niedziela, 30 listopada 2014

Zakupy w listopadzie

Cześć!

Tegoroczna jesień się kończy, a szkoda, bo była wyjątkowa piękna. W sklepach powoli pojawiają się zestawy prezentowe (niektóre bardzo kuszące), czekam już tylko kiedy w radiu po raz pierwszy rozbrzmi 'Last Christmas'. Shopping wkrótce stanie się sportem narodowym, będziemy masowo napadać na sklepy w poszukiwaniu prezentów. Ale ja, jak zwykle, bez względu na porę roku, przyjmuję tę samą strategię zakupową - śledzenie fanpage'y na na facebooku, przeglądanie gazetek i polowanie na okazje.


Z okazji wprowadzenia świątecznej linii, The Body Shop zorganizował promocję 'zrób zakupy za 20 zł i odbierz mini masełko kndyzowane jabłuszko. Ja wybrałam sobie tylko mini masełko miodowe i wyszłam ze sklepu z dwoma, płacąc za jedno. To lubię :)

Rossmann jest dokładnie obok The Body Shop, zajrzałam na chwilę i znalazłam dla siebie odżywkę Isany. Jestem ciekawa, jak się sprawdzi.


Odwiedziłam również Super-Pharm, gdzie natknęłam sie na super promocję past do zębów Himalaya. Cena za dwupak to 9,90, podczas gdy dotychczas kupowałam je za około 8 zł w promocji. Wzięłam ulubioną Sparkly White i na wypróbowanie Mint Fresh.

Olejki Magic Spa Farmony były przecenione o połowę. Za wiśniowy (nie mogłam się oprzeć!) zapłaciłam 12,50 zł. Dokupiłam również mydełko Carex do rąk i spełniłam warunek oferty wiązanej (min. 35 zł na zakupy), żeby nabyć serum do rąk Evree w promocyjnej cenie. Jestem go ogromnie ciekawa - skład wygląda obiecująco.

 W Hebe moją uwagę przyciągnął zestaw prezentowy składający się z dwóch produktów o zapachu korzennych pierniczków: peelingu  i balsamu oraz waniliowego kremu do rąk. Mój mąż już wyraził zainteresowanie kremem do rąk. Dwa pozostałe kosmetyki będą dla mnie. Już je wąchałam i pachną bosko! Cały zestaw kosztował około 22 złote.


Również w Hebe kupiłam sobie masełko Nivea jagodowe (przecenione z 10 na 7 zł). Pachnie dokładnie jak jagodowa Jogobella i już stoi u mnie w łazience. Do zakupów otrzymałam próbkę żelu 'Radość życia' Kneipp.

Robiąc zakupy spożywcze w Carrefourze, moją uwagę przyciągnęła obniżka cen dużych żeli Le Petit Marseiliais. Wybrałam sobie brzoskwiniowo-nektarynkowy. Pachnie przepięknie, jak prawdziwe owoce. Zapłaciłam około 10 zł za pojemność400 ml.


Po raz pierwszy skusiłam się też na pudełko. Listopadowy ShinyBox zawiera kosmetyki, które z przyjemnością zużyję w dobrej cenie. Spośród tych kosmetyków miałam bazę Joko (uwielbiam) i odżywkę Babuszki Agaffii. Nie wiem, czy dokładnie ten wariant, ale wiem czego się spodziewać. Zawsze chciałam przetestować jakiś gotowy peeling do ust, marce Organique ufam, więc po jej peelingu spodziewam się wyłącznie dobrych efektów i przyjemnego używania. Chusteczki ze zmywaczem to genialny pomysł. Można wrzucić do torebki i zmyć paznokcie nawet w pracy, jeśli zajdzie taka potrzeba. Jedynym produktem, do którego mam mieszane uczucia są cienie APC - trochę zbyt mocno opalizujące jak na mój gust. Z drugiej strony, zbliża się karnawał, a kolory są ładne i naturalne.



Zapłaciłam 53 zł już z przesyłką, korzystając z kodu towar1klasa.


Udało mi się również wygrać rozdanie u DevilInBlue. Tak w ogóle to bardzo polecam ten kanał, Iza jest przesympatyczna i mam zaufanie do szczerości jej opinii. A co wchodzi w skład nagrody? 4 kosmetyki z kolekcji The One z Oriflame: błyszczyk Rose Glacier, tusz wodoodporny Las Resistance w kolorze czarnym, lakier Lilac Silk, cień do powiek w kremie Petroleum Shine.

Troszkę się tego zebrało, co? :)

Udanego niedzielnego wypoczynku!
Fifruwajka

sobota, 15 listopada 2014

Dieta bezglutenowa - moje doświadczenia, porady, sprawdzone produkty, cz.3

Cześć,

tym razem pokaże Wam, jak przyprawiam swoje dania i po co sięgam gdy czuję mały głód :)

Niestety, gluten w przetworzonej żywności jest wszędzie, więc przechodząc na ten rodzaj żywienia, musimy zdecydować się na rozstanie ze wszelkimi kostkami rosołowymi, Vegetami, kucharkami, maggi  i innymi tego rodzaju glutaminowo-solnymi przyprawami.

Codziennie gotuję, do wielu potraw nieodzowny jest bulion. Dlatego raz w tygodniu (w sobotę) gotuję wielki gar mieszanego rosołu, redukuję go, następnie rozlewam do butelek i słoików i wkładam do lodówki. Potem taki bulion wykorzystuję przez cały tydzień. Co jakiś czas robię też domowe kostki rosołowe. Bulion należy wtedy zredukować jeszcze bardziej, ostudzić, wlać do woreczków przeznaczonych do lodu i zamrozić. Obie metody sprawdzają się znakomicie.

