poniedziałek, 29 lutego 2016

Zakupy, czyli co nowego w mojej pielęgnacji i makijażu cz.1

Cześć,

pora na nadrobienie wszystkich zaległych postów zakupowych. Mam nadzieję, że nie będzie kolejnego tasiemca :)

To, co być może zauważycie, to to, że coraz bardziej zmierzam w stronę naturalnej pielęgnacji. Raz, że taka strategia służy mojej cerze (o tym, jak ją pielęgnuję będzie chyba oddzielny post, bo jestem zadowolona ze swojej skóry jak nigdy!) i jest zgodna z moimi przekonaniami.


Skusiłam się na płatek Sephory do oczyszczania twarzy (i mycia pędzli, podobno). To nie jest droga rzecz, a ma pomóc w łagodnym peelingowaniu i myciu buzi. Zobaczymy. Dostałam też próbkę kremu Clinique.

W Rossmannie wzięłam ponadto wkładki higieniczne Facelle w ślicznym aluminiowym opakowaniu i maskę-peeling Avy, którą od 2-óch miesięcy już stosuję i muszę powiedzieć, że się polubiłyśmy.


W Carrefourze raz jeszcze skusiłam się na rosyjskie kosmetyki - maskę do włosów regerującą i ulubiony neutralny szampon Natura Siberica.


 W Super-Pharm w ramach wyprzedaży dorwałam dwa zestawy tusz + eyeliner marek Rimmel i Maybelline -50% taniej. Każdy kosztował około 16-17 złotych. Maybelline to tusz Lsh Sensational (używam i jest fajny), oraz eyeliner Master Precise, w Rimmel mamy tusz Super Curler i eyeliner Glam'eyes.


Eko Drogerii Cosmeceuticum zamówiłam sobie dwie maseczki Babuszki Agaffi: witaminową, której wcześniej nie miałam i po raz drugi tę na mleku łosia.

Skusiłam się też na długo rozważany zakup jakim jest pomadka Benecos w odcieniu Soft Coral i jestem nią zachwycona. Jest piękna i cudownie nawilża.

Gratis otrzymałam próbkę kremu pod oczy GoCranberry.



Zoom na pomadkę. No, cudo, piękna pomarańczowa lekko rdzawa czerwień, która na ustach jest wyrazista, ale jednocześnie stonowana, nie krzykliwa.



 Moja mam dostała taki zestaw Biolaven w prezencie, na swięta użyłam u niej i po świętach sprawiłam sobie taki sam :)

A tak wygląda po rozpakowaniu. W środku mamy żel do mycia ciała i balsam z pompką. Oba ślicznie pachną winogronami jak cała linia Biolaven. Otrzymujemy też gazetkę Sylveco poświęconą lawendzie (bardzo ciekawa) i woreczek z zasuszoną lawendą (zamieszkał w szafie).


Często zaglądałam do Rossmanna w styczniu, bo ponownie zakochałam się w marce Alterra, sprawiłam sobie kremowy żel z pomarańczą, waciki kosmetyczne w wyprzedażowej cenie 1,40 zł i bawełniane skarpetki do stóp.

Zrobiłam też zamówienie z Yves Rocher.


W paczuszce znalazły się dwa zapachy, żel pod prysznic, krem do twarzy na dzień, krem pod oczy, dwie próbki i podkład mineralny.



Od dawna miałam chęć na zapach Neroli, który koncentruje się wokół pomarańczy - zapachu jej kwiatów i liści. Jest czysty, elegancki, wyrafinowany. Tak inny od wszechobecnych owocowo-kwiatowo-waniliowych zapachów, od których uginają się półki.

Comme une Evidence L'eau to kompozycja kwiatowa z mocno cytrusowym otwarciem. Jest świeży i niezobowiązujący, ale jednocześnie klasyczny i dość łatwy w odbiorze, moim zdaniem idealny do biura wiosną i latem i w takim celu głównie go kupiłam. Mam wiele zapachów a nie tak wiele znowu mogę nosić do pracy (!!!), niektóre są byt wyraziste, inne - cóż, infantylne. W pracy wolę mieć nieco inny wizerunek.


Jeśli chodzi o pielęgnację, krem do oczu Anti Age Global i do twarzy Elixir 7.9 dostałam gratis do zamówienia. Zobaczymy, jak się spiszą, generalnie doświadczenia z kremami YR mam niezłe.

