środa, 28 maja 2014

Rozdanie na WolinskiSobas Blog And TV

Cześć!

Bardzo polecam Wam kanał Wolinski SobasBLOGandT. Ogladam dziewczyny od dwóch - trzech lat i kanał cały czas się rozwija, pojawiają się nowe cykle, a Dziewczyny są po prostu przesympatyczne, meganaturalne, po porstu - genialne!

Teraz z okazji 1000 subskrybentów zoganizowały rozdanie, w którym sama biorę zresztą udział i do czego Was też zachęcam.


Ściskam,
Fifruwajka

Zakupione w maju - The Body Shop, Oriflame, Rossmann, Hebe, Minti Shop

Mój ulubiony miesiąc zbliża się ku końcowi. Majówka, grille, Dzień Matki, pierwsze weekendowe wypady za miasto, na działkę, nad wodę, na wieś - uwielbiam!

Ale nie o moim uwielbieniu miesiąca Maj miała być mowa, ale o kosmetykach. Jak co miesiąc, skusiłam się na parę promocji, uzupełniłam kilka zdenkowanych produktów i portfel znów zdążył się nieco odchudzić.

Najpierw pochwalę Wam się moją wygraną w The Body Shopie. :)

Wzięłam udział w konkursie na życzenia na Dzień Matki i wygrałam nawilżający sorbet do ciała i żel pod prysznic tej marki. 

Spodobało mi się, że kosmetyki wybieraliśmy sobie sami w sklepie, czyli zapachy produktów nie były narzucone.

Ja skusiłam się na sorbet Moringa i żel pod prysznic Truskawka. Sorbet mnie zachwycił swoim pięknym kwiatowym zapachem, żel z kolei pachnie truskawką lekko syntetyczną (identycznie jak żel truskawkowy Yves Rocher).

 Nieczęsto coś wygrywam lecz wciąż próbuję swoich sił w konkursach. Czasem można się pozytywnie zaskoczyć.

Ok, resztę kosmetyków kupiłam już za własne ciężko zarobione pieniądze.

W Rossmannie pojawiła się jakiś czas temu nowa seria Wellness & Beauty, która przyciąga wzrok prostymi stylowymi opakowaniami. Składy są raczej niezłe, zapachy świetne, ceny bardzo niskie. Cioci w prezencie imieninowym kupiłam żurawinowy żel pod prysznic, perełki waniliowe do kąpieli, a dla siebie wzięłam żel pod prysznic o zapachu mango. Zdradzę Wam, że już jest w użytku i bardzo go sobie chwalę. :)

Poczyniłam też zakupy w Minti Shopie. Podtrzymuję swoją pozytywną opinię o tym sklepie. Gdy tylko pojawiły się gąbeczki Real Techniques, złożyłam resztę zamówienia. Oprócz gąbeczki był to pędzelek do eyelinera/brwi Hakuro H85 i paleta do makijażu BarryM Natural Glow, którą od razu dostała w prezencie moja mama, więc fotki nie miałam kiedy zrobić :( 

Nie obyło się również bez zamówienia z Oriflame. Lubię te kosmetyki  i co jakiś czas uzupełniam zapas moich ulubieńców tej marki.

Sezon na truskawki czas zacząć! Ja otworzyłam go z pomocą truskawkowo-migdałowej odżywki do włosów Nature Secrets. Lubię odżywki z tej linii za wygładzające i nawilżające działanie, moje niefarbowane włosy nie są szczególnie wymagające, jednak te kosmetyki szczególnie trafiają im w gust.

Po raz kolejny zakupiłam fluid spf 35 z linii Oasis, nietłusty, niezapychający i skuteczny filtr za niecałe 8 zł? Dla mnie ideał!

Żel pod prysznic z mango i jojobą Nature Secrets wybrałam, ponieważ zwalniał z kosztów przesyłki.

 Uzupełniłam też kolorówkę. Wybrałam kolejny odcień mojej ulubionej szminki Giordani Gold Jewel. Piękna rdzawa czerwień. Skusiłam się również na konturówkę nude z tej samej linii oraz pogrubiający tusz Volume Build, który mocno zagęszcza rzęsy.

Ostatni mój zakup z Oriflame to mgiełka Aimi o zapachu Heavenly Blossom. Bardzo lubię taką formę zapachu, a ta jest uroczo kwiatowa, dość słodka i dziewczęca.

W Rossmannie wybrałam szampon dla dzieci Ultra Doux Garniera, ponieważ poszukuję tańszego zamiennika Emolium dla mojej wybrednej skóry głowy. Stwierdziłam, że jeśli szampon jest tani, to nic nie ryzykuję, jeśli będzie podrażniał, będę myć nim pędzle.