Rosół gotuję bardzo tradycyjny. Włoszczyzna, liść laurowy, ziele angielskie, kawałek wołowiny, na ogół szponder, skrzydło indyka, czasem kawałek kurczaka, odrobina ziół podlaskich do rosołu. Ma intensywny smak, jeśli pozwolimy mu się gotować przez wiele godzin, u mnie pyrka sobie przez minimum 6 godzin. Poza tym, taki rosół na kościach to bogactwo kolagenu - tak cennego dla urody. Zdecydowanie skuteczniejszy i tańszy niż modne kolagenowe drinki :)


W dużych ilościach stosuję też zioła. Wybieram mieszanki bez soli, sztucznych aromatów i wypełniaczy, dobre i bezpieczne dla bezglutenowców są te, które w składzie nie mają nic oprócz suszonych ziół. Sól wybieram morską. Od kilku lat jestem wierna tej ze zdjęcia - nie zawiera antyzbrylaczy, które nie są obojętne dla zdrowia.

Mieszanki  ziołowe marki Dary Natury mogę Wam śmiało polecić - są dobrze skomponowane i zwłaszcza ta do wołowiny cieszy się u mnie dużą popularnością. 


Jestem fanką kuchni wschodu, czasem gotuję ramen, miso albo smażę sajgonki, tak się składa, że sos sojowy jest nieodzownym składnikiem tych potraw. Lubię kucharzyć i przejście na dietę bezglutenową kojarzyło mi się z rezygnacją z tych ulubionych potraw. No bo przecież sos sojowy zazwyczaj zawiera też pszenicę... Okazało się jednak, że Kikkoman ma w ofercie bezglutenowy sos sojowy, skądinąd bardzo dobry.


Kolejną ważną przyprawą w mojej kuchni jest ocet jabłkowy (polecam ten z Rossmanna). Zwykły ocet spirytusowy kupuję regularnie, ale nie do celów spożywczych. Służy mi on do sprzątania (o tym może innym razem).

Smażę zazwyczaj na oleju ryżowym (jest wyjątkowo odporny na wysokie temperatury) albo na maśle klarowanym. Stałe miejsce w mojej kuchni ma także olej kokosowy i... smalec. Bardzo lubię smak smalcu i uważam, że niezasłużenie cieszy się tak złą sławą. Jest doskonały do smażenia, na pewno bezpieczniejszy niż olej rzepakowy czy słonecznikowy.

Do sałatek polecam olej lniany bądź oliwę z oliwek.

Nie piję mleka, ale kupuję fermentowane produkty mleczne, jak kefiry czy jogurty, o ile to możliwe, staram się aby były one z surowego, niepasteryzowanego mleka. Nie zastępuję mleka krowiego mlekami roślinnymi - traktuję je jako całkowicie osobne produkty o innym zastosowaniu. Mleczko kokosowe wykorzystuję do dań kuchni tajskiej a mleko ryżowe popijam jako pyszny drink. Jestem też fanką wody kokosowej - jest taka pyszna, szkoda tylko, że tak dużo kosztuje.

Nie jestem zbytnio łasuchem na słodycze, czasem jednak każdemu potrzeba odrobiny słodkości. Kiedy mam ochotę dosłodzić potrawę, to na ogół wykorzystuję do tego miód, z rzadka ksylitol. Do herbaty najczęściej wybieram domowe syropy (moja mama zrobiła w tym roku syrop malinowy i jagodowy, a teściowa syrop z czarnego bzu) - pychota! Pamiętajcie, żeby miód kupować z lokalnej sprawdzonej pasieki, bo w tradycyjnych sklepach, a zwłaszcza w dużych sieciach handlowych trudno o prawdziwy miodek od pszczółki.


Co bezglutenowiec może podjadać między posiłkami? Oczywiście owoce, orzechy, chrupać marchewkę. Ale co kiedy dopadnie nas 'mały głód' a warzywniak nie po drodze? Co kiedy ma ochotę na łakocie po prostu? :) Są dostępne w sklepach czekolady bezglutenowe, między innymi produkuje je nasza polska Goplana. Niektóre z czekolad Lindta, również nie zawierają gluten, ale trzeba to sprawdzać na opakowaniach.


Moje przykładowe przekąski: czekolada z migdałami i jagodami Lindt, pestki dyni, orzechy laskowe, suszone mango, orzechy brazylijskie, nerkowca, migdały, orzechy włoskie itp.

Nie jestem ekspertem od żywienia, ale taka dieta mi służy. Staram się też edukować i dużo czytać. Oczywiście, dbam żeby w mojej diecie nie zabrakło również dobrej jakości mięsa, jaj i ryb. Stawiam na wołowinę, indyka, królika, makrele i śledzie. Podstawą jest jednak duża ilość warzyw w diecie, zwłaszcza tych zielonolistnych, jak szpinak, brukselka czy jarmuż. Z owocami jestem ostrożna - porcję zjadam raz, najwyżej dwa razy dziennie - mają sporo cukru. Nabiał spożywam, ale dużą wagę przywiązuję do jego jakości, nie jem serków homogenizowanych o smaku szarlotkowym ani innych wynalazków. Jeśli jogurt to tylko naturalny. Mleka w ogóle nie piję, nie czuję takiej potrzeby i nie czuję się po nim za dobrze.