Podkład mineralny Yves Rocher jest MOCNO rozświetlający i niestety, stosowany solo nie upiększa mojej buzi, wręcz przeciwnie, podkreśla każde załamanie skóry, krostkę, zaskórnik. Stosowany jednak na warstwę innego podkładu mineralnego (w moim przypadku Lily Lolo) na takie miejsca jak kosci policzkowe, czoło, grzbiet nosa, broda, łuk kupidyna, pięknie rozświetla twarz i delikatnie ją rzeźbi, spełnia więc idealnie funkcję rozświetlacza, a efekt jest bardzo subtelny. Mam najjaśniejszy kolor porcelanowy.

Kupiłam też miodowy żel Bio, który ślicznie pachnie i całkiem dobrze się używa (mam go w tej chwili pod prysznicem).

Próbkę kremu do cery wrażliwej i chusteczkę zapachową Zielona Herbata wykorzystam pewnie na jakimś wyjeździe.

Dajcie znać jeśli coś Was zaciekawiło. :)
W najbliższych dniach wrzucę kolejną część, a w niej kilka moich nowych fiksacji kosmetycznych - nowe sklepy, marki, strategie pielęgnacyjne. :)

Buziaki,
Fifruwajka


niedziela, 28 lutego 2016

Denko - gigant cz.5


Cześć,

w końcu ostatnia część denka!

Tym razem już tylko saszetki i próbeczki, odrobina makijażu.



Krem do twarzy Mixa był dość bogaty i odżywczy, ale niczym specjalnie mnie nie ujął. Może kiedyś?

Maseczki Perfecty to przeciętniaki, są kremowe, cera po użyciu jest gładka, ale na cuda bym nie liczyła. Ot, można kupić i użyć, bo niedrogie.

Żel do mycia buzi z La Roche Posay jest dość łagodny jak na mocno oczyszczający produkt. Gdyby nie to, że demakijażuję buzię kosmetykami kremowymi/olejkami, byłby do rozważenia.

Kremy Idealia mnie nie zachwyciły, są dość lekkie, ładnie pachną, miałam dwie próbki - to chyba za mało żeby wydać jakąś bardziej konkretną opinię?

Pomadki Melisa od Urody nie polubiłam. Nie działa doraźnie ani na dłuższą metę, może trochę ochronnie ale na pewno nie pięlgnacyjnie. Pachniała też niezbyt przyjemnie. Wolę Alterrę albo Sylveco albo Nuxe albo Tisane albo masełka Nivea ;)

Ampułki Alterry to kolejny średni produkt. Skład byłby fajniejszy (i działanie pewnie też) gdyby nie to, że serum to jest oparte na alkoholu. Mało która skóra to lubi, moja nie bardzo. Mam jeszcze jedno opakowanie i zużyję, ale już nie kupię więcej.

Maseczka na mleku łosia Babuszki Agaffi to produkt, do którego już wróciłam. Jest kremowa, łagodna, nawilżająca i kojąca, nie działa zbyt intensywnie, ale ja stosuję maski codziennie, więc jej działanie jest dla mnie wystarczające, na jej rzecz przemawia cena i pojemność.

Krem nawilżający liście Manuka zrobił dobre wrażenie, rzeczywiście przynosił ulgę skórze i nie zostawiał tłustego filmu. Szukam czegoś konkretniejszego, ale jako podstawowy krem dla młodej skóry może być w porządku.

Krem na noc  (High Potency Night-a-mins) i pod oczy (Ginzing) bardzo mnie zaciekawiły, jednak mają zaporowe ceny. Obydwa działały niemal od razu po nałożeniu. Mego treściwe i odżywcze konsystencje, ale myślę, że za niższą cenę można kupić równie dobre kosmetyki gdzie indziej. Szukam.


Wykorzystałam też kilka saszetek zapachowych Yves Rocher. Naturelle to zapach w klimacie Light Blue/I love love itd., So Elixir, jest cięższy, bargamotkowo- paczulowo-jaśminowy, śliczny po prostu, Evidence L'eau to cytrusowa wersja, klasycznej szyprowej Evidence YR, a Lilas Mauve to wypisz wymaluj czysty bez.

Colossal 100% black od Maybelline to przyzwoity tusz, który całkiem lubiłam. Pogrubiający i rzeczywiście bardzo czarny, olbrzymia, gęsta szczota.

