czwartek, 19 czerwca 2014

Zamówienie z Yves Rocher i inne zdobycze

Korzystając z kodu rabatowego założyłam zamówienie w sklepie internetowym Yves Rocher.


Za całość zapłaciłam 135 złotych. Moje zakupy przedstawiają się następująco:















Rewitalizujące serum usuwające oznaki zmęczenia (109 zł)

Zestaw kosmetyków (26 zł)
  • Delikatny szampon z wyciągiem z hamamelisu
  • Żel pod prysznic Grejpfrut z Florydy 
  • Żel pod prysznic Gardenia z Polinezji


Rewitalizujące serum usuwające oznaki zmęczenia
PREZENT
Krem do twarzy na dzień Anit Age Global
PREZENT
Torba na zakupy
PREZENT
Prezent niespodzianka (koncentrat wygładzający zmarszczki Serum Vegetal)
PREZENT
Woda perfumowana Moment de Bonheur + pomadka Grand Rouge + tusz do rzęs Volume Vertige
PREZENT 







Jak widzicie, gratisów jest znacznie więcej niż produktów, za które zapłaciłam. Przesyłka również była darmowa. Według moich obliczeń rachunek opiewał na około 16% standardowej wartości tych produktów. 








Zamówienie złożyłam głównie po to, żeby móc kupić serum do twarzy Elixir 7.9 Ostatnio napaliłam się na tę serię. Akurat obowiązywała promocja 2 w cenie 1 na ten kosmetyk weszłam więc w posiadanie dwóch opakowań. Jako prezenty do zamówienia dostałam krem Anti Age Global i koncentrat wypełniający zmarszczki Serum Vegetal (to był prezent niespodzianka).







Zdecydowałam się również na produkty do higieny: dwa żele pod prysznic Jardins Du Monde, grejpfrutowy (cudnie i bardzo naturalnie pachnie) i o zapachu gardenii, oraz łagodny szampon Hamamelis.


Jako gratis, mogłam wybrać jakikolwiek produkt z oferty sklepu. Zdecydowałam się na zestaw woda perfumowana Moment de Bonheur, tusz Volume Vertige i pomadkę Grand Rouge. Tusz i woda powędrują do mamy jako prezent, a pomadka zostanie ze mną.


W Biedronce natknęłam się na maseczki Pure Derm w płatach za 1,99 zł sztuka. Wzięłam 5, a co mi tam! :) Jedną już dałam mamie, niedługo będziemy obie testować i zdam Wam relację.


W Hebe skusiłam się na czarny klasyczny Tangle Teezer dla męża, bo mi podbierał mój, (teraz każde z nas ma swoją szczotkę!), olejek arganowy marki Ava i kolejną maseczkę Lomi Lomi - tym razem winogronową. Uwielbiam te maseczki - tak cudownie nawilżają, a forma płata jest super wygodna. Wrzuciłam również do koszyka chusteczki do higieny intymnej Tami. W Rossmannie kupiłam tonik Bielendy z linii Pharm do cery trądzikowej. Ma genialny skład, a kosztował jedynie 10,99.


Żadna z masek do włosów z sieciowych drogerii mnie nie przekonała, nie mam ochoty na wielkie pudła typu Kallos Latte albo Seri a popularne marki jak Nivea czy Gliss Kur moim włosom nie odpowiadają. Swoje odżywkowe chciejstwo zaspokoiłam w sklepiej Ziaja dla Ciebie. Przy okazji zakupów otrzymałam też próbki nowej serii Manuka. Zobaczymy, co to za cuda. Dziś jestem akurat u rodziców, na krótkie wypady zazwyczaj zabieram próki, więc będę ich sobie używać, dam Wam znać. W aptece kupiłam olejek rycynowy, który wykorzystuję w mojej mieszance OCM.


Oprócz tego wzięłam udział w testach zapachów, które mają szanse pojawić się w katalogu Oriflame w 2016 roku. W zamian za uczestnictwo, otrzymałam podarunek od marki.


Otrzymałam wodę perfumowaną i krem do ciała, pomadkę i lakier od paznokci z linii The One. Wodę i krem podaruję pewnie teściowej przy jakiejś okazji, bo mam już ten zapach w swojej kolekcji a biorąc pod uwagę ilość moich flakonów, w tym życiu nie zdążę go zużyć. Kolejny egzemplarz byłby grubą przesadą. Lakier ma prześliczny odcień i naprawdę jest trwały. Mamy czwartek, paznokcie malowałam w niedzielę, a kolor na paznokciu wciąż nieskazitelny.

