wtorek, 16 września 2014

Zakupy internetowe: zamówienie z Yves Rocher i doz.pl

Mój ulubiony szampon z Yves Rocher zaczął sięgać dnia. Niestety, jest on dostępny jedynie przez stronę marki, więc musiałam złożyć zamówienie. W sklepie internetowym nie opłaca się zamawiać pojedynczych produktów, więc zastanowiłam się, co jeszcze mi się przyda i skompletowałam koszyk.

Potrzebowałam też trochę witamin i leków, więc złożyłam zamówienie na stronie doz.pl. Dorzuciłam sobie do niego masełko Floslek, ponieważ zbierają one całkiem dobre opinie w internecie. Mój wybór padł na truskawkowo - poziomkowe.

Efekty zakupów poniżej:


W Yves Rocher kupiłam:
- 2 szampony Hamamelis - 11,80 każdy
- odżywkę odbudowującą do włosów suchych - 9,90
- mydło w płynie kwiat lotosu - 10
- dezodorant w kulce migdał - 9,9
- balsam do ust z masłem karite - 6,90

Jako prezent do każdego zamówienia dostałam kalendarzyk z długopisem, za zakupy powyżej 39 zł można było wybrać sobie prezent. Mam już dość smarowideł, więc wybrałam budzik. Nie jest to żadne dzieło sztuki użytkowej, ale jak na gratis może być.

Dostałam też kremik pod oczy rozświetlająco-przeciwzmarszczkowy i dwie próbki - nowej maseczki nawilżającej i nowego zapachu Quelques Notes d'AQmour

 Masełko Floslek natomiast kosztowało mnie 21,50 w aptece internetowej.

I to tyle zakupów. Jestem bardzo ciekawa nowej wody. Wkrótce testy. :)

Trzymajcie się cieplutko,
Fifruwajka

poniedziałek, 15 września 2014

Peeling do ciała Lirene Youngy

 Lirene ma w swoim dorobku kilka dobrych ścieraków. Kierując się tą myślą, podczas poszukiwań peelingu capnęłam opakowanie tego produktu. Cena w promocji i wesołe kolorowe opakowanie też zrobiły swoje.


Podoba mi się też, że produkt ma przezroczystą. Lubię wiedzieć, ile mi go jeszcze zostało i kiedy będę musiała uzupełnić zapasy kosmetyczne.

Tubka jest poza tym bardzo estetyczna. Wesoła kolorystyka i grafika na opakowaniu nie są może super eleganckie, ale za to przyjazne i sympatyczne. Podoba mi się też to, że jest miękka i łatwo wydobywa się produkt.

Jego cena nie jest wysoka jak na tego typu kosmetyk, raptem kilkanaście złotych. 

Obietnica grubych ziarenek i soczystego zapachu mango oraz sprawdzona marka to dobrze rokujące połączenie.




Kosmetyk ma konystencję gęstego żelu, w którym znajduje się całe mnóstwo dobrze ścierających drobinek. Muszę powiedzieć, że jest moc! Skóra po zabiegu złuszczania jest gładka, zaróżowiona i dobrze ukwrwiona. Cały zabieg uprzyjemnia słodki, intensywny zapach mango. Ja od peelingu nie oczekuję nic więcej. 

 Skład tyłka nie urywa, ale peeling mamy tylko kilka chwil na ciele i go zmywamy, więc nie drażni mnie to tak jak w kremach czy balsamach do ciała.

Kiedy patrzę na obietnice producenta na tyle opakowania, to muszę powiedzieć, że wszystkie są prawdziwe. Naprawdę dobry kosmetyk.

Z wydajnością jest średnio, ale cena nie jest wysoka, więc można wybaczyć ten drobiazg. Poza tym, peeling jest naprawdę jednym z lepszych jakie ostatnio miałam.

Czy wrócę? Na pewno. Jednak moja natura poszukiwacza coraz to nowych zapachów i konsystencji najpierw skłoni mnie do zakupu pięciu innych. Niemniej jednak ten zapisuje się w mojej pamięci jako solidna pozycja w rankingu peelingów, których dane mi było do tej pory używać.

A czy Wy macie swój peelingowy hit?