Staram się jeść jak najmniej przetworzone rzeczy i unikam białego cukru oraz białej mąki. Jeśli pozwalają mi finanse kupuję żywność bio. Mam to szczęście, ze posiadam rodzinę na wsi i zawsze mogę liczyć na dostawy eko produktów po rozsądnej cenie.

A Wy? Jak ważne jest dla Was to co macie na talerzu? Od kiedy zachorowałam, zostałam maniakiem zdrowego jedzenia. Kiedyś mogłabym jeść pizzę trzy razy dziennie, siedem dni w tygodniu. Ale wcale nie tęsknię za tamtymi czasami! Teraz jem równie smacznie, ale zdecydowanie zdrowiej. Samopoczucie mam znacznie lepsze. A co Wy myślicie?

Pozdrawiam, 
Fifruwajka

wtorek, 11 listopada 2014

Krem pod oczy Optimals Seeing is Believing - Oriflame

Cześć!

Jako dwudziestopięciolatka czuję się już w obowiązku regularnie pielęgnować oczy. Codziennie rano i wieczorem delikatnie wklepuję kremik w okolice oczu. Kremik pod oczy na dzień ma doskonale nawilżać, szybko się wchłaniać i dobrze zachowywać się pod makijażem. Krem pod oczy na noc wybieram już treściwszy.

Przez kilka ostatnich miesięcy na dzień wybieram kremik Oriflame Optimals Seeing is Believing.


W ładnym szkalnym sloiczku z plastikową zakrętką znajduję sie standardowe 15 ml produktu. Krem jest bardzo delikatny, ma lekką kremowo-żelową formułę, wprost idealną do nakładania pod delikatne okolice oczu. Nie ma mowy, żeby obciążył skórę.


Z drugiej strony, bardzo skutecznie nawilża. Skóra jest miękka i wypielęgnowana. Szybko się wchłania, nie roluje się pod makijażem, dobrze nakłada się na niego kosmetyki kolorowe. Jestem z niego bardzo zadowolona i spełnia moje oczekiwania wobec kremu pod oczy pod makijaż. Na noc oczekuję bogatszej formuły, ale kiedy wyjeżdżam, zabieram tylko ten i też sobie radzi.

Ogólnie, jestem z niego bardzo zadowolona. Ostatnio to jeden z najbardziej udanych kosmetyków tej marki, jakie miałam okazję testować.

Cena regularna jest wysoka, ale zdarzają się promocje, w których można go dostać poniżej 10 zł. Polecam skusić się na jedno opakowanie, bo jest zaskakująco dobry.

Udanego wypoczynku w Święto Narodowe!
Fifruwajka

środa, 5 listopada 2014

Dieta bezglutenowa - moje doświadczenia, porady, sprawdzone produkty, cz.2

Cześć,

kontynuuję cykl dotyczący bezglutenowego odżywiania. Wyjaśnienie, dlaczego jestem na tej diecie i ogólny jej zarys pojawił się w części pierwszej i tam odsyłam wszystkich zainteresowanych. 

Dzisiaj chcę Wam pokazać zbożowe produkty bezglutenowe dostępne w sklepach, które najchętniej kupuję. Jak już wspominałam, dieta bezglutenowa opiera się na wykluczeniu pszenicy, jęczmienia i żyta. Dlatego tradycyjne wyroby zbożowe jak makaron czy mąka pszenna odpadają. W sklepie możemy dostać makarony bezglutenowe, pieczywo, mąki bezglutenowe.


Co do makaronów, najczęściej wybieram te marki SamMills. Gotowe produkty bezglutenowe są znacznie droższe od tych z pszenicy, ale akurat makarony SamMills kosztują nie tak znowu wiele. Kupuję je w Biedronce (nie we wszystkich są) za 3,99 zł za paczkę 500 g. Dostępne są rurki, spaghetti, świderki i drobne kwadraciki. Być może są jeszcze jakieś inne rodzaje, ale sama spotkałam tylko te. Makarony bezglutenowe na ogół wykonane są z mąki kukurydzianej. Kukurydza jednak obok rzepaku i soi, jest najczęściej modyfikowaną genetycznie rośliną, większość upraw kukurydzy na świecie to uprawy GMO. SamMills deklaruje, że ich wyroby są wolne od GMO.

Następny gorący temat to pieczywo. W sklepach dostępne są chleby, bułeczki, bagietki bezglutenowe, ciasteczka, słodkie bułki, czego dusza zapragnie. Jednak cena i kilometrowy skład powalają i odbierają apetyt. Sam smak również pozostawia wiele do życzenia. Dla chcącego jednak nic trudnego - można chlebek upiec samemu. 


W sklepach dostępne są różne mieszanki mąk bezglutenowych. Ja wybieram tylko tę jedną widoczną na zdjęciu (marki Bezgluten). Jej skład nie jest idealny, ale nie jest też tragiczny. Chleb oparty o tę mieszankę i mąkę ryżową jest bardzo smaczny i trwały (jem go przez tydzień, nic się z nim nie dzieje, nie pleśnieje, jedynie trochę obsycha).

Mąki ryżowej teraz akurat nie mam, ale kupuję tę z Melvit. Jest tańsza niż mąki ryżowe pod szyldem typowych firm bezglutenowych i równie dobra.

Czasem do wypieków używam też mąki z amarantusa.