Wonder Lash Mascara od Oriflame to wieloletni ulubieniec głównie ze względu na piękne rozczesywanie rzęs. Są one idealnie porozdzielane, wydłużone i pogrubione, mocno podkreślone, ale jednocześnie wyglądają naturalnie, elegancko i 'czysto', nie ma mowy o pozlepianych strąkach.

Lubiłam też korektor Studio Artist tej samej marki za to, że pięknie się wtapiał i odświeżał skórę, nie miał mego mocnego krycia ani ciężkiej formuły, ale w jakiś magiczny sposób ożywiał cerę i sprawiał, że niedoskonałości i sińce nie rzucały się w oczy.

Kredka do oczu Bell jest całkiem w porządku. Ładne brązowe odcienie, odpowiednia twardość, trwałość 'średnia krajowa', ale ja i tak zawsze utrwalam kreskę cieniem. Do tego niska cena. Byłam zadowolona.

To wszystko na dziś. Zmęczyłam się tym denkiem :)

Znacie te kosmetyki? Dajcie znać jakie są Wasze doświadczenia! :)

Buziaki,
Fifruwajka

sobota, 27 lutego 2016

Denko - gigant cz.4

Cześć znowu,

dziś kontynuacja denka. Bez zbędnych wstępów, zaczynamy!


Peeling z Alterry może rozczarować, bo w praktyce nie jest peelingiem. :) Jako żel pod prysznic z drobinkami sprawdził się dobrze, ale ścierać to on nie ścierał.

Co innego ten z Bath&Body Works, tu drobiny ścierające były ostre i sporych rozmiarów, dobrze złuszczał martwy naskórek i pięknie pachniał, jak to u Bath&Body Works jest zazwyczaj. Niestety, bazą produktu jest parafina, czyli po użyciu cała byłam oblepiona tłustą nieprzyjemną mazią. Nie, więcej nie kupię.

Peeling myjący z pomarańczą tak jak i ten z mandarynką Fruit Fantasy od Joanny to kolejne kosmetyki, po które nie sięgnę. Złuszczają dobrze, pachną ładnie, ale peelingi naturalne działają lepiej na moją skórę. Jakoś wolę cukier lub sól niż polietylen. Peelingi Joanny w dodatku mocno przesuszyły moją mamę, bo opierają się na klasycznych detergentach, których musi być w nich sporo, bo moje łydki też to odczuły, a nie mam problemów z suchą skórą.

Żel pod prysznic Papaya od The Body Shop pachniał obłędnie, niestety co typowe dla żeli TBS, przesuszał i był pieruńsko drogie. Nie.

Żel do higieny intymnej Facelle to dla odmiany dobry kosmetyk. Łagodny, skuteczny, tani. Bez fajerwerków, ale spełnia wszystkie moje oczekiwania. Zapas czeka w szafce.

Żel peelingujący Yves Rocher też całkiem przyjemnie mi się używało. Pięknie pachniał, nie złuszczał jakoś mocno, ale nie miałam też wygórowanych oczekiwań. Niestety, jest trochę za drogi moim zdaniem.

Płyn do kąpieli dla mam Babydream to mój nowy hit! Głównie myję nim buzię. W promocji jest śmiesznie tani, a moja skóra go uwielbia. Nie przesusza, rozpuszcza makijaż, ślicznie pachnie. Bomba!

Krem pod prysznic Alterra o zapachu pomarańczowo-waniliowym to rarytas. Uwielbiałam go stosować. Jest najlepszy z całej linii do mycia ciała Alterry. Łagodna, kremowa konsystencja i cudowny zapach = olbrzymia przyjemność pod prysznicem. Polecam!

Zużyłam też próbkę żelu Kneipp. Przeciętny żel o ładnym zapachu. Nie mam ochoty na więcej.


Masła z The Body Shop są świetne, drogie, ale naprawdę dobre. Uwielbiam ich zapachy, konsystencję, działanie, wersja z papają również nie zawiodła. Cudowne gęste odżywcze masełko o soczystym owocowym zapachu było bardzo udanym produktem.

Masło brązujące, z całą sympatią do marki, to nie masło. :) Był to dość gęsty krem o ładnym zapachu, który faktycznie brązowił skórę jednocześnie ją nawilżając. Nie wykluczam powrotu.

