem sporo.

Wykończyłam również mydełko w płynie do mycia dłoni i krem do rąk.

Mydełko pochodzi z zeszłorocznej limitowanej kolekcji świątecznej Yves Rocher i było beznadziejne. Rzadkie, mocno perfumowane, zapach męczący, choć trudny do pisania, jakby owocowy, ale w syntetyczny sposób, przesuszało dłonie. 

O kremie Fruit Cocktail z Oriflame niestety też nie powiem wiele dobrego. Rzadka konsystencja, Dość delikatny nieinwazyjny zapach, brak właściwości nawilżających dokuczliwy zwłaszcza zimą. Kremy do rąk z Oriflame to loteria - raz są świetne, raz - do niczego. KWC przed zakupem i jeszcze raz KWC.

Co my tu dalej mamy? Płyn do higieny intymnej Carefree Aloe. To, co najbardziej mi zapadło w pamięć to to, że w odróżnieniu do większości produktów tego typu, które znam, jest bardzo słabo wydajny. Myślę, że to wina konsystencji gluta. Pachniał OK, choć dość mocno, szczęśliwie mnie nie podrażnił. Kupiony w sytuacji awaryjnej, na obczyźnie, raczej się nie zdecyduję na kolejny zakup, nawet jeśli znowu go gdzieś spotkam.

Dezodorant Garnier Mineral InvisiCalm bardzo sobie chwaliłam. Jak dla mnie, ochrona wystarczająca, zapach i konsystencja odpowiednie dla tego typu produktu, dobra wydajność. Rzeczywiście nie pozostawia śladów na ubraniach. Jeden z moich faworytów tego projektu denko.

Mydło Luksja Nostalgia o zapachu werbeny byłoby dobre, gdyby nie to, że prawie natychmiast zamienia się w papę. Strasznie rozmiękało, czego po prostu nie znoszę. Plus to ładny, świeży zapach i fakt, że nie przesuszało nadmiernie dłoni.

Płyn dwufazowy Czarna Oliwka z Bielendy jest bardzo dobry, choć gorszy od Bawełny i Awokado z tej samej serii. Skutecznie oczyszcza, oraz nie podrażnia, mam jednak wrażenie, że zostawia bardziej tłustą i nieprzyjemną warstwę niż jego bracia. 

Mleczko do twarzy z kolekcji Milk & Honey ślicznie pachnie (kocham ten zapach!), ale średnio się spisało w mojej pielęgnacji. Moim zdaniem, zbyt słabo oczyszcza. Wacik po toniku jest brudny, mam wrażenie, że jest również zbyt "treściwe" dla mojej tłustej cery.

Maseczkę beautycycle nawilżającą marki Amway wreszcie udało mi się zużyć. Jupi! Więcej o tym kosmetyku tu.

Scrub do twarzy z linii Optimals Radiance Oriflame to kosmetyk - zabytek. Zaplątany w czeuściach mojej kosmetyczki, nareszcie został wyrzucony, daaawno po terminie ważności. Kosmetyk ciekawy, ma postac proszku do mieszania z wodą. Niestety, czasem zdarzało mi się go niuchnąć i natychmiast dostawałam ataku kichania. Jako scrub sprawdzał się dobrze, ale moja niezdarność nie pozwalała mi go używać zbyt często. Ogólnie wspominam dobrze.

Mgiełkę Optimals Oxygen Boost Oriflame stosowałam rano zamiast toniku. Cudownie odświeżała buzię po przebudzeniu. Dobry kosmetyk, który spełnia obietnice. Nawilżała i i wpaniale orzeźwiała. Kupię nie raz (i nie dwa).

Skinoren to w zasadzie lek (chyba nawet dostępny wyłącznie na receptę). Stosowałam go na trądzik. Jak to kwas, ładnie złuszczał, choć trochę podrażniał na początku. Ja jednak wolę Isotrex, jest skuteczniejszy, choć bardziej przesusza. Tubka nie jest wykończona, bo minął termin ważności.