Buziaki,
Fifruwajka

niedziela, 14 września 2014

Masełko do demakijażu twarzy The Body Shop - recenzja

Od paru miesięcy jestem wierna metodzie oczyszczania twarzy olejami i ściereczką muślinową/ręczniczkiem. Moja skóra jest ładnie nawilżona i rzadziej pojawiają się niespodzianki. Zazwyczaj stosuję mieszankę olej winogronowy + olej rycynowy + kilka kropli olejku lawendowego .Zużyłam jednak kilka buteleczek i zapragnęłam odmiany. Będąc w The Body Shop mój wzrok powędrował w kierunku masła do demakijażu tej marki w zakręcanym metalowym pudełeczku. A że było przecenione z 49 zł na 29 zł...


90 ml masełka znajduje się w zakręcanej mini-puszce. Wydaje się to niewiele, zwłaszcza w zestawieniu z ceną, ale produkt jest dość wydajny (starczył mi na dłużej niż 200 ml zwykłej mieszanki olejowej). Puszka jest estetyczna, ale jej odkręcanie mokrymi łapkami pod prysznicem trochę mnie irytuje. Rozumiem jednak, że produktów o gęstych konsystencjach nie da się upchnąć w pojemniczkach z próżniową pompką i że tak po prostu musi być.


Kosmetyk jest tłusty i dość zbity, ale dobrze się nabiera palcami i rozprowadza na twarzy. Ma ładny delikatny zapach i w połączeniu z gorącym ręcznikiem albo szmatką muślinową skutecznie oczyszcza. Dobrze rozpuszcza makijaż. Cera po takim oczyszczeniu nie jest tłusta, ale nie jest też przesuszona i ściągnięta jak to bywa po żelach do mycia twarzy. Jest to natomiast cecha olejowego oczyszczania twarzy w ogóle, ten typ tak ma po prostu. Lubiłam go jednak używać, nie przecieka przez palce jak rzadki olej ze standardowej mieszanki OCM. Cena jednak zdecydowanie przechyla szalę na rzecz tradycyjnych olejów w połączeniu z olejkiem rycynowym (koszt kilka złotych).


Skład, no właśnie, jest fajny i niefajny zarazem. Masło shea na pierwszym miejscu to na pewno duży atut kosmetyku, ale już perfumy tak wysoko nie powodują mojej radości. Pod tym względem też nie umywa się do samorobionej mieszanki.

Dla fanki OCM, może być ono pewnym urozmaiceniem i tak też było w moim przypadku. Moja cera je lubiła, reagowała na nie tak jak na każdy inny olejek, więc nie wykluczam, że jeszcze kupię. Niemniej jednak, gdybym miała wybierać czy do końca uzywać TBS czy samorobionego produktu, to stawiam na olejki do oczyszczania własnej roboty. :)

Znacie w ogóle/stosujecie metodę OCM? W moim przypadku to odkrycie tego roku i żałuję, że tak późno to się stało. Moja cera po prostu kocha olejki do demakijażu :)

Buziaki,
Fifruwajka

sobota, 13 września 2014

Wykorzystane do denka, czyli ulubiony projekt blogerki kosmetycznej

Moja papierowa torba, w której gromadzę zużyte opakowania po kosmetykach znów się wypełniła. I tradycyjnie, jest to dla mnie znak, że już pora by zaprezentować Wam jej zawartość.

Jeśli chodzi o pielęgnację twarzy, to ze wszystkich zużytych kosmetyków byłam bardzo zadowolona. 

Według opinii na wizażu płyn micelarny Yves Rocher nie jest zbyt skuteczny, u mnie jednak sprawdzał się świetnie. Miał ładny zapach, całkiem nieźle oczyszczał i zmywał makijaż, choć muszę przyznać, że mój demakijaż jest kilkuetapowy: najpierw zmywam oczy płynem micelarnym lub dwufazowym, potem OCM, a na koniec domywam resztki płynem micelarnym/tonikiem. Nie wiem, jak sprawdziłby się solo.

Kremik do twarzy Bielenda Pharm szerzej opisałam tu

Serum Elixir 7.9 to mój kolejny ulubieniec, produkt ten miał lekką, nietłustą, szybko wchłaniająca się, ale nie żelową konsystencję. Nazwałabym ją - aksamitną.Pachniał zielono i przyjemnie, pięknie nawilżał i pielęgnował buzię. Nie podrażniał. Jestem zadowolona i kupię ponownie.

Swoją pielęgnację uzupełniałam maseczkami. Zużyłam też trochę próbek podczas weekendowych wypadów.


Z maseczek Ziaji nie polecam Sopot Spa (nic nie robi), Kozie Mleko, Kakowa i Ulga ładnie nawilżają i z pewnością nie raz jeszcze wpadną do mojego koszyka.