Skrobia ziemniaczana to klasyk bezglutenowej kuchni. Wypełniacz do klusek, placków, pomaga w zaciągnięciu zup, można na jej bazie zrobić domowy kisiel.


Czasem piekę też chleb kukurydziano- gryczany. Tutaj akurat możecie zobaczyć mąkę gryczaną EKO z BioAveny, akurat była w promocji, więc wzięłam, ale ta z Melvit też była OK.

Wyroby kukurydziane kupuję głównie ekologiczne, żeby mieć pewność, że nie były modyfikowane genetycznie. Przy innych mąkach nie przykładam do tego uwagi, kieruję się ceną.

Skrobia kukurydziana i mąka kukurydziana mają szerokie zastosowanie w kuchni. Na przykład, robię z nich zasmażkę (1 łyżka skrobi na 2 łyżki mąki) trzeba rozmieszać z gorącym olejek i postępować tak jak zwykle przy zasmażce pszennej.


Moja dieta teraz w dużej mierze to ziemniaki, brązowy ryż, kasza gryczana i jaglana. Tęsknię za jęczmienną (perłową i pęczak), bo bardzo ją lubiłam, no ale trudno, i tak jest mnóstwo innych pysznych produktów, które mogę jeść.


Do zup przeważnie wybieram makaron ryżowy (ale są też jaglane i gryczane makarony). Używam też często płatków jaglanych (zapomniałam o nich, przeleżały w szafce podczas sesji fotograficznej). Otręby pszenne zastępuję gryczanymi, bułkę tartą w kotletach - ekspandowanym amarantusem. Bułka pszenna bezglutenowa dostępna na rynku to cała tablica mendelejewa.

W kolejnej części pokażę Wam jak przyprawiam, czym słodzę, oraz co zjadam między przekąskami.  

Trzymajcie się cieplutko,
Fifruwajka

wtorek, 4 listopada 2014

Krem nawilzający na noc Biotechnologia Ciekłokrystaliczna Bielenda 30+ Esencja Młodości

Cześć,

dzisiejszy post dotyczył będzie znakomitego polskiego i niedrogiego kremu. Co może dziwne, twarz pielęgnuję głównie polskimi kosmetykami, ciału bardziej służą marki zachodnie... Nie wiem, dlaczego tak jest, ale moja cera lubi się z produktami Bielendy, Ziaji czy Avy.

Absolutnym hitem zaś okazał się ten niepozorny kremik. Słowo daję, to najlepszy krem na noc jaki miałam. Zaczęło się od tego, że będąc u rodziców, zastosowałam awaryjnie kremik na dzień z tej linii  i bardzo mi się spodobała jego konsystencja, zapach, nawilżenie. Poszukiwałam akurat kremu na noc, więc zaczęłam przeglądać opinie na wizażu, na forach, blogach. Ten krem miał same pozytywne opinie, kosztował niewiele, więc postanowiłam spróbować. 


Zakochałam się od pierwszego użycia. Estetyczny szklany słoiczek skrywa lekki, aksamitny krem, który doskonale nawilża i 'syci' skórę. Jest ona miękka i wygładzona. Kremik ma działać przeciwzmarszczkowo - tego akurat nie umiem zweryfikować, ale nawilża niesamowicie. Rano buzia jest naprawdę aksamitna, pod krem nakładam jeszcze serum z witaminą C Avy i jest naprawdę bajecznie.

Zapach produktu jest delikatny i przyjemny. Nie przeszkadza, nie dusi, nie drażni.

Krem nie powoduje żadnych niespodzianek, moja skóra ma do nich skłonność, więc odetchnęłam z ulga nie zaobserwowaszy wysypu czarnych kropek i grudek po jego użyciu. 


Jeszcze tylko szybkie zerknięcie w słoiczek :) Wykończyłam już około połowę opakowania. Krem ma przeciętną wydajność, zresztą, jest tak tani, że nie ma  to dla mnie najmniejszego znaczenia.

Niestety, wyrzuciłam kartonik. Dlatego poratuję się skopiowanym z wizażu składem:
Aqua (Water), Caprylic / Capric Triglyceride, Sorbitan Stearate, Sorbityl Laurate, Glyceryl Stearate, Cetearyl Alcohol, Glycerin, Butyrospermum Parkii (Shea Butter), Olea Europaea (Olive) Oil, Theobroma Cacao (Cocoa) Seed Butter, Argania Spinosa Sprout Cell Extract, Niacinamide, Saccharomyces / Xylinum Black Tea Ferment, Sodium Hyaluronate, Propylene Glycol, Caesalpinia Spinosa Oligosacchrides, Caesalpinia Spinosa Gum, Vitis Vinifera (Grape) Skin Extract, Tocopherol, Beta-Sitosterol, Squalene, Ascorbyl Palmitate, Ethylhexyl Palmitate, Silica Dimethyl Silylate, Butylene Glycol, Caprylyl Glycol, Hexylene Glycol, Dimethicone, Hydroxyethylcellulose, Isomalt, Lecithin, Maltodextrin, Disodium EDTA, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Sodium Benzoate, DMDM Hydantoin, Parfum (Fragrance), Butylphenyl Methylpropional, Hydroxycitronellal, Limonene. 

Skład nie jest może ultra naturalny, zawiera konwencjonalny konserwanty, ale z drugiej strony znajdziemy w nim oleje i naturalne wyciągi, kwas hiluronowy, skwalen i witamin, które odpowiadają za doskonałe działanie kremu.