Sezon letni wymaga odkrycia także tych partii ciała z których nie jesteśmy zadowolone. W tej chwili są o u mnie nogi - trupio blade z pojedynczymi naczynkami. Kosmetyk Bielendy ma rozwiązywać ten problem, jeszcze go nie stosowałam, ale zdam relację jak się sprawdza, kiedy tylko go trochę poużywam.

Nie były to jednak moje ostatnie zakupy w Rossmannie w tym miesiącu. 
 
Jakiś czas później kupiłam sobie również płyn antybakteryjny Carex o zapachu Strawberry Candy, którym będę czyścić swoją gąbeczkę z RT oraz myjkę luffa. 

Dla męża wybrałam pięęęęknie pachnący żel Nivea Power Refresh.
Nie obyło się również bez zakupów w Hebe. 

Udało mi się upolować olejek pod prysznic Bielendy o zapachu zielonej herbaty i trawy cytrynowej za 10 zł (na ogół kosztują 14-15). Wzięłam również płatki kosmetyczne Tami w 3-paku.

Zdecydowałam się również na dwie koreańskei maseczki Lomi Lomi w formie nasączanego płata - nawilżającą z aloesem i regenerująco-odżywiającą z acerolą. Obie już zużyłam i są świetne! - więcej w poście z denkiem.

Na koniec miniprodukt z LaRoche Posay (oj, bardzo mini) do ptrzetestowania, który wysłało mi po zarejestrowaniu się na stronie Super-Pharm. Jest to preparat przeciwsłoneczny.

Widzicie jakie to małe? Ma zaledwie 3 ml. Niektóre próbki mają taką pojemność. Niemniej jednak cieszę się, że go dostałam, sprawdzimy co to za cudo.

Jestem z tych zakupów całkiem zadowolona, teraz czekam na przecenę kosmetyków z gazetki Biedronkowej, będę polować na masełka do ciała (zrobię zapas), serum arganowe do włosów i mydełka glicerynowe.

Jak zawsze, dajcie znać jeśli coś Was szczególnie zainteresowało. Chętnie odpowiem na Wasze pytania.

Do następnego razu!
Fifruwajka

poniedziałek, 26 maja 2014

Arbuzowe masełko Bielendy (z Biedronki)

Ostatnia gazetka urodowa w Biedronce nie wydała mi się specjalnie interesująca za wyjątkiem maseł i peelingów. Peelingi mam dwa (jeden kupiony przez przypadek, wzięłam zamiast masła), skusiłam się też na masełko. I o tym ostatnim produkcie dziś będzie mowa. Zdecydowałam się na wariant arbuzowy.

Muszę powiedzieć, że ten produkt wyjątkowo mi się spodobał. Ma konsystencję gęstego zbitego kremu, niezbyt tłustą jak na masło. I choć wydaje się treściwe, pięknie się wchłania.


Naprawdę doskonale nawilża, uwielbiałam nakładać je na ciało tuż po depilacji. Ładnie koiło i jeszcze bardziej podkreślało gładkość skóry. Zapach jest wisienką na torcie - piękny i świeży, słodkawy ale nieprzesłodzony.


Skład nie zachwyca, ale  nie jest też zły, bądź co bądź zaraz po wodzie kolejnym składnikiem jest masło shea. Znajdziemy tu również glicerynę i olejek awokado. Ekologiczne purytanki nie będą zadowolone widząc parafinę i DMDM Hydantoin, ale ja nie mam aż tak wyśrubowanych standardów.


Jestem bardzo zadowolona z tego masełka. Kosztowało jedyne 6 złotych w Biedronce. Co prawda, ma pojemność 100 ml czyli połowę tego co standardowy produkt tego rodzaju, ale dla mnie to wręcz atut. Dzięki temu, że nie jest duże, nie zdążyło mnie znudzić. Sięgnę na pewno po pozostałe zapachy z tej linii.

A Wy na jakie produkty do nawilżania stawiacie? Lubicie masła do ciała? 

Udanego tygodnia!
Fifruwajka

niedziela, 25 maja 2014

Hit i kit w jednym stali domu, czyli oczyszczanie od L'oreala

Jakiś czas temu cały internet obiegła wiadomość o fenomenalnym działaniu płynu micelarnego od L'oreal. Ochy i achy, porówniania do Biodermy skusiły mnie do zakupu, pomimo kilku miceli do zużycia w zapasach. Ostatnio jednak na mojej półce w łazience króluje właśnie ten płyn i muszę przyznać, że jestem z niego bardzo zadowolona. Zachwyty nad nim są nieprzesadzone. Płyn domywa świetnie, jednocześnie będąc bardzo delikatnym, nie podrażnia oczu podczas ich demakijażu i rozpuszcza dokładnie tusz, kredkę, eyeliner. Hit!