Maseczka z Eveline z orchideą była bardzo w porządku. Ładnie nawilżała, choć nie sądze, by mogła być remedium na zmarszczki jak to obiecuje producent. Przyjazna cena, ja kupiłam w Biedronce. Swoją drogą, żeby to nie można było masła spokojnie kupić bez capnięcia jakiegoś kosmetyku. Kto je ustawia zawsze przy kasach, żeby kusić biedne zakupoholiczki, no kto?

 I na końcu zapach, czyli cudowne Love Potion Oriflame i trochę kolorówki.

Co do wody perfumowanej LP, byłam na tyle nią oczarowana, żeby zużyć w ciągu trochę ponad roku cały flakon. To jest imponujący wynik. Mam tyle zapachów, że większość z moich buteleczek ma małe zużycie. Jak widać, po te sięgałam znacznie częściej niż po inne, mimo, że to nie jest zapach całoroczny. Więcej o nutach zapachowych itd. tu.

Wykończyłam też słynny miodek Oriflame w wariancie karmelowym. Sama słodycz. Więcej tutaj

W projekcie denko znalazł się również podkład Giordani Gold Age Defying Foundation. To bardzo dobry jakościowo kosmetyk w ładnej gamie odcieni. Posiada średnio mocne krycie, takie jakie lubię, aksamitną konsystencję i satynowe wykończenie. Ładnie wygląda na twarzy, dość naturalnie. Serdecznie polecam.

Same dobre rzeczy mogę także powiedzieć o korektorze mineralnym pod oczy Bell Anti Age. Nie ma mocnego krycia, ale w jakiś magiczny sposób sprawia, że okolica oka wygląda na bardziej wypoczętą. Wygląda ultra - naturalnie, nie warzy się ani nie zbiera w załamaniach. Ma piękne kolory, dla mnie idealny jest 01. Nie ciemnieje. Już kupiłam następny na jego miejsce.

Lubię bardzo Joko i dlatego tego lata skusiłam się na korektor pod oczy Iluminess. Niewiele o nim powiem, poza tym, że zepsuł się (prawie natychmiast), rozwarstwił i nabrał pomarańczowego odcienia. Było bardzo  kiedy go kupiłam (około 30 stopni), ale i tak nic takiego nie powinno mieć miejsca. Znalazł się w projekcie denko tuż po tym jak go wykryłam na dnie kuferka.

Pudru Studio Artist marki Oriflame również nie wykończyłam. Wcale nie dlatego, że był zły, bo akurat wyjątkowo przypadł mi do gustu, ale dlatego, że nie okazał się dość pancerny by przeżyć 56-ty upadek. Skruszył się, a że i tak nie było go wiele, to zamiast prób reanimacji po prostu kupiłam nowy puder. Tam tam tadam... oto on:



Virtual Silky Pressed Powder w odcieniu 12 Porcelanowy Beż. Kupiłam go, bo był najjaśniejszym pudrem w sklepiku do którego się wybrałam. Na mojej mieszanej cerze wszystko ciemnieje, więc wybieram maksymalnie jasne kolory. Mam nadzieję, że będzie mi się dobrze sprawował. Miałyście go, znacie? Jeśli tak, dajcie znać.

Buziaki,
Fifruwajka

niedziela, 20 stycznia 2013

Zamówienie Oriflame - katalog 2

Katalog numer 2 wyjątkowo bardzo mi się spodobał. Wybrałam dla siebie kilka nowości, oraz produktów, które już kiedyś miałam i przypadły mi do gustu. Oto, co zamówiłam:

Ta duża fioletowa butla to płyn do kąpieli o pojemności 750 ml, posiadający zapach porzeczek z francuskimi ciasteczkami bezowymi. Delikatna słodka lekko owocowa woń, jednak nie "ulepna" i męcząca. Testowałam odrobinę na dłoni rozcieńczając go z wodą i odnoszę wrażenie, że będzie się mocno pienił.

W super promocji kupiłam również zestaw Silk Luxury Edition (kremowy żel pod prysznic, dezodorant w kulce i krem do rąk). Za wszystko zapłaciłam 9,90. Była to oferta wiązana, przy zakupach za określoną ilość punktów z katalogu 2, można było z niej skorzystać w pierwszym tygodniu obowiązywania katalogu. Słyszałam wiele pochlebnych opinii na temat kremu do rąk z tej linii, planowałam go kupić, także promocja ta była odpowiedzią na moje potrzeby. Krem pod prysznic i dezodorant zawsze się przyda. 