Dajcie znać, jeśli stosowałyście już te kosmetyki - chętnie poznam Waszą opinię. :)

Buziaki,
Fifruwajka

niedziela, 15 czerwca 2014

Kolejna odsłona projektu denko

Na początku maja pokazywałam Wam swoje zużycia. Dziś zauważyłam, że torba ze zużytymi kosmetykami wypełniła się po raz kolejny. Tego, co znalazło się w środku, będzie dotyczył ten post.


O masełku Arbuz Bielendy więcej możecie przeczytać tu. W skrócie, było fantastyczne.
Wykorzystałam też żel do zmęczonych nóg Perfect Body Oriflame i krem antycellulitowy Swedish Spa tej samej marki. 

O żelu przede wszystkim muszę powiedzieć, że jest stanowczo za drogi. Spełnia swoją podstawową funkcję przynoszenia ulgi zmęczonym nogom, ale poza tym szału nie robi. Nie zauważyłam długotrwałego wpływu na naczynka, kolor zielony nie był skuteczny w tuszowaniu niedoskonałości moich nóg, nie zachwyciły mnie też zapach i konsystencja.Nie zrozumcie mnie źle, ten kosmetyk nie jest zły, ale za tę cenę mam większe oczekiwania (cena regularna to 60 złotych za 100 ml produktu).

Krem antycellulitowy ma piękny imbirowy zapach tej linii. Ładnie się wchłania, lekko napina skórę. Niestety, jest lepki. Wpływu na cellulit też nie zauważyłam.


Słynna odżywka Long Repair nie podbiła mojego serca. Kupiłam ją żeby zmierzyć się z legendą produktu i pewnie więcej już po nią nie sięgnę. Po jej użyciu, moje krótkie włoski strasznie mi się puszyły i odstawały od głowy. Wyglądało to komicznie i nie byłam w stanie nad nimi zapanować. Jest to mój stały problem, ale większość odżywek go niweluje, a nie pogłębia. Ta była niechlubnym wyjątkiem.

Szampon z dziegciem Green Pharmacy to moja trauma. Przez ten straszny zapach nie byłam w stanie go zużyć. Jak on potwornie cuchnie! Po wykończeniu około opakowania zaczęłam go stosować do mycia pędzli. Na głowie szału nie robił, a w tym drugim zastosowaniu dawał radę. Dobrze odpierał też podkład z gąbeczki RT. ;)

Szampon Emolium polecam każdemu, kto ma kłopoty z nadwrażliwą skórą głowy. Łagodzi i uspokaja skalp, dla włosów jest całkowicie neutralny - nie poprawia ani nie pogarsza ich wyglądu. Jest niestety dość drogi - poszukuję w tej chwili jego tańszego odpowiednika.

Zużyłam też saszetkę odżywki Nature Secrets Oriflame. Lubię odżywki z tej linii, te konkretna jednak jest chyba trochę słabsza. Zapach też mnie nie zachwycił, podsumowując nie zdecyduję się na pełnowymiarowy produkt po zużyciu próbki.


Pianka do higieny intymnej Oriflame Feminelle wbrew moim obawom była dość wydajna. Odświeżała okolice intymne i nie powodowała podrażnień. Jednak opakowanie okazało się dla mnie mało praktyczne, ciągle gdzieś mi uciekała ta zatyczka. Zdecydowanie preferuję pompki.

Limitowane żele pod prysznic Oriflame zdecydowanie mi nie leżą. Ten z You Dazzle też nie zachwycił. Mył w porządku, ale zapach miał lekko chemiczny. Jestem na nie.

Mimo mojej całej sympatii do Bielendy i uwielbienia dla zapachu wiśni, peeling Zmysłowa Wiśnia ot jeden z tych produktów, których więcej nie kupię. Pachniał bardzo ładnie i dobrze złuszczał. Produkt oparty był głównie na parafinie pozostawiał więc lekko tłustawą powłokę na skórze. Tym, co jednak ostatecznie mnie do niego zraziło, jest to, że był mocno farbowany i barwił wodę na ciemnoróżowo, tym samym brudząc kabinę prysznica. Zabieg złuszczania ma być przyjemny, a nie wzbudzać frustrację.

