piątek, 2 maja 2014

Projekt denko - marzec/kwiecień

Cześć,

jak powiedziałam, tak robię. Blogowanie (znów) czas zacząć. Dzisiaj denko, jutro natomiast umieszczę post zakupowy.

Zużyłam trzy żele pod prysznic, oraz kolejną butlę mojej żurawinki do higieny intymnej.

Emulsję Bielendy niezmiennie uwielbiam - po prostu mi służy, doskonale spełnia swoją rolę, nie powodując żadnych podrażnień ani dyskomfortu. Doceniam również poręczną pompkę. 

Żel peelingujący (nazwany chyba przez producenta scrubem, ha ha ha) Discover jest całkiem przyjemny jeśli traktujemy go jako produkt do codziennej higieny a nie peeling z prawdziwego zdarzenia. Drobinki są za słabe by spisał się używany raz na jakiś czas, ale w zastępstwie żelu pod prysznic bardzo go lubię - ma piękny, świeży owocowy zapach - najlepiej spisuje się po treningu i zawsze wtedy kiedy szukamy orzeźwienia.

Wiśniowy olejek do kąpieli Farmony jest boski. Nie jestem obiektywna - kocham wiśnie i wszystko, co wiśniowe. Ten produkt pachnie obłędnie, słodko choć jednocześnie lekko cierpko, jak dojrzałe wiśnie polane syropem. Coś cudownego. Nie kosztował dużo - kupiłam go w Biedronce.

Żel Fairy City Lights byłby naprawdę w porządku, gdyby nie to, czego nie cierpię w żelach z limitowanych edycji Oriflame (żele dostępne w regularnej ofercie nie mają tego problemu). Otóż, bez względu na to, jaka jest kompozycja zapachowa, mój nos wyczuwa obok niej nieprzyjemną chemiczną bazę, która im dłużej żelu używam, tym bardziej mnie drażni. 

Wykorzystałam również balsam Mrs Potters, tym razem wersję z melisą. Niestety, ten wariant znacznie odstaje od swojego aloesowego brata - znacznie gorzej radzi sobie z nawilżaniem włosów (choć wciąż niby robi swoje), a ponadto cuchnie cytrynowym odświeżaczem do toalet. Z wielkim wysiłkiem zużyłam go ze względu na to, że nie był totalnym bublem i stan moich włosów był zadowalający. Przez wzgląd na zapach będę go jednak omijać w sklepach szerokim łukiem.

Szampon HairX jest fantastycznym szamponem oczyszczającym - do stosowania raz na jakiś czas. Włosy aż skrzypią. Pięknie pachnie i daje duży komfort stosowania. Jeśli chodzi o jego przeciwłupieżowe przeznaczenie, nie chcę się wypowiadać, bo moja skóra głowy sprawia ogromne kłopoty i naprawdę niewiele rzeczy na nią działa. Jest sucha i wrażliwa + ma duże skłonności do łupieżu. Zły szampon? Łupież. Zła dieta? Łupież. Chlorowana woda? Łupież. Używam teraz łagodnego szamponu Emolium w połączeniu z aptecznymi szamponami, a ten z Oriflame tylko uzupełnia tę pielęgnację jako oczyszczenie raz na jakiś czas.

Maska Argan + Keratin eveline była zaskakująco dobra. Włosy były zmiękczone, nawilżone, wypielęgnowane. Nie miałam problemów z rozczesaniem. Nie wykluczam, że kupię znowu jeśli natrafię na okazję cenową.

Krem do rąk Milk & Honey był super. Uwielbiam ten delikatny, słodkawy zapach. Krem dobrze nawilżał, wchłaniał się przeciętnie, jednak ja stosowałam go na noc kładąc grubą warstwę, więc nie miało to dla mnie większego znaczenia. Kupię na pewno, nie raz.

Szampon Klorane z granatem kiedys kupiłam jako element zestawu podróżnego. Miał tylko 100 ml. Nie przypadł mi do gustu. Perłowy, dobrze oczyszczający, ale mam wrażenie, że trochę podrażniał mi skórę głowy. Przyzwoicie oczyszczał i pięknie pachniał. Dla skalpów normalnych może być w porządku.

Pielęgnacja twarzy :) Moja ulubiona kategoria. 
Krem do twarzy Pharmaceris z 10% kwasu migdałowego to hit. Nie wykluczam, że jeszcze dziś pomaszeruję do Hebe po kolejną buteleczkę. Mojej cerze bardzo służył - delikatnie złuszcza, nie przesuszając skóry. Doskonale zapobiega wypryskom.

Tonik Pure Skin z Oriflame - nie polecam, czysty alkohol. Zużyłam, ale nie wrócę do niego, o nie.