Nabyłam również dwa mydełka: lawendowo-figowe Nature Secrets i Discover Borneo. Miałam już kilka innych z linii Nature Secrets i wszystkie były świetne. Teraz przekonamy się, jak sprawdzi się mydełko z kolekcji Discover.

Kupiłam sobie również dwie nowości z kolekcji More by Demi, która tak bardzo mi się spodobała w katalogu. 

Zdecydowałam się również na krem pod oczy z linii Skin Energy zoferty wyprzedażowej. W katalogu kremik kosztował 9,90. Mam krem do twarzy na dzień i jest świetny, dlatego postanowiłam, że zaryzykuję i kupię ten krem nawet nie przeglądając opinii w internecie.

Ostatnio udało mi się wykończyć wodę perfumowaną Love Potion. Gdy zobaczyłam, że w katalogu 2 można ją kupić za 44,90 aż zapiszczałam z radości. Oczywiście, zaraz dopisałam ją do swojego zamówienia.

Kupiłam także kredkę do oczu w kolorze Brown Black i tusz do rzęs Wonder Lash Dramatize z pigmentami węglowymi.

By nie płacić za przesyłkę, wybrałam sobie jeden z dwóch proponowanych produktów ze zniżką, żel do mycia twarzy z jagodą i lawendą.

Szczegóły poniżej :)
Skusiłam się na pomadkę w odcieniu Coral Red, która ma naprawdę piękny odcień pomidorowej czerwieni. Krycie jest fantastyczne, opakowanie piękne, konsystencja idealna a sama pomadka leciutka i nie przesuszająca. Opakowanie zachwycające, wygląda naprawdę luksusowo. Byłaby to szminka idealna, gdyby nie trwałość. Nie jest źle, utrzymuje się dłużej niż przeciętna pomadka, ale liczyłam na więcej. Nakładałam ją na usta saute, może gdybym przygotowała je nakładając konturówkę i utrwaliła pudrem, efekt utrzymywałby się dłużej, nie wiem.

Lakier jest za to bezwyjątkowo boski. Do pełnego pokrycia wystarcza jedna warstwa, mimo, że odcień Tea Rose, który posiadam, jest delikatnie perłowy, nie smuży na paznokciach, tworzy idealną taflę. Sam kolor jest bardzo nietuzinkowy, jest to połączenie beżu z chłodnym różem, wieczorem wygląda na delikatnie liliowy. Śliczny po prostu. Co do trwałości - jeszcze nie wiem, ale to nie jest u mnie priorytet. Pewnie, jak się przekonam, zedytuję ten post i napiszę jak się utrzymuje.

Kredka do oczu Black Brown, również bardzo mi się spodobała. Na zdjęciu wygląda na czerń, ale w rzeczywistości jest to bardzo ciemny chłodny brąz. Na moich oczach czerń wygląda za ciężko, ale taki głęboki brąz już nie. Sama kredka również dobra, nie jest super miękka, ale dobrze się trzyma i wygodnie aplikuje, nie mam zastrzeżeń.

Tusz Wonder Dramatize od klasycznego Wondera, którego lubię i chętnie używam, różni się tylko odcieniem czerni. Rzeczywiście, kolor jest głębszy. Mi jednak na tym nie zależało, dlatego pewnie następnym razem, kupię raczej klasyczną wersję. Dla ciemnookich brunetek - tak!

Lubię i chętnie używam zapachu Love Potion. W super ofercie wiązanej, nie mogłam go sobie odpuścić. Więcej napiszę w projekcie denko, za tydzień. Zainteresowanych odsyłam też  tutaj.

Kremu pod oczy Skin Energy jeszcze nie miałam. Kupiłam go za grosze, więc niewiele stracę, jeśli okaże się bublem.