Balsam brzoskwiniowy był leciutki jak mgiełka, w sam raz na lato. Jednak jego największym atutem był zapach. O mamo, można by go pomylić z jakimś kremem brzoskwiniowym - doskonałe odwzorowanie owocu!

Zużyłam też próbki masełek The Body Shop - śliwki ze świątecznej kolekcji i virgin mojito - letniej limitowanki. Oba zapachy bardzo ładne, ale mam innych ulubieńców.

Balsam w kostce Orientany to nie balsam ale bardzo gęsta mieszanka naturalnych maseł i olei, która pod wpływem ciepła skóry topi się i daje wmasować. Nie do końca się wchłania, pozostawia wyczuwalny film na skórze, ale w moim przypadku zimą to nie problem jeśli nakładamy go po wieczornej kąpieli pod piżamkę. Oczywiście, można zapomnieć o stosowaniu rano - jest zbyt tłusty. Jednak działanie, zapach i świetny naturalny skład to jego olbrzymie atuty. Produkt jest mocno odżywczy, łagodzi ściągnięcie i przesuszenia na skórze, idealny na kolana czy łokcie. Wersja z imbirem i trawą cytrynową, była bardzo fajna, teraz zużywam ylang-ylang z lawendą i też jest OK.



Jeśli chodzi o higienę jamy ustnej, to nie będę się ponownie rozwodzić o pastach Himalaya (pisałam o nich bodajże w części 1-ej).

Pasta Biorepair do stosowania na noc to dobre rozwiązanie dla osób, którym zależy na remineralizacji szkliwa, a jednocześnie unikają z jakichś powodów fluoru. Ta pasta go nie zawiera, nie ma też SLS czy parabenów, ogólnie skład jest niezły i bezpieczny, mogą ją więc stosować też dzieci. Mogę ją śmiało polecić. Osobiście na co dzień stosuję pasty HImalaya na dzien, Biorepair na noc i żel Elmex z fluorem raz w tygodniu.

Pasty Oral-B i Colgate ze zdjęcia dostałam od dentystki. Typowe marketowe pasty, które mocno czyszczą i odświeżają. Składy są bez szału, ale zużyć można.

Jeśli chodzi o nici dentystyczne, to wszystkie ze zdjęcia są w porządku. Faworytką jest jednak ta w turkusowym okrągłym opakowaniu Prokudent (Rossmann). Kupuję ją od jakiegoś czasu namiętnie. Przeznaczona jest do wrażliwych dziąseł i pęcznieje w buzi delikatnie oczyszczając wszystkie zakamarki. Wow, to moja ulubiona nić ever, najdroższa z wszystkich Rossmannowych, ale warta tej ceny.

To już przedostatnia część, jeszcze dziś wrzucę ostatnią, z próbkami i saszetkami.

Buziaki,
Fifruwajka

piątek, 26 lutego 2016

Denko - gigant cz.3

Cześć,

część trzecia, a w niej misz-masz pielęgnacyjny i trochę próbek.


Zużywamy dużo mydeł, muszę powiedzieć patrząc na te zdjęcia, cóż, przynajmniej nikt nie zwątpi w nasze przestrzeganie higieny.

Mydełka Alterra - wiadomo, super, zachęcam do zajrzenia do części pierwszej, tam napisałam o nich szerzej.

Mydło w żelu z drobinkami B&BW miało idealny jesienny zapach i właśnie wtedy je zużyłam. Pięknie pachnie i mocno oczyszcza, wykorzystywałam je w kuchni, gdzie te cechy są szczególnie w cenie. Niestety, stosunkowo mocno wysusza.

Bardzo podobała mi się tegoroczna zimowa limitowanka Isany do rąk, coś pięknego, ciepły karmelowy zapach.

Uzupełniacz mydła Isana w żelu w wersji sensitive był też w porządku, pachniał subtelnie, trochę wysuszał jak wszystkie mydła w płynie Isany.

Mydełkami niewysuszającymi były te z linii Alterra, uwielbiałam je, ale Rossmann postanowił je wycofać. Shaaame...

Mydełko Oasis Oriflame  było glicerynowe a ja z reguł takie lubię, miało jednak nieporęczny kształt i było droższe niż moje ulubione mydła z Alterry, więc ponowny zakup mi nie grozi.


Jak lubię Sylveco, tak komplet do włosów nie powalił mnie na kolana. Szampon oczyszczał słabo, na domiar złego ciężko się wypłukiwał, a odżywka była zbyt lejąca się i lekka by zregenerować włosy. Powtórki nie będzie.