Kremowy żel pod prysznic Luksja to całkiem przyzwotiy żel pod prysznic. Za cenę 6 złotych otrzymałam 0.5 litra produktu, który przyjemnie pachniał, dobrze się pienił i nie przesuszał mojej skóry. Nie nawilżał jej też specjalnie i nie zachwycił mnie też jakoś szczególnie konystencją i zapachem, więc raczej do niego nie wrócę.


Płyn micelarny Delia nadaje się wyłącznie do zmywania twarzy. Dobrze zmywa makijaż, ale bardzo podrażnia oczy. Z tego powodu, więcej go nie kupię.

Wygładzający eliksir zwężający pory AA Prestige to drogi kosmetyk, który nie polubił się z moją skórą. Ten produkt pięknie nawilża i rozświetla. Nałożony pod nawilżający krem na noc, sprawia, że rano buzia jest niesamowicie promienna. Niestety, okrutnie zapychał mi skórę, powodując wysyp wszelkich możliwych niedoskonałości. Nie nadaje się również na szyję i dekolt. A szkoda.

Kuracja dermatologiczna na noc z witaminą C marki Ziaja wręcz przeciwnie, świetnie się spisała nie powodując przykrych niespodzianek. Nakładana samodzielnie na skórę nie nawilżała wystarczająco, ale pod kremem na noc spisywała się znakomicie. Wzmacniała jego działanie i nie zapychała porów. 

Krem pod oczy z witaminą E kupiłam jeszcze kiedy była zima i okolica wokół oczu była przesuszona. Ponieważ miałam wtedy skromne fundusze udałam się do sklepiku Ziaja dla Ciebie i wybrałam sobie ten kremik. Ze wszystkich dostępnych wydawał mi się najbardziej konkretny, pani ekspedientka zapewniła mnie, że nadaje się pod makijaż. I tak rzeczywiście było, poza tym krem dość dobrze nawilżał.

Wykończyłam też kolejne opakowanie emulsji Oasis spf 30 Oriflame. To rewelacyjny produkt. Dobrze nawilża, skutecznie chroni przed słońcem. Nie bieli ani nie powoduje powstawania wyprysków. W ciepłych miesiącach doskonały zamiast kremu na dzień. Bardzo go lubię.


Maseczki od zawsze goszczą w mojej pielęgnacji. Stosuję je raz- dwa razy w tygodniu.

Jedną z moich ulubionych maseczek była Nutri Calm z Oriflame (różowa tuba), nawilżająco-odżywcza i łagodząca. Niestety, została wycofana. 

Ostatnio zaprzyjaźniłam się też z koreańskimi maseczkami Lomi Lomi. Miałam różne warianty (acerola, winogrono, aloes i ginkgo biloba), wszystkei jednak mają podobne działanie. Pięknie nawilżają i łagodzą cerę. Mają postać płata, wiec są wygodne w nałożeniu i nie trzeba ich zmywać. Kosztują 4 złote za sztukę, czyli jak na maski w płycie nie są drogie. 

Lubię też maseczki Ziaji. Tę z kozim mlekiem stosuję od lat. Jest nawilżająca i bardzo delikatna, dzięki pięknemu zapachowi bardzo mnie relaksuje. I nie kosztuje dużo, bo chyba około 1,30. 

Równie dobra jest maseczka nawilżająca z zieloną glinką. Dobrze się sprawdziła zastosowana po peelingu.

Maseczka z efektem mikrodermabrazji Bielendy najmniej mi przypadła do gustu, może dlatego, że ma postać żelową a nie kremową (takie preferuję). Coś tam nawilżała, ale efekt nie był dla mnie wystarczający.

Zużyłam też butelkę Tendre Jasmin. Ten zapach zdecydowanie należy do mich must have i zawsze muszę go mieć na półce.

To jest dla mnie idealna kompozycja na wiosnę. To właśnie o tej porze roku mam największą ochotę żeby nim pachnieć. To czyste, promienne, bogate kwiecie zamknięte w przejrzystym flakonie. Zapach wyrafinowany, choć niby prosty i oparty na jednym kwiecie. Urzekający.

Dla mnie jest on niesamowicie kobiecy i atrakcyjny. Doskonale pasuje do sukienki i do dżinsów, grunt, żeby pod ubraniem znalazło się trochę kobiecej przekory i wdzięku.

Często zauważany i komplementowany. Lubiany przez mężczyzn. W dodatku niedrogi. Teoretycznie w sklepach Yves Rocher kosztuje niemało, bo 175 złotych, ale mozna go kupić z dużą zniżką. Polecam!