W moim przekonaniu jakość tego kosmetyku przewyższa kremy apteczne, które kiedyś stosowałam i droższe drogeryjne kremy zachodnich marek. Kupię go ponownie na pewno, chociaż po jego wykończeniu zamierzam spróbować innego kremu z nowej linii Bielendy - Skin Clinic Professional. Mam już serum nawilżające, kupione jakiś czas temu w Hebe, jak spotkam te kremy w promocji, jeden będzie mój (choć jeszcze nie wiem który) :)

Muszę Wam powiedzieć, że naprawdę jestem pod wrażeniem tego, jak dobry krem wyprodukowała polska marka. Nie spodziewałam się, że będę aż tak zadowolona. Polecam, polecam gorąco każdej młodej dziewczynie. Krem jest teoretycznie dla cery 30+, ale moja dwudziestopięcioletnia cera go uwielbia.

Dajcie znać, czy macie doświadczenie z kremami Bielendy?

Buziaki,
Fifruwajka

poniedziałek, 3 listopada 2014

Dieta bezglutenowa - moje doświadczenia, porady, sprawdzone produkty, cz.1

Cześć!

Z powodów zdrowotnych jestem od około dwóch miesięcy na diecie bezglutenowej. Na tyle długo, by mieć już jakieś doświadczenia, wypróbowane przepisy i sprawdzone produkty, które mogę wszystkim bezglutenowcom (i nie tylko - polecić). Wciąż jednak się uczę, więc chętnie poznam Wasze opinie i uwagi w komentarzach.

Dieta bezglutenowa jest obowiązkowa przy celiakii, w nietolerancji glutenu, ale także sugeruje się ją przy chorobie autoimmunologicznej Hashimoto (mój przypadek). Jest chyba jeszcze za krótko, żeby mówić o jej wpływie na tarczycę, przyjmuję zresztą syntetyczny hormon T4, więc ocena jej wpływu na przebieg choroby nie będzie łatwa do wykazania, ale zauważyłam bardzo pozytywny wpływ tej diety na moje samopoczucie i funkcjonowanie układu pokarmowego. Zapomniałam już co to wzdęcie! :) Schudłam też z rozmiaru 38 na 36, nie ograniczając posiłków i wsuwając masło i smalec aż miło ;), chociaż schudnięcie nie było moim celem, a tylko przyjemnym skutkiem ubocznym. Mówiąc krótko, ten sposób żywienia mi służy.

Planuję kilka postów na temat mojego odżywiania i trików, które stosuję by jak najmniejszym kosztem wykluczyć (wszechobecny zresztą) gluten z diety. Ten sposób odżywiania jest wymagający o tyle, że trzeba zrezygnować z 90% produktów dostępnych w sklepach. Można zapomnieć o wafelkach, czekoladkach, większości wędlin, pieczywie, chipsach czy zupkach w proszku. Siłą rzeczy, nie jemy produktów najbardziej przetworzonych, jednak dieta bezglutenowa ma również swoje pułapki. Niektóre gotowce beezglutenowe mają w sobie całą tablicę mendelejewa.... ale o tym później.

Krótko tylko powiem, czym jest ten cały gluten. Jest to rodzaj często uczulającego białka roślinnego, które występuje w pszenicy, życie i jęczmieniu. Na diecie bezglutenowej można natomiast śmiało jeść ryż, proso, grykę, amarantus, dziki ryż, kukurydzę, quinoa i certyfikowany owies (zwykły bywa zanieczyszczony glutenem).

Dlaczego zatem problemem są na przykład wędliny? Niestety, mają one czasem więcej ze zbożami niż mięsem. Błonnik pszenny jest częstym wypełniaczem. I tak jest z większością produktów wysoko przetworzonych. 

Robiąc jednak świadomie zakupy i gotując, z niczego nie trzeba rezygnować. Osobiście uważam, że teraz odżywiam się najsmaczniej i najzdrowiej od kilku lat. Przykładowo, kiedyś czasem z lenistwa stosowałam kostki rosołowe. Zamiast nich używam teraz skoncentrowanego mrożonego rosołu, który przechowuję w zamrażarce w torebkach do lodu. Wszystko jest zdecydowanie bardziej pyszne!

OK, dzisiaj pokażę Wam produkty dwóch firm, które produkują bezglutenowe wyroby mięsne. Oczywiście, najlepiej piec własne wędliny, co zamierzam w przyszłości robić, ale na razie nie dorobiłam się jeszcze piekarnika :)  Z tego powodu kupuję mięsa i wędliny w zwykłych sklepach i wypróbowałam większość bezglutenowych wyrobów dostępnych na rynku. Moimi ulubionymi markami są Profi i Konspol. 



Pasztety dworskie Profi poznałam na długo jeszcze zanim przeszłam na dietę bezglutenową. Smakują doskonale i mają świetne składy (żadnych piór, pazurków i innych paskudztw). Przykładowo, pasztet z dzikiem ma w składzie: mięso z dzika 25%, tłuszcz wieprzowy, mięso wieprzowe, wątroba z kurcząt 18%, jaja, cebula, sól, czosnek, przyprawy. Jest też w ofercie (widoczny na zdjęciu) pasztet z jeleniem, pasztet z królikiem i pasztet wieprzowy. Są certyfikowane i naprawdę świetnie smakują. Za opakowanie 105 g płacimy około 4,50 zł. Uważam to za akceptowalną cenę za tak wysokiej jakości produkt. Gorąco polecam!