Selsun Blue to sdobry szampon przeciwłupieżowy, ogólnie przeciwgrzybiczy, ale moja skóra głowy preferuje Nizoral/Zoxin-med.

Szampon Klorane, tym razem w wersji z granatem. Zużyłam tylko saszetkę, ale nie zrobił mi on krzywdy, nie zapisał się też w mojej pamięci jako genialny produkt. Cóż, znam szampony Klorane i są one dla mnie dość przeciętne.

Zoxin-med to tańsza wersja Nizoralu i must have w moim domu. Raz na jakiś czas (2 tygodnie) myję nim głowę profilaktycznie z dobrym skutkiem. Kto lubi Nizoral, nten polubi Zoxin-med.

Ketoxin Forte zużyłam tylko próbkę, ale nie zachęciła mnie ona do zdrady Zoxin-medu. Był poprawny, ale chyba słabszy w działaniu.


Olejek arganowy z pro retinolem całkiem nieźle mi się stosowało. Lubię olejki i bogate konsystencje na twarzy choć mam cerę mieszaną ze skłonnością do trądziku. Ważne, żeby to nie była parafina ani olej kokosowy; arganowy akurat świetnie wpływa na moją cerę. W promocji można się skusić.

Serum Alterry z granatem to kolejny kosmetyk, który polubiłam, ma lekką wodnistą konsystencję i genialnie sprawdza się jako nawilżające esencja pod krem. Szybko się wchłania, stosuję je głównie na dzień. Przyjazny skład i niska cena to kolejne atuty, które sprawiają, że mam już kolejne opakowanie otwarte i jeszcze jedno na zapas.

Hydrolat różany Ecospa totalnie mnie w sobie zauroczył! Pachnie tak pięknie i zdaje mi się, ale naprawdę chyba poprawił mi stan cery. Wiem jedno, jest lepszy niż jakikolwiek konwencjonalny tonik.

Serum Evree Magic Rose to hit blogosfery, który we mnie wzbudził mieszane uczucia - z jednej strony dobry skład, cudowny zapach, ale moja skóra jakoś była odporna na jego magię i w sumie nie zauważyłam większego wpływu na stan cery. Cóż...

Maseczka do dłoni The Body Shop była moim hitem. Doskonale nawilżała dłonie, nakładałam ją codziennie na noc i budziłam się z gładkimi rączkami. Kupiłam ją na wyprzedaży za pół ceny, bo regularna cena była jednak za wysoka.

Emulsja do mycia Alterry makijażu nie usunie, a już na pewno nie tego mocnego czy wodoodpornego. Jest dobra do porannego oczyszczenia buzi, ewentualnie jako jeden z etapów mycia buzi. Niedroga, o ślicznym zapachu, dobra, jeśli nasze oczekiwania nie są wygórowane.

Miodowa pomadka Sylveco jest chwalona ze wszech miar, ale ja wolę osobiście brzozową. ;) Obiektywnie, jest to dobry kosmetyk, złuszczanie jest skuteczne, plus za dobry skład i przystępną cenę.

Krem nawilżający Alterry z winogronami i białą herbatą na dzień to kolejny solidny kosmetyk tej marki. Lekka, delikatna konsystencja i niezłe wchłanianie powodują, ze dobrze spisuje się pod makijaż. Nie zapycha i rzeczywiście skóra sprawia wrażenie nawilżonej, jest miękka.

Za to krem pod oczy Dermedic nie zapisał się pozytywnie w mojej pamięci. Był wodnisty, zbyt wodnisty. Nie czułam specjalnego nawilżenia, wchłaniał się błyskawicznie i tyle żeśmy się widzieli. Zużyłam, ale nie wrócę.

O maseczce LOmi Lomi pisałam w części 10ej, znów odsyłam tam.

Wykorzystałam też próbkę szamponu Sylveco - wyżej skomentowałam duże opakowanie.

Próbka kremu Biolaven na dzień - kupiłam pełne opakowanie. Chyba nie wymaga to dalszego komentarza? :) Krem sprawia wrażenie mocno nawilżającego i jednocześnie lekkiego. Tego właśnie szukam w tego typu produktach, więc mam nadzieję, że się nie rozczaruję.