Masełka Bielendy z linii profesjonalnej Home Care nie zachwyciły mnie. Samo działanie było przyjemne, ale spodziewałam się większego wow po ich zapachu. A prawie kliknęłam je na allegro! Dobrze, że najpierw przejrzałam kuferek z próbkami.

Z pozostałych próbek pozytywnie mogę wypowiedzieć się o żelu Ziaja Liście Manuka i o korektorze zmarszczek Serum Vegetal Yves Rocher. Na tyle, na ile można ocenić po próbce, robią swoją robotę. Próbka kremu Hydra Vegetal to z kolei niewypał, krem niezbyt dobrze stapiał się ze skórą i drażnił mnie zapachem.


Błoto peelingujące Swedish Spa miało przepiękny, świeży aromat. Bardzo luksusowy i kremową konsystencję. I na tym koniec plusów, drobinki były niewielkie a ich ilość również pozostawiała wiele do życzenia. Przyjemne umycie ciała - tak, peeling - nie.

Żel  jojoba i mango z Nature Secrets mrki Oriflame był całkiem w porządku. Pod koniec opakowania zapach trochę męczył, ale to była butla 400 ml. Nie przesuszał, mył, wydajność przeciętna. W dobrej promocji można kupić.

Emulsja do higieny intymnej żurawina to mój must have. Łagodna i przyjemna w użyciu. Moje okolice intymne ją lubią, jeśli można tak powiedzieć. Cóż jednak zrobić skoro wycofali ją z Hebe? Kupiłam dwa opakowania tej emulsji w wersji z bawełną, a jak się skończą to się będę martwić.

Żel pod prysznic Paloma o zapachu trawy cytrynowej miał wiele plusów: odświeżający zapach (kochałam go w upały), niską cenę, sporą pojemność (300 ml), dobrą wydajność, ładne opakowanie. Irytowałam mnie tylko twarda butelka z której ciężko wydobyć resztki produktu.

Mydełka z Bath & Body Works są cudowne. Ślicznie pachną i dobrze oczyszczają dłonie. Mają niestety kiepską wydajność (u mnie około 1,5 tygodnia) i skandaliczną cenę (regularna to 29 zł). Na przecenach będę kupować, nie są jednak warte swojej regularnej ceny.

Mydła Isany zasadniczo lubię. Mówię zasadniczo, bo wiele zależy od wariantu zapachowego. Wszystkie dobrze oczyszczają, ale nie każdy aromat jest równie ładny i naturalny.

Pomarańcza i mango pachnie bosko, owocowo i naturalnie. Nie można tego jednak powiedzieć  o letniej edycji Copacabana, w której owszem wyczuwam kokosa, jednak doprawiono go hojnie cudownym zapaszkiem plastiku i chemii.

Jeśli chodzi o pielęgnację, to jestem z siebie dumna. Udało mi się wykończyć 150 ml krem do rąk od Oriflame. Nie, że krem był zły, ale jakoś ciężko mi zawsze idzie z tak dużymi pojemnościami. A sam krem był bardzo dobry - w sezonie letnim był kosmetykiem na noc. Dobrze nawilżał i ładnie pachniał. Więcej nie wymagam.

Sorbet do ciała Moringa od The Body Shop to prawdziwy dziwoląg. Ta konsystencja codziennie wprawiała mnie w osłupienie. Ona była sucha! Nawilżenie na lato wystarczające, cudowny trwały zapach i właściwości chłodzące czynią ten kosmetyk ideałem na upały. Za rok może sprawię sobie jeden.

O masełku arganowym przeczytacie tu

Krem do stóp BeBeauty był rzadki i nie spełniał moich oczekiwań pielęgnacyjnych. To jedyny kosmetyk, który wyrzucam nie skończony, bo minął mu termin ważności.

Balsam z drobinkami Lirene miałam w miniaturze 75 ml (a może 100 ml?). Był bardzo lekki i miał mnóstwo subtelnych drobinek. To taki kosmetyk na zadbaną opaloną skórę. Nie nawilża spektakularnie, ale faktycznie upiększa skórę.

No i ostatni kosmetyk - krem w długopisie na suchą skórę pięt od Essence z linii Show Your Feet. Nieee.... To był niewypał, nic nie robił, a ponieważ było go w tym długopisie malutko, to szybko mi się skończył.