Żel do mycia twarzy z jagodą i lawendą bosko pachnie, niestety, dobrze oczyszcza, ale posiada dość mocne detergenty, których na ogół unikam w pielęgnacji twarzy. Miałam go już jednak wcześniej i nie wyrządził mi krzywdy. Dlatego zdecydowałam się kupić go za 11,90 zamiast opłaty manipulacyjnej w wysokości 7,90.

To by było na tyle.
Czwartego lutego mam zabieg prostowania przegrody nosa, aktualnie kolekcjonuje wszystkie badania potrzebne mi do zabiegu i nie mam czasu na nic. Cokolwiek na blogu zadzieje się dopiero w następny weekend. Prawdopodobnie będzie to styczniowe denko. :)

Buziaki dla Was,
 Fifruwajka

wtorek, 15 stycznia 2013

Obietnica słodkości od Polleny Evy

Ufam tylko jednej fryzjerce, dlatego włosy podcinam rzadko. Ostatni raz zrobiłam to... nie pamiętam kiedy. Zawsze są długie, ale teraz, powiedziałabym nawet, są przerośnięte. Na domiar złego nie lubią zimy, stają się jeszcze bardziej krnąbrne. Nie są może bardzo zniszczone, farbowałam je ostatnio ponad rok temu, nie suszę suszarką, nie stylizuję ich. Na myciu i czesaniu zabiegi fryzjerskie w moim wykonaniu się kończą. Ale ponieważ moje włosy są już za długie, zmęczone zimą i przesuszone, potrzebują nawilżenia. 

Jakiś czas temu kupiłam maseczkę Eva Therapy z migdałem i kokosem. Do jej nabycia w równym stopniu nakłoniło mnie to, że tego typu kosmetyki idą u mnie jak woda, jak i jej smakowicie zapowiadający się zapach.

Produkt opakowany jest w solidny słoik z grubego plastiku (choć bez przesady...). Mi to całkowicie odpowiada, ciężko byłby mi zaproponować lepsze opakowanie, biorąc pod uwagę gęstą, zwartą konsystencję. Już sobie wyobrażam to wytrząsanie z butelki albo tubki. Wiem jednak, że niektórych będzie drażnić odkręcane wieczko. Cóż, coś za coś.

Jest gęsty, jak już wspomniałam, nie przecieka przez palce, ładnie utrzymuje się na wilgotnych włosach, nie spływa z nich. Dobrze nawilża (naprawdę) i wygładza włosy, nawet stosowany krócej niż zaleca producent. Maseczka jest wydajna, stosuję ją 2-3 razy w tygodniu... od dwóch miesięcy i jeszcze trochę jej mam. 

Niestety, nie pachnie tak jak tego oczekiwałam. Chciałam słodyczy, upajającej, kokosowej z odrobiną nuty migdąłowej. Zapach jest owszem słodki, ale też trochę cierpko-gorzkawy, co mnie osobiście drażni. Na pewno pomogły w tym moje wyobrażenia o tym, jaki to on nie będzie na pewno cudowny.

Niemniej jednak, kosmetyk choć trudno dostępny, warty uwagi. Powiedziałabym, rzetelnie wykonuje swoją pracę - nawilża włosy, ma ładny skład z dość dużą ilością naturalnych składników aktywnych (m.in. olejek jojoba, migdałowy, arginina). Wydajny i tani. Gdyby jeszcze trochę lepiej pachniał, byłby hitem, a tak - szukam dalej ideału, ale do Polleny Evy na pewno jeszcze wrócę.

Tyle na dziś ;)
Buziaki,
Fifruwajka

sobota, 12 stycznia 2013

Drobne zakupy weekendowe

Po raz kolejny udało mi się roztrwonić trochę pieniędzy. Wczoraj udałam się do Tiffi, żeby kupić sobie ciepłą puchową kurtkę. Dopasowałam sobie do niej szalik i rękawiczki, oraz... nowy zapach. 