Z chusteczkami Alterry bardzo się lubimy. Są mega tanie, naturalne i czasem używam ich jako odświeżenia w ciągu dnia, albo zamiast toniku. Oczywiście, nie usuwają makijażu.

Zużyłam po próbce kremów na noc i na dzień marki Domus Olea i chętnie wypróbowałabym pełnowymiarowe kosmetyki, gdyby nie ich cena. Oba kremy były koszmarnie drogie (około 170 zł za sztukę) Co prawda, zrobiły dobre wrażenie, ale nie, dziękuję.

Płatki pod oczy Perfecty to gadżet, na którgo zakup skusiła mnie przecena w Super-Pharm. Hmmm, większe rezultaty nie odnotowane, cudów nie czynią.

Wyobraźcie sobie, że będzie jeszcze jedna część... 

Do następnego posta,
Fifruwajka :)

Denko - gigant cz.2

Cześć,

ciąg dalszy olbrzymiego denka z ostatnich miesięcy!


Pisałam w części pierwszej o mojej miłości do mydeł Alterry. Tutaj tylko wspomnę, że to o zapachu granatu jest jedną z fajniejszych wersji. :)

 Żele antybakteryjne The Body Shop są ekstra z kilku powodów: nie są mega drogie, dużo lepiej wypadają niż Bath&Body Works, a zapachy są równie fenomenalne i intensywne!, nie zawierają też triclosanu, a buteleczki można z powodzeniem wykorzystać później podczas weekendowych wyjazdów, bo są mega prakatyczne.

Mydełko Himalaya jakoś bardzo nie zapisało się w mojej pamięci, czyli było raczej przeciętne.



Dezodorant Silk z Oriflame był naprawdę dobry, chronił przed potem i pięknie pachniał. Niestety, była to limitowanka.

Żel antycellulitowy z Bielendy ciężko mi ocenić pod kątem walki z cellulitem, bo przyznaję, nie stosowałam go regularnie. Ładnie się wchłaniał, nawilżał skóre, ale wiele więcej powiedzieć nie mogę.

Masło truskawkowe Flos-Lek recenzowałam tutaj

Żel Le Petit Marseiliais zachwycał przede wszystkim zapachem - niesamowicie realistyczna brzoskwinia, słodka, ociekająca sokiem, aż lepka momentami, a jednocześnie owocowo odświeżająca. Coś cudownego. Poza tym - zwykły raczej rzadki żel. Ale zapach -petarda!

Kolejne mini masełko The Body Shop było o zapachu miodowym - bardzo słodkie, kwiatowo - miodowe właśnie, mogło by zmęczyć co wybredniejsze nosy. Poza tym Body Shopowy standard - mocno nawilżające, gęste, zostawiające lekko tłusty film.

Na zdjęciu widać też truskawkowy żel The Body Shop w dwóch pojemnościach. Hmmm... truskawka nie jest najlepiej oddanym zapachem wśród wszystkich linii The Body Shop - jest odrobinę sztuczna, jak aromat truskawki stosowany w cukierkach albo galaretkach. Sam żel też taki sobie - niestety, żele The Body Shop przesuszają. Nic specjalnego.

Olejek do masażu Alterry z migdałem i papają uwielbiam, jak wszystkie tej marki. :Piękne zapachy, przystępna cena, świetne działanie i naturalne składy - wciąż do nich wracam.

Bielenda krem CC do ciała to świetny koncept, jednak z wykonaniem było trochę gorzej. Kosmetyk dobrze rozprowadzał się na skórze i nadawał moim wiecznie bladym nogom ładniejszego kolorytu, jednak nie był dość trwały i wciąż bałam się, że mi spłynie podczas upałów. Wykończyłam i wyrzuciłam opakowanie bez żalu.

Peeling Spa Wisdom od The Body Shop to kosmetyk, w którym się zakochałam. O mamo! Gęsty peeling o średniej mocy złuszczającej, tłustawa bogata formuła to coś idealnego na delikatną czy suchą skórę nóg. Poza tym, delikatny słodkawy zapach (podobny do linii Shea).


Szampon Alterry kupiłam bo był w cenie na do widzenia i przypomniał mi on dlaczego nie lubię szamponów tej marki. Niestety, moje włosy nie wyglądają po jego użyciu atrakcyjnie, a skóra głowy też jest na granicy podrażnienia. Znam lepsze rzeczy dla swojej głowy i chyba to mój ostatni romans z myjadłami Alterry do włosów.