Jeśli chodzi o suchy szampon Batiste, to moją opinię już znacie. Działa, ładnie odświeża włosy, ale moja skóra głowy się z nim nie lubi. Staram się go stosować tyko w sytuacjach naprawdę podbramkowych. Wrażliwcy, on może podrażniać!

Odżywka z olejkiem arganowym z Organix nie podbiła mojego serca. Nie było tragedii, ale miewałam lepsze. Na plus piękny zapach. Za cenę 30 zł spodziewałam się poprawy kondycji włosów, a nie tylko ułatwionego rozczesywania.

Podobnie - odżywka z linii receptury Babuszki Agaffii. Trochę nawilżała włosy, ale i tak nieładnie się puszyły. Miałam wrażenie, że nie są wystarczająco dociążone. 

Istnieją kosmetyki, które robią porządek na mojej głowie i takich będę się trzymać. Z powyższych wrócę tylko do Batiste, który też ideałem nie jest.


I odrobina kolorówki. Ostatnio odkryłam, że większość kosmetyków kolorowych mam z Oriflame. Nie jestem jakąś ortodoksyjną konsultantką i kosmetyki pielęgnacyjne kupuję gdzie popadnie, ale z makijażem jakoś trzymam się tej marki. One chyba mi po prostu służą, doceniam zwłaszcza jasne kolory podkładów. No i fajne jest to, że można zwrócić produkt, jeśli coś nie leży. Złą odżywkę do włosów mogę zużyć jako produkt do golenia nóg, ale co począć z niepasującym kolorem szminki?

OK, do rzeczy! Cień w kremie Joko już nie jest w sprzedaży. Miał śliczny kolor i ładnie wyglądał na powiece, ale krótko się utrzymywał. 

Podkład Giordani Gold to klasyk tej marki, który mojej cerze też odpowiada. Nie tworzy maski, nie przesusza, ładnie wygląda i zapewnia lekko-średnie krycie. Całonocnej imprezy nie przetrwa, ale na co dzień jest w sam raz.

Balsam Lip Spa szału nie robi. Ślicznie pachnie, ale nie zauważyłam spektakularnej poprawy kondycji ust, szybko się skończył i napisy się brzydko pościerały z opakowania.

Konturówka do ust Wonder z Oriflame to po prostu bubel. Rozpadła mi się na kawałki - była wykręcana, gryf wypadł osobno, plastikowa obudowa osobno. Sam produkt też taki sobie - woskowy i toporny, trudno było nim wyrysować kontur. Ładna gama kolorystyczna, ale co z tego?

Kredkę Dramatize kupowałam jak tylko pojawiała się w promocji. Jakościowo jest całkiem w porządku, a miała genialny kolor Black Brown. Czerń jest dla mnie trochę za ciężka na dzień, brąz zazwyczaj zbyt ciepły i blady, a ten odcień brązowej czerni uwielbiałam. Niestety, to była jakaś limitowanka i nie wiem, czy uda mi się ją dostać.

Słonecznej niedzieli!
Fifruwajka

sobota, 6 września 2014

Zakupy - Hebe, Carrefour, Bath& Body Works oraz zamówienie z Oriflame

W Hebe niedawno pojawiła się promocja - 30% na wybrane marki. Uznałam, że to dobra okazja na kupienie serum nawilżającego z Bielendy, na które od jakiegoś czasu miałam chrapkę. Zamiast standardowych 29,90 zapłaciłam 20,90 zł. W Carrefourze, podczas robienia zakupów spożywczych natknęłam się na przecenę żeli Le Petit Marseiliais. Postanowiłam wypróbować jeden zapach, padło na migdałowy. Zapłaciłam 9,90 zł za 400 ml.


W kobiecej prasie (Cosmopolitan, Joy) pojawiły się kupny uprawniające do zniżek w wielu sklepach, mi.in. do Bath&Body Works. Przy zakupie min. 2 produktów, otrzymywaliśmy zniżkę 40% na cały asortyment sklepu. Wybrałam się po świecę, ale nic mnie nie urzekło. Kupiłam żel antybakteryjny (5,39 zł) i wkład zapachowy do etui (10,79 zł). Odkryłam też, że wzrosła cena regularna żeli antybakteryjnych - z 7,99 na 8,99. Trochę mnie bawi promowanie B&BW jako super drogiej i ekskluzywnej marki.