Za to mgiełka Oasis tej samej firmy była bardzo przyjemna. Czasem aplikowałam ją na całą twar zamiast toniku, czasem psikałam nią na gotowy makijaż, żeby go utrwalić i 'zmiękczyć'. W obu rolach sprawdzała się znakomicie. Ani trochę nie podrażniała oczu. Hit.

Żel do mycia twary Pure Nature Oriflame cudnie pachniał gruszkami. Kupiłam go od razu kilka sztuk na wyprzedaży. Tymczasem, zapach mi się znudził, a same jego właściwości nie są już tak szałowe. Oczyszcza, ale czasem jeszcze znajduję pozostałości podkładu na waciku, poza tym jest srednio łagodny.

Jego przeciwieństwem jest żel z BeBeauty (Biedronka) - delikatny, doskonale oczyszczający. Pachnie też dość przyjemnie, przy następnej wizycie w Biedronce nie omieszkam poczynić zapas.

Mydełko Korolove od Joanny o zapachu zielonej herbaty jest rewelacyjne. Pachnie przepięknie - tak subtelnie i świeżo. Spodobało się również mojemu mężowi..

Dezodorant z Oriflame u mnie dają radę w okresie jesienno-zimowo-wiosennym. Ten też był OK. Pachniał bardzo przyjemnie. Jego jedyną wadą jest to, że wyciekał spod zakrętki nieestetycznie brudząc opakowanie. Nie znoszę tego.

Wody do prasowania z Pachnącej Szafy to moje must have. Nie lubię prasować, a ten produkt ułatwia i uprzyjemnia tę czynność. Przy okazji delikatnie perfumując ubrania. Zanzibar jest na tyle uniwersalny, że używam go i ja i mój mąż.

Na koniec kosmetyki kolorowe. Uwielbiam podkłady z Oriflame. Większość z nich ma krycie lekkie w stronę średniego, ale dzięki kremowi Pharmaceris taki poziom krycia mi odpowiada ;)

Wyglądają naturalnie i mają sensowną gamę kolorystyczną. Ja, jako ekstremalny bladzioch, używam najjaśniejszego porcelain (niełatwo o taki odcień w drogeriach), a kiedy złapię trochę słońca, mieszam porcelain z drugim odcieniem w kolejności czyli light ivory. Zarówno Everlasting jak i Giordani Gold Adaptacyjny mi odpowiadały. Everlasting był chyba trwalszy i odrobinę bardziej kryjący, Giordani to taki trochę kremik tonujący. Z obu byłam zadowolona.
Zużyłam też kredkę Oriflame Dramatize Kohl Pencil w odcieniu Brown Black, która ma ciekawy kolor czerni wpadającej w brąz. Utrwalam ją zawsze cieniem i daje radę na powiece cały dzień. 

Oraz dwa produkty kremowe. Nigdy nie jestem w stanie zużyć ich nim minie im termin przydatności. Za różem w kremie Bell Air Flow w kolorze pomarańczowym będę tęsknić. Niestety, nie nadaje się już do użytku. Latem używałam go niemalże codziennie. To była limitowana edycja, więc będę musiała poszukać czegoś innego. Pistacjowo-turkusowe cienie Neon marki Bell podobnie zamieniły się w kamień, nie były one jednak dla mnie aż takim hitem i must have w kosmetyczce, choć wspominam je dobrze.

To by było na tyle. Jutro pokażę Wam, co kupiłam w drogeriach, oraz zamówiłam ze sklepu Minti Shop i Oriflame w ubiegłym miesiącu. 

Do następnego razu!
Fifruwajka

5 komentarzy:

  1. Sporo całkowicie obcych jak dla mnie kosmetyków ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Tonik Pure Skin z Oriflame - masz może porównanie z clinique ? Bo clinique w sumie też sam alkohol ale mi takie służą :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Miałam chyba kiedyś miniatury trzech kroków Clinique, ale to było kilka ładnych lat temu kiedy moja cera była też zupełnie inna. Poza tym, pamiętam, że te kosmetyki nie zrobiły na mnie dobrego wrażenia. Kilka razy w tygodniu na noc stosuję kremy złuszczające, więc raczej staram się żeby reszta kosmetyków była w miarę delikatna.

    OdpowiedzUsuń
  4. mam wielką ochotę na krem Pharmaceris tylko nie wiem czy wybrać 5% czy 10%

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja zachęcam. Dla mnie to idealny krem złuszczający. Ten 10% nie jest jakiś strasznie mocny, ja stosuję go co drugi dzień i nie mam żadnego łuszczenia ani innych rewelacji. Z drugiej strony, moja skóra już trochę kwasów (głównie aptecznych) przeżyła. Jeśli nigdy nie stosowałaś kwasów, może bezpieczniej byłoby zacząć jednak od 5 %...?

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...