Wkrótce po tym jak stwierdziłam, że płyn Ideal Soft jest boski, skończył mi się tonik. Podczas wizyty w Hebe skusiło mnie bliźniaczo wyglądające opakowanie i obniżka cenowa. Nie spojrzałam na etykietę, na skład i od razu wrzuciłam do koszyka, spodziewając się czegoś przynajmniej dobrego...

Tymczasem już pierwsze użycie rozświetlającego toniku wyprowadziło mnie z błędu. Ostry alkoholowo-cytrusowo-chemiczny zapach i podrażnianie oczu nawet gdy, powiedzmy, przecierałam tonikiem skronie i przestrzeń nad brwiami.

Ten kosmetyk nazwę kitem, moja skóra jest po jego użyciu lekko przesuszona, muszę jej to rekompensować silnymi nawilżaczami. Nie zauważyłam też obiecanego rozświetlenia. Tonik jednak rzeczywiście oczyszcza. Dla mnie jest zbyt agresywny, choć moja skóra po wielu kuracjach przeciwtrądzikowych do najdelikatniejszych nie należy.

Cała jednak tajemnica kryje się w składzie (ach, gdybym tylko zerknęła na to w sklepie):

Skład płynu micelarnego jest o połowę krótszy. 

Tonik zaraz po wodzie  na kolejnym miejscu zawiera alkohol, oraz na jednym z pierwszych miejsc kwas salicylowy. Gdyby to był preparat przeznaczony do skóry łojotokowej, tłustej, nie byłabym aż tak rozgoryczona. 

Tymczasem preparat przeznaczony jest do 'skóry pozbawionej blasku" - pod takim pojęciem ja widzę cerę palacza, cerę osoby, która nie dosypia albo zwyczajnie dawno nie była na urlopie...

Z kolei płyn micelarny zawiera raczej łagodne komponenty.

Również data ważności daje do myślenia. Tonik należy wykorzystać w ciągu 12 miesięcy po otwarciu, natomiast na zużycie płynu micelarnego mamy już tylko pół roku. Oznacza to, że tonik jest lepiej zakonserwowany (przypuszczam, że chodzi o duże stężenie alkoholu).

Moja konkluzja i postanowienie jest takie: nie będę kupować kompulsywnie, będę czytać składy i nie dam się zwieść iluzji, ze kosmetyki z tej samej linii będą równie dobre. Do producenta jednak mam żal, że źle oznakował produkt. Choć w momencie zakupu swoją zmęczoną cerę nazwałabym 'pozbawioną blasku' to  nie alkoholowego wysuszacza moja skóra potrzebowała.

Obowiązek blogowy wypełniony, teraz pora się zająć obowiązkiem wyborczym.
Dziewczyny, do urn!

Buziaki,
Fifruwajka

sobota, 10 maja 2014

Kolejne nabytki, czyli złe, niedobre sklepy i ich wstrętne promocje

Biedronka znów zaproponowała nam sezonową ofertę kosmetyków. Już pierwszego dnia pojechałam, zobaczyłam i stwierdziłam, że nic mnie kusi oprócz peelingów i maseł Bielendy (5,99 za sztukę). wziąć peeling papaja i masło winogronowe, do tej pory nie wiem, jak to się stało, że w domu z torby zakupowej wyciągnęłam dwa peelingi (przynajmniej zapachy się zgadzały, haha). Peelingi mi się całkiem spodobały, pachną fajnie owocowo, zresztą tak jak się spodziewałam. Patrząc na ich konsystencję i składy, przypuszczam, że to to samo co peeling Zmysłowa Wiśnia, którego właśnie używam, a produkty te jedynie różnią się miedzy sobą wyciągiem z konkretnego owocu.

Po odkryciu feralnej pomyłki, długo chorowałam na 'miałam kupić masło i nie mam, nie potrafię z tym żyć', tak długo, że chyba dwa dni póżniej (wczoraj), zaszłam po masełko. Wzięłam arbuz co by przetestować kolejny zapach. Jak widzicie na zdjęciu poniżej, masło było już przeze mnie macane. Wczoraj nim się wysmarowałam i baaardzo mi się spodobało. Pachnie naturalnie i bardzo wakacyjnie, skóra jest mięciutka i nawilżona. Chcę więcej!(to ci niespodzianka, co? ;) )


W międzyczasie też kupiłam swój ulubiony kremik złuszczający Pharmaceris z 10% kwasu migdałowego, wiem, że do znudzenia Wam o nim opowiadam, ale naprawdę moja cera go u-wiel-bia!
Skusiłam się też na zmywacz do paznokci Bielendy (kosztował chyba 2,20?), nigdy nie miałam, nie słyszałam. Zaciekawił mnie, więc postanowiłam spróbować. Zakupy były zrobione w Hebe, bo tam krem Pharmacerisa widuję najtaniej (ok. 32 zł).