O tuszu Wonder powiedziano już tyle, że ja tylko dodam, że zasłużenie jest on bestsellerem Oriflame. Nie tylko daje piękny efekt, pozwala na nałożenie wielu warstw tuszu bez sklejania rzęs, ale także trea na nich cały dzień i sie nie rozmazuje. Zawsze do niego wracam.

Eyeliner My Secret był całkiem w porządku. Opakowanie było bardzo złej jakości, całkowicie wytarły się z niego napisy, ale sam produkt w środku był w porządku. Pędzelek odpowiednio wyprofilowany i precyzyjny pozwalał na nałożenie równej kreski. Nie po drodze mam do Natury, ale gdyby kiedyś to się zmieniło, nie wykluczam, że kupię go ponownie.

Podkład Perfect Fusion Oriflame to kosmetyk dobry na sezon zimowy. Kremowa konsystencja otulała skórę i zapewniała średnie krycie (czyli dla mnie całkowicie wystarczające). Teraz latem był za ciężki i wyglądał topornie. Ogólnie, wart wypróbowania.

Ufff... Naprawdę tyle tego nazbierałam w 1.5 miesiąca? Palce mnie aż bolą od stukania w klawiaturę... Dajcie znać, czy miałyście któryś z tych produktów i jakie są Wasze wrażenia.

Buziaki,
Fifruwajka

sobota, 14 czerwca 2014

Paznokciowe wspomagacze

Komu marzą się długie piękne kształtne pazurki? Łapka do góry!
Ja zaczęłam intensywnie dbać o paznokcie rok temu z powodu ślubu. Marzyły mi się własne długie wypielęgnowane paznokcie i cel ten udało mi się osiągnąć. Oprócz tego, że regularnie biegałam na manicure do salonu, w domu wspomagałam się kosmetykami przeznaczonymi do paznokci. Dziś przedstawię Wam czego używałam i jak te produkty oceniam.



Na powyższym zdjęciu możecie zobaczyć wszystkich moich pomocników. W sumie, kiedy teraz o tym myślę, to nie marka produktu ani jego cena zadecydowały o sukcesie, ale konsekwencja i regularne stosowanie.

Zacznę od lewej. Pierwsza będzie emalia-odżywka Nail Shield w bladoróżowym odcieniu z Oriflame. Ten produkt nie działał spektakularnie jeśli chodzi o wzmacnianie paznokcia. Doskonale sprawdzał się jednak w podtrzymaniu rezultatów. Długie paznokcie wyhodowane na Nail Teku były bardzo dobrze zabezpieczone tą odżywką. Pięknie wygląda na paznokciu, dzięki mlecznej barwie i dość mocnemu jak na odżywkę kryciu może skutecznie zastąpić lakier do Frencha.

Kolejna jest odżywka z Oriflame Nail Boost. Ponoć jest świetna. Niestety, nie mogę potwierdzić, bo zabrakło mi systematyczności w jej używaniu. Nie odpowiadała mi konsystencja. Za pomocą pędzelka należało nałożyć rzadki płyn z zielonymi kulkami na paznokieć i wmasować. Jakoś mi się to nie spodobało.

Krem z Yves Rocher, choć stosowany bardzo podobnie, był znacznie gęstszy i bardziej efektywnie dawał się wmasować. Żeby lepiej działał nakładałam go w łóżku przed snem. Do tego kosmetyku wróciłam wiosną tego roku i znów pozwolił mi zapuścić długie pazurki (samodzielnie stosowany, nie używałam w tym czasie Nail Teka).

Na koniec Nail Tek. Zdecydowałam się w Hebe na duo w cenie około 40 złotych. Dzisiaj widziałam w Super-Pharm te dwupaki za niewiele wyższą cenę. I jak to często w zestawach bywa, jeden kosmetyk uwielbiam, drugi - nie podpasował mi. Baza pod lakier nie przedłuża trwałości lakieru i wydaje mi się, że położony na nią lakier traci blask. Po kilku użycia przestałam po nią sięgać. 

O bezbarwnej odżywce mogę jednak wypowiadać się w samych superlatywach. Doskonale wzmacnia i utwardza pazurki. Nakładamy ją przez kilka dni, warstwa po warstwie, następnie zmywamy i powtarzamy cały proces. Nawet moje miękkie paznokcie stały się niezniszczalne. Z powodu jednak zawartości formaldehydu, sam producent informuje o tym, żeby nie używać jej stale. Idealnym jej uzupełnieniem była dla mnie emalia Nail Shield.