Marka Konspol ma szerokie portfolio produktów bezglutenowych. Na zdjęciu widoczna jest akurat kiełbasa śląska, która nie należy do najlepszych wyrobów tej firmy, lecz tak jak mówiłam, często jest problem z dostępnością wędlin bezglutenowych w sklepach i tym razem kupiłam to, co było (obiecałam mężowi fasolkę po bretońsku).

Bardzo polecam natomiast produkty z linii Konspol Natura (trzeba jednak uważać, bo nie wszystkie są bezglutenowe) - nie zawierają żadnych konserwantów, na przykład kabanosy z kurczakiem i jagnięciną.  Kabanosy znakomicie smakują i nie mają żadnych wypełniaczy, samo mięso i przyprawy. Fantastyczna jest też bodajże polędwica z kurczaka - ma równie znakomity skład.

W kolejnych częściach planuję pokazać Wam też produkty, którymi zastępuję tradycyjne pszenne wyroby, jak makaron czy mąka. Podzielę się z Wami również sprawdzonym przepisem na bezglutenowy chleb. Oprócz tego, będą też bezglutenowe słodycze i przekąski, polecane przez mnie oleje i tłuszcze, oraz zdrowsze alternatywy dla cukru. A także - jak nadać potrawom głęboki smak jeśli musimy odstawić maggi, vegetę i kostki rosołowe?  

Dieta bezglutenowa uchodzi za bardzo drogą, jednak wcale taka nie jest, a przynajmniej nie musi być - to też zamierzam Wam pokazać. W moim przypadku oprócz przetworzonych produktów, jej podstawą są mięso i warzywa (świeże i fermentowane). Eliminujemy przede wszystkim żywność przetworzoną. Dzięki temu jest ona zdrowa i bezpieczna. Nie jestem pewna czy spodoba Wam się ten cykl, ale i tak go zamierzam go  napisać. ;)

Zapraszam do lektury kolejnych części i dzielenia się Waszymi uwagami!
Fifruwajka

niedziela, 2 listopada 2014

Zdenkowane w październiku

Kolejny miesiąc za nami. Prywatnie październik był dla mnie bardzo pracowity, stąd moja nieobecność na blogu. Listopad zapowiada się trochę spokojniejszy, mam zatem nadzieję pisać i publikować, a co z tego wyjdzie - jak zwykle, zobaczymy... :)

Dzisiaj chciałabym się z Wami podzielić wrażeniami dotyczącymi używania pewnych kosmetyków. Jak zwykle, przeważa pielęgnacja, co zrozumiałe, pojawi się jednak również odrobina makijażu i akcesoria.


Masło Bath&Body Works było naprawdę świetnym kosmetykiem na lato.Właściwości pielęgnacyjne dość dobre. Rześki, bardzo świeży zapach doskonale sprawdzał się w upały. Kiedy jednak nastała jesień mój nos zaczął się buntować i próbowałam zużyć to masło jak najszybciej. Stety - niestety jest ono bardzo wydajne, więc trochę się z nim pomęczyłam. Niewykluczone, że kupię ponownie, ale latem.

Kremik do ciała Enigma to w zasadzie balsam, jak nie mleczko. Leista konsystencja, doskonale wchłaniająca się w skórę. Nawilżenie dla mało wymagającej skóry w sam raz. Największym atutem produktu był zapach - lubię wodę Enigma, jest bardzo kobieca i zmysłowa. 

Krem do rąk Meyer Lemon od B&BW był wspaniały. Stał u mnie na biurku w pracy od stycznia. Kiedy smarowałam nim dłonie, w całym pokoju czuć było piękny mocny cytrynowy zapach. Bardzo dobrze też pielęgnował - po każdym myciu rąk nakładałam odrobinę i nigdy nie mogłam narzekać na przesuszenie rąk w pracy.

Na noc sięgam po jeszcze bogatsze i mocniej nawilżające formuły. Ostatnio funkcję kremu do rąk pełnił u mnie przeznaczony do stóp kosmetyk Oriflame z linii Feet Up o zapachu imbiru i klementynki. Wspaniały produkt. Bardzo odżywczy, pięknie pachnący. Nie smaruję stóp codziennie, jeśli nie ma takiej potrzeby, ale od czasu do czasu użyłam go również i w tej roli. Także był znakomity. Posiada dużą zawartość mocznika. Polecam i do rąk i do stóp, bo mocno zmiękcza, nawilża i jest świetny jako kuracja na noc.

Maseczki Swedish Spa do stóp używałam zgodnie z przeznaczeniem. Również była świetna. Ogólnie Oriflame, ma wspaniałe kosmetyki do stóp. Nawilżała, była bardzo tłusta, ale po nocy z tą maseczką i w skarpetkach Eco Tools, stopy były mięciutkie i wypielęgnowane.


Zużyłam też trochę produktów do higieny.

O peelingu Lirene szerzej pisałam tu

Podobnie, polubiłam się z peelingiem o zapachu kawy Joanny. Mój nos był oczarowany. Zdzieranie również na plus, kosmetyk złuszczał, ale nie podrażniał. 

Co robi na zdjęciu kosmetyk dla mężczyzn? Jest to żel do golenia, ale mój mężczyzna zaczął nosić bródkę, więc postanowiłam wykończyć go sama. Cóż mogę powiedzieć? Jest bardzo dobry, zapewnia odpowiedni poślizg, nie przesusza, nóżki były zadowolone. :)

Mydło pod prysznic Kakaowe Ziaji zostawił u nas kolega, który się zatrzymał na parę dni. Nie mógł go zabrać, bo miał lecieć z bagażem podręcznym, więc przygarnęłam je ja :) Produkt dobrze myje, ładnie pachnie, nie przesusza skóry. Byłam zadowolona, choć pewnie już nie kupię. Butla jest wielka, a jak tak lubię testować nowości...