Jedwab Delii naprawdę przypadł mi do gustu. Miałam dużą pojemność 100 ml i był nie do zużycia w terminie, więc wyrzuciłam go przed faktycznym 'zdenkowaniem'. Nie miał w składzie alkoholu, więc nie przesuszał włosów a skutecznie zabezpieczał końcówki i ładnie nabłyszczał włosy.

Żel Hegron to klasyk, który bardzo mocno utrwala włosy. Zużycie go zajęło mi chyba 100 lat, ale w końcu (prawie) się udało. Teraz praktycznie nie stosuję środków stylizujących, wiec raczej do niego nie wrócę, ale jeśli ktoś poszukuje mocnego utrwalenia fryzury to mogę go polecić. Wadą jest atomizerem, który aplikuje produkt w dużych kroplach, więc ja stosowałam żel psikając na ręce i delikatnie wgniatając  we włosy (głównie utrwalałam tak loki).

Odżywka bananowa naprawdę przypadła mi do gustu. Włosy były mięciutkie, lekkie, ale wygładzone, no i ten zapach banana. Naprawdę udany kosmetyk, który polecam wypróbować, bo mi akurat przypadł do gustu.

Spray dodający objętości Yves Rocher jakoś mnie nie ujął, używałam go rzadko i nie dałam rady wykorzystać przed terminem ważności. Cóż, rzadko kiedy stylizuję włosy, więc i tych kosmetyków używam sporadycznie. To była lekka mgiełka delikatnie utrwalająca włosy, więc można było unieść włosy i utrwalić efekt tym preparatem, ale na pewno nie robiła ona na głowie efektu push-up. Może lepiej sprawdziłaby się na krótkich włosach. Moje mogły być za ciężkie.

Mini szampon Klorane z pokrzywą fajnie odświeżająco pachniał - zużyłam go na wyjeździe wakacyjnym, dobrze oczyszczał, ale na dłuższą metę byłby zbyt agresywny dla mojej skóry głowy. Wrażliwcom odradzam.

Maska Isany z olejkami to kosmetyk, który już polecałam i zdania nie zmieniam. Jest świetna, a za te pieniądze wręcz obłędna. Włosy są piękne i dociążone, błyszczące.Warto spróbować.

Ampułki Marion za to były do bólu przeciętne. Według producenta super odżywcze serum, intensywna kuracja, dla mnie - hmmm... silikonowa maziaja, która nic na dłuższą metę nie daje włosom. Jestem na nie.


Sól do kąpieli stóp Delii była całkiem OK. Fajnie odświeżała stopy, była w niezłej cenie.

Dezodoranty do stóp Oriflame bardzo lubię. Odświeżam też nimi wnętrze butów. Są świetne, zwłaszcza w upały.

Sól BeBeauty też jest OK, oczywiście ten kosmetyk trudno zepsuć, wystarczy do zwykłej soli dodać dobry aromat, ale lawendowa wersja relaksująca w połączeniu z niską ceną to niewątpliwe atuty tego produktu.

Krem do stóp z mocznikiem Oriflame zużyłam do rąk i był to strzał w dziesiątkę! Mocno nawilżający i natłuszczający produkt stosowałam pod rękawiczki nocą i dłonie rano było mięciutkie i gładkie. Super!


Krem liście zielonej oliwki jakoś bardzo mnie nie urzekł, nie był jednak zły. Kupiłam go w śmiesznej cenie, na pewno poniżej 5 złotych, jednak chyba nie skuszę się na powtórkę bo niczym mnie nie zachwycił -dość tłusty, bielący, ze średnim składem..

Mleczko do oczyszczania twarzy Love Nature Oriflame również mnie nie zachwyciło. Używałam go pod prysznicem do domywania resztek makijażu, nie było zbyt skuteczne i trochę podrażniało oczy. Nieee....

Krem z kwasem migdałowym to jeden z moich ulubieńców wszech czasów. Doskonały dla cery trądzikowej, delikatnie złuszcza i reguluje problemową skórę. Chyba wiosną znów włączę go do pielęgnacji.

Tonik Love Nature spisał się lepiej niż mleczko, ale czerech liter nie urwał. Ot, tonik. Pachniał ładnie, nie podrażnił, cudów też nie zdziałał, no bo czym skoro to praktycznie sama woda z glikolem propylenowym i zapachem.