A na koniec, wisienka na torcie, dzisiejsze drobiazgi z The Body Shop. Niedawno polubiłam ich na facebooku, żeby móc śledzić promocje. Co prawda, uważam, że sklep ma grubo przesadzone ceny, więc nie robię tam zakupów tak często jakbym chciała - kupuję tylko wtedy gdy mam duży rabat.  

Tak też było dzisiaj - na facebooku pojawiła się informacja o promocji 2 w cenie 1 na akcesoria. Kupiłam ściereczkę muślinową (jak wykończę obecny żel do mycia twarzy, zaczynam stosować metodę oczyszczania OCM) i szczoteczkę do paznokci. Stara wyzionęła ducha i musiałam ją wyrzucić, a design akcesoriów z The Body Shop akurat pasuje mi do wystroju łazienki (mam dużo 'pseudo' drewnianych elementów: podłoga, blaty szafek itd.).


Za zakupy zapłaciłam 14 złotych, czyli połowę normalnej ceny. Dla mnie bomba :)

Postaram się, żeby następny post to była jakaś recenzja, kiedy piszę posty zakupowe, zaczynam mieć wyrzuty sumienia, uświadamiając sobie, że aż tyle tego wszystkiego kupiłam ... ;)

Pozdrowienia ze słonecznej Warszawy,
Fifruwajka

piątek, 9 maja 2014

Zakupy w Bath&Body Works oraz kolekcja mgiełek

Zbliża się lato, okres, który dla fanów zapachów bywa trudny. Uwielbiam pachnieć i bardzo cenię sobie różnorodność aromatów, jednak o tej porze roku większość moich perfum przestaje się sprawdzać. Zamiast dodawać energii i poprawiać samopoczucie, przytłaczają, w połączeniu z gorącym letnim powietrzem stają się męczące i nieznośne.

Z pomocą wówczas przychodzą mgiełki i wody kolońskie. Są lżejsze i trudniej z nimi przesadzić. Dodatkowym atutem mgiełek jest to, że dzięki temu, że nie są oparte na alkoholu, lecz na wodzie, minimalizują ryzyko podrażnień.

Tak prezentuje się cała moja kolekcja.


Od lewej: dwie wody kolońskie Yves Rocher, mgiełka Oriflame, oraz 8 mgiełek Bath&Body Works.

Najnowszymi nabytkami są trzy mgiełki z Bath&Body Works. Jak zawsze, kupione w promocji, 2+1, kosztowały mnie 50 złotych w sklepie firmowym.

Velvet Sugar to zapach, który niedawno dołączył do stałej kolekcji. Bardzo owocowy i słodki, dość podobny do Honey Sweatheart. Bardzo w stylu marki.
Moonlight Path jest ciekawszy, lawendowo-piżmowy, chłodny, choć nie jest to typowy świeżak. Jak na B&BW, zapach głęboki, momi zdaniem dobry na upalne lipcowe wieczory.

Air, to kolejny owocowo-kwiatowy przyjemniaczek. Świeższy i lżejszy niż Velvet Sugar, wyczuwam w nim obiecywaną przez producenta gruszkę.

Te zapachy  B&BW są już ze mną dłużej.
Sweat Pea jest bardzo delikatny, łagodny i słodkawy. Kwiatowy, jednak absolutnie niezobowiązujący. Dziewczęcy, wręcz nastolatkowy.

Pink Chiffon jest znacznie słodszy, mocno zblendowany, trudno wyłapać poszczególne nuty. Niemniej jednak lubiany przez mój nos i otoczenie.

Secret Wonderland jest bardziej owocowy (truskawki!) i jescze słodszy. Te trzy są w sumie dość podobne- różnią się głównie intensywnością dosłodzenia.
Honey Sweetheart bije je jednak na głowę.Ten zapach jest bezkonkurencyjny jeśli chodzi o stężenie cukru w cukrze. Powiedziałabym, że pachnie jak miodowo-kwiatowy cukierek. Tak, cukierek, bo mój nos wyczuwa w nim coś z syntetycznych dodatków spożywczych. Nieważne, że Pani Zdrówko pogrozi nam palcem, i tak uwielbiamy te kolorowe dropsy!
Od tych czterech propozycji znacznie odbiega Twilight Woods, który, jak sama nazwa wskazuje, jest zapachem drzewnym. Dla mnie jednak jest monotonny i męczący.  Nudny. Ostatnio pryskam nim pościel.

Na koniec trzy letnie zapachy innych marek.