Żel pod prysznic Sea Island Cotton to podobna historia jak masełko z tej linii. Ze względu na zapach uwielbiałam je latem, jesienią już mniej, wydajne szalenie. Chętnie sięgnę po inne zapachy tej marki.

Body Scrub Discover to nie scrub, a żel, bo drobinek w nim jak na lekarstwo i słabe jakieś są - od tego trzeba zacząć. Ale! Kosmetyk sam w sobie, kiedy zapomnimy o obietnicach producenta, jest naprawdę sympatyczny. Ślicznie owocowo, pachnie dobrze myję, zamknięty jest w ładnej miękkiej tubie. Wycofali go, a szkoda - będę go miło wspominać.


Szamponowi Hamamelis poświęciłam osobny post. Swoje zdanie podtrzymuję, a poznacie je tu

Wykorzystałam też dwie odżywki do włosów i obie bardzo mi się spodobały. Zarówno odżywka HairX Oriflame do włosów farbowanych jak i  odbudowująca z karite marki Yves Rocher wygładzały i chroniły włosy. Moja czupryna nie jest może bardzo wymagająca, ale doceniam każdy kosmetyk, który utrzymuje jej dobry stan. Odżywkę Yves Rocher kupię ponownie, a z Oriflame mam chęć wypróbować kolejne warianty.

Suchy szampon Batiste to dla mnie kosmetyk i zły, i dobry. Robi swoją robotę, odświeża włosy, poprawia ich wygląd i pięknie pachnie. Wszystko byłoby super, ale jest chyba trochę zbyt agresywny dla mojej skóey głowy - staram się sięgać po niego raczej rzadziej niż częściej.


Zużyliśmy z mężem również sporo różnych mydełek.

Wykończyliśmy trzy warianty mydeł w płynie Ziaji - wszystkie miały podobne właściwości, czyli dobre. Wydajność przeciętna i to chyba jedyny minus, cena też standardowa jak na taki produkt, na pewno nie wysoka.

Mydełko z Oriflame w płynie również dobrze się spisało. Co tu więcej napisać o mydle? Jest trochę drogie, więc kupię jeszcze na pewno, o ile będzie w jakiejś dobrej ofercie cenowej.

Mydła w kostce Oriflame to moi ulubieńcy. Nic im nie mogę zarzucić, a kupuję ich i zużywam sporo. Ładnie pachną, dobrze myją, nie rozmiękają, niektóre mają fajne kształty.

Żele antybakteryjne do rąk to moje must have. Wykończyłam dwa - jeden z arniką z Yves Rocher, drugi z Bath&Body Works, oba były skuteczne, ale B&BW zdecydowanie wygrywa zapachem. Jest przepiękny. Zdaję sobie jednak sprawę, że to drugorzędna sprawa w tego rodzaju kosmetyku. Oba bardzo dobrze odświeżały ręce i stanowiły ratunek podcas jazdy komunikacją miejską.


Większość zużytych kosmetyków do pielęgnacji twarzy również mi się sprawdziła. Lubię maseczki Purederm - wszystkie do tej pory dobrze nawilżały moją skórę, również ta na zdjęciu.

Maseczka z liśćmi zielonej oliwki Ziaji również przypadła mi do gustu - kremowa i nawilżająca dobrze sprawdzała się jako odżywczy kompres po peelingu. Jest niedroga i na pewno jeszcze ją kupię.

Tonik do cery trądzikowej Bielendy to bardzo udany kosmetyk. Na pewno jeszcze go kupię. Więcej tu

Kremik pod oczy tej saej marki przeznaczony był do skóry 40+. Sama mam 25 lat, ale takie bogatsze kremy lubię stosować okresowo na noc. Nie zawiodłam się również na tym, dla mojej skóry pod oczami był w sam raz. Dobrze nawilżał i nie przeciążał jej.

Aaaaa.... Tego kosmetyku nie lubiłam -maski z Beautycycle .Miało być 3w1 Ale nie, ten kosmetyk nie robił nic. Za zadanie miał złuszczać, nawilżać i rozświetlać cerę. Stosowałam go zgodnie z zaleceniami zarówno jako maseczkę i jako peeling. Nie zauważyłam żadnego działania. 

Masło do demakijażu The Body Shop szerzej opisałam tu


Wykorzystałam dwie pasty do zębów Ziaji - nadal bardzo odpowiada mi szałwiowa bez fluru, na pewno się sięgnę jednak więcej po po pastę dla dzieci bez fluoru z ksylitolem. W przeciwieństwie do 'dorosłej' siostry była bardzo słodka i w ogóle nie odświeżała.

Płyn do higieny intymnej Bielendy pokazuję Wam na okrągło, ponieważ to mój absolutny faworyt. Coraz trudniej, niestety, je dostać. Bywało w Hebe, ale już go tam nie widuję. 

Próbka wody Quelques Notes De Amour nie zachęciła mnie do zakupu. Lubię różę w perfumach, ale chyba mam już trochę dośćtej nuty. Sam zapach niezły, ale znam lepsze, nawet tej samej marki (So Elixir).