Przy kasie dowiedziałam się, że przy dowolnym zakupie perfumy marki kosztują połowę taniej i wtedy mnie olśniło. Przecież jakiś czas temu na blogu Olfaktorii przeczytałam notkę o polskich zapachach i tam właśnie pierwszy raz dowiedziałam się o perfumach Tiffi. Postanowiłam poniuchać i okazało się, że oczywiście, że są to wszystko odpowiedniki innych zapachów, niektóre kojarzyłam, ale nie mogę sobie przypomnieć nazwy, ale Tiffi Garden pachnie prawie identycznie jak DKNY Be Delicious a moje Tiffi Love to wypisz wymaluj Paco Rabanne XS. Wzięłam, bo 100 ml za 29 zł to okazja, lubię markę jeśli chodzi o odzież, zobaczymy, jak sobie poradzili z zapachem. Wiem już, że jest odtwórczy, ale zobaczymy czy się rozwija i jak się trzyma.

A tak wyglądają. Flakon nie zachwyca urodą, ale podoba mi się jego intensywnie czerwony kolor. Lubię czerwień.


W sklepiku osiedlowym skusiłam się na płyn do kąpieli marki Naturalis. Ktoś słyszał, miał, coś wie? Ja się z tym producentem spotkałam po raz pierwszy. 

Było kilka wariantów zapachowych: baobab, kwiat lotosu, chyba jakiś morski, imbirowy. Zdecydowałam się na oliwkowy, bo nie tylko ja używam tego typu produktów u mnie w domu, a ten wydał mi się na tyle uniwersalny, że będzie odpowiadał nie tylko mi, ale również mojemu mężczyźnie.

Przetestujemy, zobaczymy. Za butlę litrową zapłaciłam 10 zł, czyli całkiem nieźle.

To już wszystko. Niestety, w następnym tygodniu rozpoczyna się nowy katalog Oriflame. Dużo rzeczy wpadło mi w oko i chyba zbankrutuję...

Buziaki,
Fifruwajka

niedziela, 6 stycznia 2013

Prezent świąteczny

Od mojej przyjaciółki, która na stałe mieszka w Oxfordzie, dostałam wodę toaletową Girard - New York Nights, niedostępną w Polsce, oraz diamentowy lakier utwardzający Inglota.

Przepraszam za jakość zdjęcia, wieczór i fatalne oświetlenie zrobiły swoje - zastąpię je lepszym, jeśli uda mi się takowe zrobić
Woda pachnie bardzo podobnie do mojego ukochanego Code Armaniego. Wyczuwam w niej jedynie dużą ilość bergamotki, której nie jestem w stanie wyniuchać w Code. Z tego powodu otwarcie mocno kojarzy mi się z herbatą earl grey.  To na plus, uwielbiam bergamotkę. Niestety, w pierwszym niuchu czujemy głównie alkohol. Zapach ten, na szczęście, szybko wietrzeje. Trwałość i projekcja są gorsze niż w przypadku Code. Kompozycja bardzo podobna, ale jednak inna niż mój ulubieniec. Trochę inaczej rozkładają się w niej akcenty. Tak czy siak, udana i z przyjemnością będę jej używać.

O top coat'cie z Inglota słyszałam same pozytywne opinie, także z chęcią przetestuję.

Do następnego razu,
Fifruwajka

środa, 2 stycznia 2013

Lakiery Joko

Nie jestem maniaczką lakierów do paznokci. Jestem za leniwa na czekanie aż wyschnie mi 50-ta warstwa na paznokciu. Męczy mnie nakładanie bazy, pierwszej, drugiej, trzeciej warstwy lakieru, nabłyszczacza odżywki itd. itp. Czasem robię to wszystko, tak aby efekt był perfekcyjny, ale zazwyczaj brakuje mi i cierpliwości, i czasu. Lubię kiedy lakier po pierwszej warstwie pokrywa paznokcie i szybko schnie. Dlatego chętnie wybieram lakiery Joko.

 Mam ich wszystkich 5, ten ze złotą zakrętką jest już wycofany, a widoczną na zdjęciu buteleczkę mam od dwóch albo trzech lat - wciąż maluje bez zarzutu, nic a nic nie zgęstniał. Niestety, nie podam Wam jaki to odcień, bo naklejka jest już nieczytelna. W każdym razie przepięknie kryje, ma wyrazisty kolor pomidora oraz wygodny pędzelek, Trzyma się, niestety, tak sobie. To jest właśnie podstawowa wada lakierów Joko. Szybko się ścierają, poza tym są boskie.
 