Yves Rocher i ich wody Fraicheur Vegetal to naprawdę ciekawe propozycje na rynku perfumeryjnym. Są to nieskomplikowane, ale zarazem bardzo efektowne wody oparte o jedną roślinę. Tak prosty i zarazem świetny pomysł.
Zapachy są unisex, przynajmniej taka jest deklaracja producenta.
Cedr jest zapachem chłodniejszym, stonowanym, drzewnym. Pięknie komponuje się z rozgrzaną skórą, z kobiecą skórą. Polecam!
Werbena to landrynkowa cytrynka, słodziutka (choć nieprzesłodzona), bez odrobiny cierpkości. Śliczny i uniwersalny.
Ostatni zapach to mgiełka Aimi od Oriflame. Nie używałam jeszcze latem, bo kupiłam ją na wyprzedaży zimą, bardzo jednak mi się podoba. Śliczny i odświeżający kwiatowo - herbaciany zapach, z przewagą kwiatów, moim zdaniem. 

To wszystko, pytajcie, jeśli coś Was szczególnie zinteresowało.

Buziaki,
Fifruwajka

wtorek, 6 maja 2014

Dwa drobiazgi na poprawę humoru

Czasem robię zakupy spożywcze w Hali Banacha, czasem też wpada mi w oko coś całkiem niespożywczego. Tak było z zapachem Hammam marki Tesori d'Oriente. Zawsze bardzo wzbraniam się przed zakupem jakiegoś zapachu, bo kilkadziesiąt butelek stojących w łazience skutecznie mnie do tego zniechęca... Czasem jednak i najsilniejsza wola musi się ugiąć...

Chodziłam wokół tej buteleczki już dwa miesiące (!). To cud, że wytrzymałam tak długo, bo zapach jest śliczny i kosztuje tylko 25 złotych. W końcu uległam. I mam :)


Na zdjęciu możecie też zobaczyć paletkę do makijażu. To mój kolejny zakup. Paletkę nabyłam przez allegro. Nazywa się Pure i pochodzi z niedostępnej w katalogach kolekcji Oriflame (była dostępna w jakimś programie lojalnościowym, ale ja zazwyczaj nawet jak zamawiam z Ori, to moje zamówienia są za małe, żeby łapać się na te akcje).Zapłaciłam 15 złotych + koszty przesyłki (łącznie 22 złote? albo 23?) Zobaczcie jakie piękne kolory skrywa w środku:


Cudowny różowo-koralowy róż do policzków, cztery błyszczyki w radosnych kolorach i sześć fantastycznych neutralnych cieni. Cienie z palety Sleeka zawierają połowę ciemnych odcieni, tu, jak widać, zdecydowanie przeważają jasne. Myślę, że te dwie palety będą się dobrze uzupełniać. 
Pędzelki, jak zwykle, do wyrzucenia... Po co producenci w ogóle dołączają akcesoria tak marnej jakości?

Relacja z pierwszych wrażeń już za nami. Opowiem o tych kosmetykach więcej, jak je trochę potestuję. Póki co cieszą moje oko i nos :)

Przyjemnego wieczoru,
Fifruwajka

sobota, 3 maja 2014

Kwietniowa rozpusta zakupowa

Na moje nieszczęście kupiliśmy mieszkanie w  Szczęśliwicach tuż koło dwóch (!) centrów handlowych. Pod samym nosem dwa Rossmanny, Super-Pharm, Douglas, salon Nyxa, Organique, Ziaja dla Ciebie, wyspy Inglota, The Body Shop, punkt Białego Jelenia, Sephora i Yves Rocher, L'occitane oraz chyba Vipera. Jakby tego było mało, ostatnio otwarto w Reducie Hebe, a w w Blue City zrobili re-otwarcie. Jak się domyślacie, dla mojego portfela, to nie są najlepsze okoliczności...

Tyle tytułem usprawiedliwienia, a teraz do rzeczy. Oto, co kupiłam:

 Na otwarciu Hebe udało mi się dorwać puder rozświetlający Celtica z Catrice oraz kamuflaż Catrice w najjaśniejszym odcieniu (nigdy ich nie widziałam wcześniej w żadnym sklepie). Kupiłam chyba jeszcze maszynki do golenia dla męża i jakieś artkuły higieniczne, dzięki czemu otrzymałam bon na kolejne zakupy, które oczywiście wydarzyły się niedługo później. Moje kolejne podejście do Hebe było jakiś tydzień później gdy kupiłam odżywkę z olejkiem arganowym firmy Organix na promocji -30%.Odżywka zamiast 30 zł kosztowała trochę ponad 20, a ja dzięki bonowi z poprzednich zakupów zapłaciłam 10 zł z groszami. Dobry deal. Jakiś czas później natknęłam się też w Hebe na stylizator do brwi (pędzelek + szczoteczka) z Essence. Oczywiście, zaraz wylądował w koszyku.

W Biedronce przy okazji zakupów spożywczych wyhaczyłam micel z Garnier za około 12 zł i duży żel Nivea za 6. Jak widzicie skusiłam się. ;)

Jakiś czas temu Super-Pharm w Blue City miało swoje urodziny. W związku z tym było kilka ciekawych okazji cenowych, m.in. woda termalna Vichy o pojemności 300g za 9,90 zł. Skusiłam się na dwie. 