Zdecydowałam się na zapach Japanese Cherry Blossom w żelu i na Lavender&Vanilla w etui. Oba należą do moich ulubieńców.

Zrobiłam też zamówienie w Oriflame.

Kupiłam trochę rzeczy dla męża, a dla siebie wybrałam to, co możecie zobaczyć na zdjęciach poniżej.

Zdecydowałam się na zakup prześlicznej błękitnej kosmetyczki, która jest starannie wykonana, ma elegancką, złotą podszewkę, niestety, ma jedną wadę - jest trochę mała. Kosztowała 19,90.

Zamówiłam też malutki (30 ml) kremik do rąk z przeznaczeniem do torebki (3,12 zł), zmywac do paznokci (Oriflame ma je świetne) - 11,92 zł, puder w perełkach Giordani Gold - 23,92 zł, oraz mydełko Brazil Nuts - 2,32 zł.



Mydełko już kiedyś miałam i dosyć mi się spodobało. Puder w perełkach kupiłam, bo mój poprzedni zubożał o kuleczki, które pouciekały do umywalki i w rożne kąty w mieszkaniu. Był w dobrej cenie, więc stwierdziłam, że warto skorzystać.


Uzupełniłam też zapas mydełek do rąk. Wzięłam jedno w płynie o zapachu mandarynki i drzewka herbacianego (8,72 zł) i cztery różne zapachu mydełek w kostce - lawenda i figa, malina i mięta, wanilia i granat, brzoskwinia i bazylia. Każde kosztowało 2,32 zł.

Spośród wszystkich zakupionych rzeczy najbardziej ciekawi mnie serum Bielendy i żel Le Petit Marseiliais. Chętnie wypróbuję też zmywacz do paznokci The One.

Czekam też na zamówienie z Yves Rocher, które zrobiłam w środę, ale póki co ani widu, ani słychu.
Pochwalę się na pewno jak je dostanę.

Udanego weekendu!
Fifruwajka

środa, 3 września 2014

Japońska wiśnia i nawilżenie według Bath&Body Works

Bath&Body Works bardzo lubię, bo jestem 'węchowcem'. Ceny niestety powalają, ale podczas wyprzedaży warto się skusić, bo niektóre kompozycje zapachowe są naprawdę obłędne. Jednym z zapachów, które szczególnie mi się podobają, jest Japanese Cherry Blossom.

Z tej kolekcji posiadam krem potrójnie nawilżający. Spośród nawilżaczy do ciała, które oferuje B&BW, moim zdaniem ta konsystencja jest najlepsza. Masła do ciała i balsamy nie zachwyciły mnie aż tak bardzo.


Kremik zamknięty jest w wysokiej poręcznej tubie, z której łatwo można wycisnąć produkt. Opakowanie jest bardzo ładne, jedynym minusem jest to, że jest całkowicie nieprzejrzyste i nie można kontrolować poziomu zużycia.

Pojemność jest jak na nasze warunki dość niestandardowa, ale typowa dla Bath&Body Works: 226 g. 
Sam produkt jest gęsty, choć jednocześnie dobrze się rozsmarowuje. Ładnie otula skórę oraz zaskakująco mocno i długotrwale nawilża.

I naprawdę uwodzi zapachem! Tak, ta cudowna owocowo-kwiatowa woń, wzmocniona drewnem sandałowym jest naprawdę cudowna. Słodka i wyrazista, nie przypominająca żadnego z popularnych zapachów. Piękna i wyjątkowa. Zapach, który doskonale wpisuje się w zbliżającą się jesienną aurę. Stosuję go na noc i kiedy rano wstaję z łóżka, czuję, że ten piękny zapach wciąż mnie otacza. Magia... :)


Spójrzcie jaki jest gęsty i kremowy. Konsystencja jest bogata, ale nie nazwałabym jej tłustą. Pozostawia jednak wyczuwalny film ochronny.


Działanie i zapach są fantastyczne, ze składem jest trochę gorzej. Jest dużo nawilżaczy, ale również sporo chemicznych dodatków. Bardzo wysoko w składzie zapach.

Ja na pewno jeszcze kupię ten krem w innych wariantach zapachowych i na pewno kupię też inne produkty z linii Japanese Cherry Blossom. Ale to dopiero jak będzie wyprzedaż :)

Jego cena regularna, jak na B&BW przystało, powala. Krem kosztuje 49 złotych.

A co jest Waszym hitem z kategorii nawilżanie ciała?

Buziaki,
Fifruwajka
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...