Teraz mam naturalne krótkie paznokcie, ale kiedy zapragnę znów je zapuścić, z pewnością emalia Oriflame, odżywka Nail Tek i wzmacniający krem do paznokci Yves Rocher powrócą do łask.

Jak Wam mija weekend? Mi -szybko :) Niby nic specjalnego dzisiaj nie robiliśmy, a sobota już się skończyła.

Tym, przed którymi jeszcze są sobotnie imprezy, życzę dobrej zabawy!
 Buziaki,
Fifruwajka

czwartek, 12 czerwca 2014

Moje doświadczenia z serwisem Asusa

Dzisiaj post raczej nietypowy, bo pisać będę o tym, jak z moim sfatygowanym netbookiem obszedł się serwis Asusa. Na około dwa miesiące przed końcem 2-letniej gwarancji mój netbook z linii EeePc przestał się uruchamiać, a dokładniej uruchamiał się tylko do pewnego momentu, a następnie wyłączał... Co więcej, zaślepka utrzymująca obudowę w ryzach pękła i górna jej część zaczęła latać. Bałam się, że wypadnie. 

Inaczej niż mój mąż, nie jestem computer-freakiem, nie jestem też na pewno wzorcowym użytkownikiem. Czasem jem kanapkę pracując na komputerze, czasem piszę posta siedząc w łóżku. Komputer nigdy mi jednak nie spadł ani nie był zalany. Szczerze, nie sądziłam że serwis tak po prostu uzna gwarancję i dokona naprawy, spodziewałam się, że obarczą mnie winą za uszkodzenia i że będę musiała zacząć się rozglądać za nowym komputerem...

Moje obawy spotęgowały jeszcze dodatkowo wszechobecne skargi na forach i blogach pod adresem Asusa. Mieli być nierzetelni, zalewać sprawne komputery i naciągać klientów na mocno zawyżone ceny napraw, nie uwzględniając zasadnych roszczeń gwarancyjnych.

W pewnym momencie zaczęłam nawet żałować, że go w ogóle wysłałam do ich serwisu, bo przypomniało mi się, że w netbooku została karta pamięci z aparatu :D i ubzdurałam sobie, że jej nie odzyskam już (babska panika).

Tymczasem muszę powiedzieć, że serwis gwarancyjny bardzo mnie zaskoczył... pozytywnie! Po dwóch tygodniach od zgłoszenia komputer jest ze mną. Nadwyrężone części zostały wymienione, netbook normalnie się uruchamia. Po odbiór komputera zgłasza się kurier i to kurier dostarcza go nam po naprawie.(W sumie dla mnie to był trochę minus, bo mieszkam niedaleko Warszawskiego serwisu - w sumie nie wiem czy jest jakis inny - i wolałabym dostarczyć i odebrać go sama, byłby ze mną szybciej, no ale trudno, taką mają politykę...) Wszystko jest oczywiście bezpłatne. Na dodatek ucieszyłam się widząc moją kartę SD całą i zdrową, profesjonalnie zapakowaną w foliową kopertkę.

Myślę, że wezmę to pod uwagę przy zakupie kolejnego komputera.

Buziaki,
Fifruwajka

niedziela, 8 czerwca 2014

To, co wpadło w oko (a potem do koszyka)

Według historii zakupów ze strony ostatnie zamówienie w Yves Rocher robiłam 1,5 roku temu. Karta do zbierania pieczątek w sklepie też się przeterminowała. Ostatnio zatęskniłam za serią owocową tej marki i udałam się do sklepu stacjonarnego.


Kupiłam żel peelingujacy malina, założyłam kartę, a z tej okazji otrzymałam markową torbę, próbki i talon na tusz do rzęs. 

Następnego dnia pognałam do sklepu zrealizować kupon. Wystarczyło kupić cokolwiek, żeby go otrzymać. Ja wybrałam mydełko truskawkowe (jakie one teraz są małe!) i kuleczkę kokosową do kąpieli.

 Po powrocie do domu zajrzałam na wątek o kosmetykach tej marki na wizażu i przepadłam. Wizażanki szybko przypomniały mi, że z Yves Rocher najlepiej opłaca się kupować wysyłkowo, bądź ze sklepu internetowego bądź realizując oferty przychodzące pocztą.