Ja również skusiła się na wosk Yankee Candle, ale chyba to uzależnienie mnie nie dopadnie. Owszem, pachniał długo i mocno, ale chyba wolę klasyczne olejki. Na plus to, że mój zapach (lilac petals) idealnie odwzorował słodycz kwiatu bzu. Coś pięknego!

No i tarka z The Body Shop, która się rozkleiła. Małe rozczarowanie. Lubię ich akcesoria, mogłyby jednak być trochę bardziej trwałe...





 I na koniec kolorówka. Wykorzystałam kolejne opakowanie tuszu VolumeBuild. Obok Wondera, to jeden z najlepszych tuszy Oriflame. Pogrubia i zagęszcza, jest również trwały. Solidny kosmetyk.

Korektory Multi Mineral Bell cenię za ładne kolory, dostępność, dobre wtapianie się w skórę i niską cenę. Nie przesuszają, ładnie wyglądają, choć nie grzeszą trwałością. Dopóki będzie na rynku, pewnie będę kupować od czasu do czasu.

Konturówka nude z linii Giordani  Gold Oriflame to również lubiany przez mnie kosmetyk. Z niezrozumiałych przez mnie powodów ją wycofują i to akurat ten, najbardziej uniwersalny odcień.

Kredka do oczu Hypoallergenic Bell to kolejny porządny kosmetyk. Ładnie wyglądała na oczach, była dość miękka, miała udany odcień chłodnego ciemnego brązu. Nie kosztowała wiele, jeśli kiedyś jeszcze ją spotkam - kupię. 

Uffff... to wszystko ja zużyłam? Palce mi zdrętwiały od stukania. 
Znacie któreś z tych kosmetyków?

Buziaki,
Fifruwajka

sobota, 1 listopada 2014

Październikowe grzeszki, czyli zakupy w The Body Shop i w Rossmannie

Cześć!

Wyjątkowo, w tym roku nie odwiedzam rodziny w okresie świąt zadusznych. Mąż ma dyżur w pracy i postanowiłam nie zostawiać go samego. Nie wyjechałam z Warszawy. Dzięki temu, zyskałam trochę nadprogramowego czasu, więc umieszczę dla Was ten post i przygotuję kolejne na najbliższe dni :)

Tym razem chciałam Wam pokazać, co ostatnio udało mi się kupić. Ostatnio pieniądze przepuszczam głównie w TBS, ponieważ chciałam wykorzystać na tyle na ile jestem w stanie kartę lojalnościową, a oprócz tego, mam po prostu 'fazę' na te kosmetyki.


Jakoś w połowie października w TBS rozpoczęła się sezonowa wyprzedaż. Jako, że mam z domu 5 minut piechotą (no może 7 ;) ) do sklepu, pojawiłam się w sklepie tego samego dnia, gdy ogłosili tę radosną nowinę na facebooku. 

Udało mi się kupić kilka kosmetyków w naprawdę okazyjnych cenach. Za 350 ml peelingu z linii Spa Wisdom zapłaciłam 29 zł (zamiast standardowej ceny 95 zł). Kosmetyk pochodzi z jakiejś linii limitowanej, w sklepie tester wyglądał i pachniał bardzo obiecująco, więc postanowiłam się skusić. Zapach jest idealny na okres jesienno-zimowy, słodki i kojący.

 Dowiedziałam się, że również linia czekoladowa jest wycofywana. Z tego powodu postanowiłam zaopatrzyć się w jedno masełko do ciała i jeden żel pod prysznic (odpowiednio 39 zł z 69 zł i 14,90 zł z 25 zł).

Było też kilka butelek żelu imbirowego z zeszłorocznej kolekcji, przecienionych z 27 zł na 12,50 zł. Oczywiście, jeden musiałam wziąć.

W CH Blue City Rossmann jest dokładnie obok The Body Shop :) Zajrzałam i wzięłam dwa mydełka Palmolive za 3 zł z groszami (były w ofercie 'cena na do widzenia').


Brakowało mi jednej pieczątki do ukończenia drugiego poziomu karty, więc postanowiłam znów zajrzeć do The Body Shop.

Tym razem skusiłam się na balsam do ciała brzoskwiniowy (19 zł zamiast 45 zł), korektor za pół ceny (24,50 zł zamiast standardowej ceny 49 zł), oraz mydełko kokosowe (5, 90 zł zamiast 9,90 zł). Balsam pachnie przepięknie! Niesamowicie naturalnie.

Z okazji ukończenia poziomu mogłam wybrać sobie inny balsamik z pompką. Zdecydowałam się na ten o zapachu różowego grejpfruta. Jak oni to robią, że te kosmetyki tak cudownie pachną?! 

Wzięłam również dwie próbeczki świątecznych maseł (wanilia i żurawina) i dostałam różne ulotki. 

Między innymi, w dniach 5-7 listopada ma pojawić się ciekawa oferta. Małe masełko o zapachu kandyzowanego jabłka otrzymamy przy zakupach powyżej 20 zł. Szczegóły mają zostać podane na facebooku marki.

Na zdjęciu widzicie również limitowane mydełko Isany na zimę. Lubię bardzo te mydła, a teraz były akurat przecenione na 2,20 zł. Już je wąchałam i słodko pachnie wanilią. Jeśli konsystencja i właściwości będą takie same jak tych ze stałej oferty, dokupię kolejne opakowania.

To tyle na dzisiaj. Jutro zamieszczę post ze sporym denkiem.

Udanych świątecznych spotkań z bliskimi!
Buziaki,
Fifruwajka
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...