Zrobiłam też zamówienie z Oriflame. Głównie kupiłam produkty wyprzedawane: chusteczki do demakijażu za 6,32, korektor Studio Artist za 10,32 (genialny!), oraz kredki Dramatize za 5,52 sztuka. W dobrej promocji był również podkład Giordani Gold, więc wzięłam jedną sztukę (23,92), oraz zestaw do brwi (15,92). Zamiast opłaty ze przesyłkę wybrałam cudownie pachnący peeling Milk &Honey za 11,90.

W Oriflame kupiłam jednak nie tylko kosmetyki.

Skusiłam się na dwa piękne czerwone pudełka na herbatę Fairy City Lights (7,92 za sztukę) oraz na matę plażową Valerie, która choć śliczna jest niestety dość delikatna. Kosztowała jednak tylko 11,92 zł, więc postanowiłam zaryzykować.

Ale to nie koniec zakupów przez internet. Ostatnio coraz bardziej kusił mnie sklep Minti Shop. Oglądałam te kosmetyki i oglądałam, w końcu postanowiłam kupić dwa wielkie bestsellery, żeby zobaczyć o co tyle szumu w blogosferze.

Jak widzicie, postawiłam na słynną szczotkę Tangle Teezer (przecenioną z około 55 złotych na 30) i najbardziej uniwersalną z palet Sleeka czyli Au Naturel.

Najpierw parę słów o sklepie. Kontakt, obsługa, poziom doinformowania klienta są rewelacyjne. Przejrzysta strona i różne opcje wyboru przesyłki również bardzo na plus. Od siebie polecam ten sklep i na pewno nie były to moje ostatnie zakupy tam.

W sekrecie powiem Wam, że czaję się na gąbeczki Real Techniques, paletę BarryM (dla mamy na dzień matki), oraz kolejną sztukę pędzla do kresek Hakuro. Dwie z tych trzech rzeczy są niedostępne, więc czekam na dostawę i robię kolejne zamówienie.

Jak widzicie, paleta ma piękne, neutralne kolory. Dziś już zrobiłam nią makijaż i muszę powiedzieć, że jestem zadowolona. Cienie dobrze się nakładają i pięknie wyglądają na powiecie. 

Szczotkę wybrałam w wariancie pomarańczowo - żółtym, te kolory są tak energetyzujące, że aż chce się czesać. Na początku byłam trochę rozczarowana, bo nie widziałam efektu 'wow' - suche włosy rozczesuje bardzo dobrze, ale nie jest lepsza od mojej szczotki z włosiem dzika z Rossmanna. Zachwyciła mnie dopiero, gdy zaczęłam czesać mokre włosy - żadna moja szczotka do tej pory nie robiła tego tak dobrze!

I zbliżenie na cienie. Możecie je obejrzeć i poczytać o nich na tysiącu innych blogów, ale wychodzę z założenia, że każde kolejne zdjęcie i kolejna opinia może się komuś przydać.

Jak mówiłam, za mną już jeden makijaż z użyciem tej palety i moje pierwsze wrażenie jest korzystne, ale to za mało, by wydawać opinię na jej temat.

Oczywiście, nie mogłam przegapić promocji - 49% w Rossmannie. Na szczęście, umiar zwyciężył i nie wyniosłam pół sklepu, ale coś tam małego dla siebie wyszukałam.

Na łupy do Rossmanna udałam się do największej drogerii w okolicy, przy Parku Szczęśliwickim. Zdecydowałam się na osławiony Color Tatoo. Nie było Permanent Taupe, więc wzięłam On and On Bronze. Tego samego dnia kupiłam też kremik Bielendy Pharm na naczynka.
(Permanent Taupe też już kupiłam, wczoraj w drodze z pracy zaszłam do raczej małego Rossmanna i był! jeden, samotny, w dodatku nieotwierany... Oczywiście, od razu znalazł się w koszyku)

W drogerii Blue w Halach Banacha była chyba dwa albo trzy tygodnie temu promocja -20% na cały asortyment. Dowiedziałam się o niej przypadkiem, robiąc zakupy na hali spożywczej. Kupiłam moją ulubioną emulsję do higieny intymnej oraz nowość tej marki, peeling o zapachu zmysłowej wiśni. Pachnie smakowicie.

To tyle. Usprawiedliwiam się, że wszystko kupiłam w okazyjnych cenach, ale czy to naprawdę dobre wytłumaczenie..?  