 Dwa pochodzą z limitowanej kolekcji Hollywood, jeden z oferty stałej (Find Your Color) i jeden z nowej limitowanki Colors of Luxury. Sami zobaczcie:

Find Your Color J124 Cotton Candy, Find Your Color Hollywood Collection J159 Red Scarlett, Colors of Luxury J165 Nude Elegance, Find Your Color Hollywood Collection J153 Marilyn Monroe Pink

 Pierwszy od lewej pochodzi z regularnej oferty Joko, także jest najłatwiej dostępny. Jest to delikatny mleczny róż, do perfekcyjnego pokrycia wymaga dwóch warstw. Na paznokciu prezentuje się bardzo elegancko i neutralnie, śliczny, świeży, uniwersalny kolor.

Kolejna jest klasyczna czerwień, dość neutralna, ani bardzo ciepła ani zimna. Kolor ma nawiązywać powieściowej bohaterki Scarlett O'Hary. Tu wystarcza tylko jedna warstwa, by paznokcie prezentowały się nienagannie. Jest to zdecydowanie moja ulubiona lakierowa czerwień. 

Kolor Elegance nude jest to, jak sama nazwa obiecuje, wspaniały, klasyczny, czysty beż. Podejrzewam, że jaśniejsze lakiery Joko są słabiej napigmentowany, bo do pełnego pokrycia wymaga niestety dwóch warstw. Mimo to lubiłam go nosić, oznaki ścierania się lakieru były zauważalne nieco później niż zwykle, miał piekny połysk i pasował do wszystkich, ale to wszystkich moich zestawów odzieżowych.

Marilyn Monroe Pink również bardzo lubię. Chętnie noszę go na paznokciach u stóp. Intensywny róż, bardzo kobiecy i odrobinę infantylny, To nie jest kolor neonowy, krzykliwy, a  wręcz na swój sposób jest klasyczny. Już żałuję, że to była kolekcja sezonowa.

Słowo podsumowania:
- bardzo lubię lakiery Joko, bo spełniają moje najważniejsze oczekiwania, czyli szybko schną i nie potrzebują wielu warstw żeby pokryć płytkę (przynajmniej te ciemniejsze kolory, jasne są trochę słabsze, ale za jakie śliczne!)
- mają  bogatą gamę kolorystyczną, Inglot to to nie jest, ale każdy znajdzie coś dla siebie
-są niedrogie, za dwa z nich w cenie niepromocyjnej zapłaciłam chyba około 13 zł, te z wyprzedawanej kolekcji Hollywood kosztowały po 5 zł
- są mało trwałe, wytrzymują góra 3 dni, jeśli nie wspomożemy ich bazą, top coat'em i tak dalej, ze wspomagaczami jest znacznie lepiej
- o tym jeszcze nie wspominałam ale posiadają bardzo wygodny pędzelek, który pozwala na szybkie pomalowanie (jest szeroki)
- są trudno dostepne, do tej pory zaopatrywałam się na wyspie Joko/Miraculum w galerii handlowej, ale jutro zostanie zlikwidowana i stracę do nich swobodny dostęp.

Znacie, lubicie, nie lubicie? A może możecie polecić mi jakieś inne lakiery dla niecierpliwych?

Buziaki,
Fifruwajka

wtorek, 1 stycznia 2013

Mój wybór zapachów na zimę

W tym poście nie uwzględniłam wszystkich zapachów, po które sięgam zimą, są to jednak te, które najbardziej mi się z tą porą roku kojarzą i które najlepiej wpisują się w stereotyp zapachu na zimę. To nie jest tak, że odradzam eksperymenty, sama czasem je przeprowadzam, na ogół jednak szufladkuję zapachy i uważam, że ma to sens. Latem większość z nas szuka orzeźwienia, zimą - rozgrzewających, słodkich aromatów.  Idąc tym tropem, wybrałam kilka propozycji, które u mnie się sprawdzają w tym okresie.