Ja zdecydowałam się na ofertę wysyłkową w której gratisem była woda perfumowana So Elixir Purple 30 ml.



Zawartość paczki poniżej.



Za powyższe rzeczy zapłaciłam niewiele ponad 70 zł.

Kupiłam wodę So Elixir Purple, krem przeciwzmarszczkowy Riche Creme z myślą o stosowaniu go na noc, żel peelingujący Plaisirs Nature Truskawka, mini mleczko Plaisirs Nature Malina, płyn micelarny z wyciągiem trzech herbat, żel dezynfekujący do dłoni i błyszczyk śexy Pulp. Jak na razie, otworzyłam błyszczyk i całkiem przypadł mi do gustu - nieklejący, daje efekt tafli wody, przyjemnie pachnie.


W Rossmannie skorzystałam z promocji na kosmetyki Bielendy. Wybrane masła do ciała były przecenione i kosztowały 8,90 a dodatkowo, przy ich zakupie otrzymywało się preparat antycellulitowy Pomarańczowa Skórka.

Wyposażyłam się również w maseczki. W sklepiej Ziaji kupiłam dwie saszetki kremowej maski Kozie Mleko (1,30 za sztukę), a w Hebe kolejną maseczkę Lomi Lomi. Są świetne i całkiem niedrogie jak na maski w płacie, bo kosztują 4 zł.


Jak upalnie! Żegnam się z Wami i kieruję się w stronę lodówki żeby nalać sobie trochę schłodzonej zielonej herbatki.

Fifruwajka

wtorek, 3 czerwca 2014

Bardzo 'cacy' i całkiem 'fancy', czyli moje dwa ulubione malowidła

Dziś pokażę Wam dwa kosmetyki grzechu warte. Od pewnego czasu są moimi must-have, używam ich niemal codziennie i zawsze spisują się rewelacyjnie. To prawdziwi ulubieńcy, doskonale odpowiadają moim potrzebom i oczekiwaniom, poza tym oba zakupiłam w bardzo rozsądnej cenie.


To cacuszko w pięknym ozdobnym puzderku szturmem podbiło blogosferę. Udało mi się je kupić tylko dlatego, że wybrałam się na otwarcie Hebe w kwietniu (po 10 minutach od otwarcia sklepu wszystkie były wykupione...).

Ale mnie tylko opakowanie jest piękne. Puder rozświetlający 'Celtica' marki Catrice skrywa równie efektowne wnętrze. Sami spójrzcie.


Jednak pomijając atrakcyjne opakowanie, sam kosmetyk jest również świetnej jakości, drobno zmielony, delikatny highlighter o chłodnawym odcieniu. Nie nadaje skórze koloru, zostawia gładką taflę. Cena również bardzo przystępna bo kosztował niewiele ponad 20 zł. Jedyna wada? Był to produkt z edycji limitowanej, prawdopodobnie nie będzie już dostępny. Po cichu liczę, że producent wprowadzi może podobny produkt do stałej oferty?

Kolejny kosmetyk to pomadka Oriflame z ekskluzywnej linii Giordani Gold Jewel. Do tej pory mam już trzy odcienie i wszystkie są prześliczne:


Kolory od lewej/na zdjęciu poniżej od góry: Warm Coral (ceglana czerwień), Dusky Nude (beżowo-różowa), oraz Peach Kiss (brzoskwiniowy nude).

Pierwsza w mojej kolekcji była Peach Kiss, pomadka tak mnie zachwyciła, że podczas kolejnych promocji w katalogu na ten produkt, decydowałam się na następne odcienie.

Szminka jest bardzo kremowa, wręcz masełkowata, pozostawia uczucie podobne do zastosowaniu balsamu. Nie wysusza ust, a wręcz je nawilża. Jest przeciętnie trwała, jednak równomiernie się zjada i do ostatnich swoich chwil wygląda na wargach atrakcyjnie. Średnio napigmentowana, nałożenie kolejnych warstw zwiększa intensywność koloru. Mi jednak najbardziej podoba się stonowany półprzezroczysty efekt, jaki daje jedna warstwa. Doskonale nosi się na ustach. Ma przyjemny, niedrażniący zapach. Wisienką na torcie jest wyjątkowo atrakcyjne opakowanie.


Oba kosmetyki uwielbiam i używam ich z olbrzymią przyjemnością. Są zdecydowanie warte swojej ceny.

A teraz uciekam do domowych obowiązków!
Fifruwajka
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...