Pozdrawiam z deszczowej Warszawy. Jest tak paskudnie, że cieszę się, że nie brałam urlopu i spędzam weekend w domu. ;)
Fifuwajka :*

piątek, 2 maja 2014

Projekt denko - marzec/kwiecień

Cześć,

jak powiedziałam, tak robię. Blogowanie (znów) czas zacząć. Dzisiaj denko, jutro natomiast umieszczę post zakupowy.

Zużyłam trzy żele pod prysznic, oraz kolejną butlę mojej żurawinki do higieny intymnej.

Emulsję Bielendy niezmiennie uwielbiam - po prostu mi służy, doskonale spełnia swoją rolę, nie powodując żadnych podrażnień ani dyskomfortu. Doceniam również poręczną pompkę. 

Żel peelingujący (nazwany chyba przez producenta scrubem, ha ha ha) Discover jest całkiem przyjemny jeśli traktujemy go jako produkt do codziennej higieny a nie peeling z prawdziwego zdarzenia. Drobinki są za słabe by spisał się używany raz na jakiś czas, ale w zastępstwie żelu pod prysznic bardzo go lubię - ma piękny, świeży owocowy zapach - najlepiej spisuje się po treningu i zawsze wtedy kiedy szukamy orzeźwienia.

Wiśniowy olejek do kąpieli Farmony jest boski. Nie jestem obiektywna - kocham wiśnie i wszystko, co wiśniowe. Ten produkt pachnie obłędnie, słodko choć jednocześnie lekko cierpko, jak dojrzałe wiśnie polane syropem. Coś cudownego. Nie kosztował dużo - kupiłam go w Biedronce.

Żel Fairy City Lights byłby naprawdę w porządku, gdyby nie to, czego nie cierpię w żelach z limitowanych edycji Oriflame (żele dostępne w regularnej ofercie nie mają tego problemu). Otóż, bez względu na to, jaka jest kompozycja zapachowa, mój nos wyczuwa obok niej nieprzyjemną chemiczną bazę, która im dłużej żelu używam, tym bardziej mnie drażni. 

Wykorzystałam również balsam Mrs Potters, tym razem wersję z melisą. Niestety, ten wariant znacznie odstaje od swojego aloesowego brata - znacznie gorzej radzi sobie z nawilżaniem włosów (choć wciąż niby robi swoje), a ponadto cuchnie cytrynowym odświeżaczem do toalet. Z wielkim wysiłkiem zużyłam go ze względu na to, że nie był totalnym bublem i stan moich włosów był zadowalający. Przez wzgląd na zapach będę go jednak omijać w sklepach szerokim łukiem.

Szampon HairX jest fantastycznym szamponem oczyszczającym - do stosowania raz na jakiś czas. Włosy aż skrzypią. Pięknie pachnie i daje duży komfort stosowania. Jeśli chodzi o jego przeciwłupieżowe przeznaczenie, nie chcę się wypowiadać, bo moja skóra głowy sprawia ogromne kłopoty i naprawdę niewiele rzeczy na nią działa. Jest sucha i wrażliwa + ma duże skłonności do łupieżu. Zły szampon? Łupież. Zła dieta? Łupież. Chlorowana woda? Łupież. Używam teraz łagodnego szamponu Emolium w połączeniu z aptecznymi szamponami, a ten z Oriflame tylko uzupełnia tę pielęgnację jako oczyszczenie raz na jakiś czas.

Maska Argan + Keratin eveline była zaskakująco dobra. Włosy były zmiękczone, nawilżone, wypielęgnowane. Nie miałam problemów z rozczesaniem. Nie wykluczam, że kupię znowu jeśli natrafię na okazję cenową.

Krem do rąk Milk & Honey był super. Uwielbiam ten delikatny, słodkawy zapach. Krem dobrze nawilżał, wchłaniał się przeciętnie, jednak ja stosowałam go na noc kładąc grubą warstwę, więc nie miało to dla mnie większego znaczenia. Kupię na pewno, nie raz.

Szampon Klorane z granatem kiedys kupiłam jako element zestawu podróżnego. Miał tylko 100 ml. Nie przypadł mi do gustu. Perłowy, dobrze oczyszczający, ale mam wrażenie, że trochę podrażniał mi skórę głowy. Przyzwoicie oczyszczał i pięknie pachniał. Dla skalpów normalnych może być w porządku.

Pielęgnacja twarzy :) Moja ulubiona kategoria. 
Krem do twarzy Pharmaceris z 10% kwasu migdałowego to hit. Nie wykluczam, że jeszcze dziś pomaszeruję do Hebe po kolejną buteleczkę. Mojej cerze bardzo służył - delikatnie złuszcza, nie przesuszając skóry. Doskonale zapobiega wypryskom.

Tonik Pure Skin z Oriflame - nie polecam, czysty alkohol. Zużyłam, ale nie wrócę do niego, o nie.