Od lewej: Oriflame Giordani Gold White EDP, Lancome Hypnose EDT, Oriflame Love Potion EDP, Giorgio Armani Code EDP, Noix de Coco Yves Rocher EDT, Oriflame Mirage EDP, Tesori d'Oriente Fiore Del Dragone, Dolce&Gabbana Pour Femme EDP 
Giordani White Gold  to jeden z najpiękniejszych zapachów Oriflame. Wspaniale wyważony, elegancki, klasyczny kwiatowy zapach z akordem szyprowym i waniliowo-piżmową bazą. Ciepły i miękki, łagodny i jednocześnie wyrazisty - tak go odbieram. Trwa i na ciele i na ubraniach przez cały dzień.

Lancome Hypnose EDT to jeden z najlżejszych zapachów, jakie tu się znalazły. Jest moim hitem do pracy. Delikatny, trochę słodki, trochę świeży. Elegancki i kobiecy w nienachalny sposób.

Dalej jest Love Potion od Oriflame. Bardzo ciepły, czekoladowy/kakaowy z imbirem i wanilią, zdecydowanie gourmand. Znalazł się w jesiennym zestawieniu, tu również nie  mogło go zabraknąć. Niestety, niezbyt trwały.

Kolejny to Giorgio Armani Code - hit nad hity. Pasuje mi i do letniego wieczoru i do zimowego poranka. Mój ukochany zapach, tyle razy już się o nim wypowiadałam... Co jeszcze mogę o nim napisać, poza tym, że jest przepiękny i bardzo trwały?

Kolejny jest Noix de Coco Yves Rocher, czyli kokos. Jeśli lubicie zapach kokosowy, jest dla Was, jeśli nie - to nie. Jak na jego oszałamiająco niską cenę 40 zł /100 ml, jest dość trwały. Nie rozwija się i pachnie słodkim kokosem/kokosowym ciasteczkiem. Ja mówię: mniam!

Dalej Mirage, czyli odkrycie tegorocznej zimy. Jest przepiękny: korzenny, pierniczkowy, jadalny, a jednocześnie różany, żywiczny. Mój nos za każdym razem podsuwa mi troche inne skojarzenia. W każdym razie przepiękny, doskonale zharmonizowany i baardzo, ale to bardzo świąteczny w odbiorze. To był mój zapach  na tegoroczne Boże Narodzenie.

Tesori d'Oriente to bardziej owocowa wersja Hypnotic Poison, czyli mnóstwo wanilii, jeszcze więcej wanilii, odrobina migdałów i trochę ostrej ambry. Konkretny rozgrzewacz. Słodki i jednocześnie odrobinę pikantny. Fenomenalna trwałość i projekcja za małe pieniądze. 

Dolce&Gabbana Pour Femme. Mam wersję 10 ml i marzę o większej. Chyba nie powinnam, bo mam dużo flakoników... Zapach jest bardzo urodziwy, rzeczywiście pour femme. To nie jest żaden uniseks, dostajemy dużo kwiatów, owoców i słodkości (pianki marshmallow). Może to nie jest szalenie orginalny pomysł, ale cóż, skoro tak przyjemny dla nosa. Ubrana w ten zapach czuję się seksownie i kobieco, po prostu, to jest zapach ładny i dość jednoznaczny w swoim charakterze, a nie intrygujący i wybitny, niemniej jednak bardzo dobry jakościowo i dodający pewności siebie. Chcę go mieć i chcę go nosić.

Z przyjemnością noszę też zimą trzy zapachy Yves Rocher z linii Secrets d'Essences.

Są to Vanille Noire, Rose Absolue i Voile d'ambre. Wszystkie trzy są w wersji wody perfumowanej.

Vanille Noire to nic innego jak ogrom wanilii z małą domieszką innych nut (przede wszystkim także drzewnych). Zapach suchy i ciepły, nie ciasteczkowy  ani spożywczy. Ciekawy, choć w sumie prosty.

Kolejna jest woda Rose Absolue, która łączy różę z cynamonem i innymi przyprawami. To zapach gdzieś między czerwonym dojrzałym kwiatem a różaną konfiturą, ciepły i rozgrzewający, doskonały na mrozy.

Ostatni, który mam do pokazania, to Voile d'Ambre. Mam go od niedawna, ale od kilku lat byłam posiadaczką miniatury 5 ml. Ambrowy, jak sama nazwa mówi, trochę ostry, kadzidlany, po jakimś czasie, gdy ulotni się nuta głowy, pozostawia na skórze samą miękkość i ciepło ambry. Otulający jak kocyk, nie powiedziałabym że seksowny, choć odbierany przez mężczyzn jako przyjemny.

A Wy czym pachniecie zimą?

Buziaki,
Fifruwajka

Zamówienie - Oriflame

W ubiegłym tygodniu odebrałam też zamówienie z Oriflame. Kupiłam kilka produktów, oraz otrzymałam kuferek do makijażu jako ostatnią nagrodę w ramach Programu Witamy.


Z katalogu 1 wybrałam sobie:

- peeling Diamond Cellular kupiłam kierowana zachwytami dziewczyn z kanału WolinskiSobasProject tutaj i również uważam go za hit. Bardzo ładnie eksfoliuje naskórek, można kontrolować poziom złuszczania, ma idealną konsystencję, nie spływa z buzi, pięknie pachnie.

- kupiłam również ponownie krem Skin Energy, w tej chwili zużywam już jedno opakowanie i jestem zachwycona, krem nawilża, jednocześnie matując skórę, w składzie ma filtry SPF 15, witaminę C i minerały. Jest to jeden z lepszych kremów na dzień jakie miałam.  Niestety, była to edycja limitowana, dlatego kupiłam jedno opakowanie na zapas z ulotki wyprzedażowej.

- dokupiłam sobie również podkład Giordani Gold w odcieniu Light Ivory, który właśnie mi się skończył. Kosmetyk jest bardzo dobry, ma średnie krycie i delikatną, nawilżającą konsystencję, lekko wzmaga błyszczenie cery, ale wolę czasem użyć bibułki matującej niż używać mocno matujących przesuszających produktów. Mi odpowiada, kolor jedynie jest odrobinę za ciemny, ale radzę z tym sobie mieszając go z jaśniejszym podkładem.

- kupiłam również wodę Pretty Swan. Zapach z próbki całkiem mi się podobał, ale jakoś mnie nie zachwycił. Miałam jednak możliwość kupić ją za około 30 zł, więc pomyślałam, że w razie czego oddam. Ale nie, nie ma mowy, zostaje ze mną. Pachnie bardzo łagodnie, miękko, ciepło. Powiedziałabym, że to kompozycja pudrowo-kwiatowa z odrobiną owocowej słodyczy. Delikatny i odpowiedni dla osób o wrażliwych nosach, nikogo nie rozboli go od niego głowa. Na pierwszy niuch nie mój, ale używam go z olbrzymią przyjemnością. Otula, ale nie dusi; jest kobiecy, ale nie nachalnie seksowny; bardzo polecam.

- zamiast opłaty za przesyłkę wzięłam odżywkę do paznokci wspomagającą ich wzrost. Na razie za krótko używam, by pisać o efektach.

Jako nagrodę za zrealizowanie 3 etapu Programu Witamy dostałam kuferek na kosmetyki. Bardzo mi się podoba, jest solidnie wykonany, sztywny, ma nawet plastikowe nóżki. Eleganckie wykończenia, wytłaczany w kwiaty czarny materiał. Jedyne co mi się nie podoba, to złote detale (logo i uchwyty do paska). Całość jednak i tak oceniam wysoko na 5-. Same zobaczcie:

Wybaczcie jakość zdjęcia. Postaram się w najbliższym czasie zrobić lepsze i zastąpić to nieudane. Mam nadzieję jednak, że możecie zauważyć urodę tego kuferka, jego ładny, pękaty kształt.
A jak tam bawiliście się w Sylwestra? Ja się okropnie przejadłam. Dziś detox. Na co dzień nie jem słodyczy, chipsów ani nie piję gazowanych napojów, dlatego gdy jestem na jakiejś imprezie zawsze rzucam się na nie bez opamiętania.

Buziaki,
Fifruwajka
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...