Za to mgiełka Oasis tej samej firmy była bardzo przyjemna. Czasem aplikowałam ją na całą twar zamiast toniku, czasem psikałam nią na gotowy makijaż, żeby go utrwalić i 'zmiękczyć'. W obu rolach sprawdzała się znakomicie. Ani trochę nie podrażniała oczu. Hit.

Żel do mycia twary Pure Nature Oriflame cudnie pachniał gruszkami. Kupiłam go od razu kilka sztuk na wyprzedaży. Tymczasem, zapach mi się znudził, a same jego właściwości nie są już tak szałowe. Oczyszcza, ale czasem jeszcze znajduję pozostałości podkładu na waciku, poza tym jest srednio łagodny.

Jego przeciwieństwem jest żel z BeBeauty (Biedronka) - delikatny, doskonale oczyszczający. Pachnie też dość przyjemnie, przy następnej wizycie w Biedronce nie omieszkam poczynić zapas.

Mydełko Korolove od Joanny o zapachu zielonej herbaty jest rewelacyjne. Pachnie przepięknie - tak subtelnie i świeżo. Spodobało się również mojemu mężowi..

Dezodorant z Oriflame u mnie dają radę w okresie jesienno-zimowo-wiosennym. Ten też był OK. Pachniał bardzo przyjemnie. Jego jedyną wadą jest to, że wyciekał spod zakrętki nieestetycznie brudząc opakowanie. Nie znoszę tego.

Wody do prasowania z Pachnącej Szafy to moje must have. Nie lubię prasować, a ten produkt ułatwia i uprzyjemnia tę czynność. Przy okazji delikatnie perfumując ubrania. Zanzibar jest na tyle uniwersalny, że używam go i ja i mój mąż.

Na koniec kosmetyki kolorowe. Uwielbiam podkłady z Oriflame. Większość z nich ma krycie lekkie w stronę średniego, ale dzięki kremowi Pharmaceris taki poziom krycia mi odpowiada ;)

Wyglądają naturalnie i mają sensowną gamę kolorystyczną. Ja, jako ekstremalny bladzioch, używam najjaśniejszego porcelain (niełatwo o taki odcień w drogeriach), a kiedy złapię trochę słońca, mieszam porcelain z drugim odcieniem w kolejności czyli light ivory. Zarówno Everlasting jak i Giordani Gold Adaptacyjny mi odpowiadały. Everlasting był chyba trwalszy i odrobinę bardziej kryjący, Giordani to taki trochę kremik tonujący. Z obu byłam zadowolona.
Zużyłam też kredkę Oriflame Dramatize Kohl Pencil w odcieniu Brown Black, która ma ciekawy kolor czerni wpadającej w brąz. Utrwalam ją zawsze cieniem i daje radę na powiece cały dzień. 

Oraz dwa produkty kremowe. Nigdy nie jestem w stanie zużyć ich nim minie im termin przydatności. Za różem w kremie Bell Air Flow w kolorze pomarańczowym będę tęsknić. Niestety, nie nadaje się już do użytku. Latem używałam go niemalże codziennie. To była limitowana edycja, więc będę musiała poszukać czegoś innego. Pistacjowo-turkusowe cienie Neon marki Bell podobnie zamieniły się w kamień, nie były one jednak dla mnie aż takim hitem i must have w kosmetyczce, choć wspominam je dobrze.

To by było na tyle. Jutro pokażę Wam, co kupiłam w drogeriach, oraz zamówiłam ze sklepu Minti Shop i Oriflame w ubiegłym miesiącu. 

Do następnego razu!
Fifruwajka

czwartek, 1 maja 2014

Wracam :)

Minął mniej więcej rok od kiedy ostatni raz zamieściłam post. Przepraszam Was za moją nieobecność, ale niewiarygodna ilość zmian życiowych sprawiła, że nie miałam naprawdę czasu na prowadzenie bloga. W ciągu tego roku zostałam mężatką, kupiliśmy mieszkanie, które w dodatku było w stanie deweloperskim i wymagało ogromu prac wykończeniowych. Robiliśmy wszystko, co w naszej mocy, żeby móc się wprowadzić i mieszkać. Jakby tego było mało, zmieniłam jeszcze stanowisko w pracy.

Ślub i wszystko co z nim związane wydawało mi się małą rewolucją. Jednak dopiero, kiedy przyszło do kupna mieszkania i formalności z tym związanym, oraz prac remontowych, okazało się, że zamążpojście to w zasadzie nic takiego. W ostatnich miesiącach WSZYSTKO dosłownie stało na głowie.

Teraz dopiero, powoli, wszystko zaczyna się stabilizować i dzięki temu mam nadzieję powrócić do regularnego publikowania. Jupi! (nie wiecie, jak mi tego brakowało...)

Poniżej jedna z naszych fotografii ślubnych. :)


 Gorące ucałowania,
stęskniona Fifruwajka
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...