Maseczka Gestes d'Institut od Yves Rocher to jakiś zabytek zagubiony podczas przeprowadzki i odnaleziony przypadkiem po latach... Nie ma jej w produkcji od jakiegoś czasu, więc powiem tylko, że była to maseczka z glinką, raczej przeciętna w działaniu.

Co innego krem pod oczy Riche Creme - ten spisywał się znakomicie. Gęsty i odżywczy, idealny na noc jako produkt intensywnie nawilżający skórę. Na pewno jeszcze się spotkamy!

Serum Bielendy Laser Extreme posiadało lekką, wodnistą konsystencję i całkiem przyjemnie mi się je stosowało, nie zauważyłam jednak oszałamiających rezultatów, niestety.

Masełko Nivea lubiłam, miało cudowny jagodowy zapach, który mnie zachwycał za każdym razem kiedy po nie sięgałam. Fajny, niedrogi kosmetyk.

Maska z linii Pure Skin Oriflame to kolejna maseczka z glinką, jednak ona również mnie nie urzekła. Wolę rozrabiać glinki w domu z olejkiem lub hydrolatem, i taniej, i lepiej.


Żele do higieny intymnej Facelle to pewniaki, zawsze kiedy nie wiem, co wybrać w Rossmannie, sięgam po nie. Są śmiesznie tanie, delikatnie oczyszczają wrażliwe okolice. Czasem myję nim awaryjnie twarz i też jest OK, zero podrażnień i dobre oczyszczenie.

O pastach Himalaya pisałam w części pierwszej. Tam odsyłam po szczegóły.

Dzięki,
Fifruwajka

Denko - gigant cz.1

Hej,

Dzisiaj przychodzę z kolejnym denkiem. Kosmetyki te 'odkładały się' od wieeelu miesięcy, więc ilość nie jest aż tak imponująca jak na tak długi okres czasu. :) Dla mnie jednak każde denko jest powodem do zadowolenia oraz motywacją do zużywania kosmetyków na bieżąco.

Zdjęcia nie były robione tego samego dnia, więc kosmetyki będą się powtarzać.O każdym produkcie napiszę tylko raz, żeby nie przedłużać, więc jeśli coś zostanie pominięte, wyżej w poście powinno dać się znaleźć.


Pasty Himalaya Herbals towarzyszą mi od jakichś dwóch lat i pozostaję im wierna. Moją ulubioną jest Sparkly White, która dobrze oczyszcza (i łudzę się, że może coś wybiela). :)

Od dłuższego czasu stosuję też płyn do płukania ust Sylveco. Mocno odświeżający smak i sporo naturalnych ekstraktów sprawia, że jest nie tylko łagodny dla śluzówki, ale i przyjemny w użyciu.

Co do nici dentystycznych, widoczne na zdjęciu Elgydium i Colgate uważam za średniaki, w dalszej części posta przedstawię Wam mojego ulubieńca.


Płyn do kąpieli Babydream fur Mama to hit ostatnich miesięcy. Z uporem maniaka zużywam go na wszelkie możliwe sposoby - do mycia włosów, ciała i twarzy. Uwielbiam jego łagodność, śliczny, subtelny zapach i 'miękką' konsystencję. I cenę - zawsze kupuję go w promocji za około 6-7 zł. Butelka ma 500 ml. Najbardziej jednak lubię stosować go do twarzy - delikatnie oczyszcza, zostawiając skórę nawilżoną.

Żele pod prysznic B&BW przepięknie i intensywnie pachną, są super wydajne, mocno się pienią, niestety kosztują bardzo dużo i od strony składowej nie są warte tej ceny. Peach & Honey jest doskonałym reprezentantem.W zasadzie to czysty detergent i zkompozycja zapachowa - cóż, po okresie fascynacji marką, coraz mniejszą mam chęć na wizytę w tym sklepie.

Dla odmiany, w The Body Shop jestem niezmiennie zakochana. Peeling jagodowy podbił me serce na amen. Cudowne drobinki ścierające (pestki owoców) zatopione w cudownie pachnącej kisielo-galaretce zapewniały dobry efekt na skórze i przyjemne stosowanie. 

Peeling do biustu Push Up również zapisał się na plus, chociaż z drugiej strony to nie kosmetyk pierwszej potrzeby. Był bardzo łagodny dla tych delikatnych okolic, przyjemnie kremowy, a jednocześnie skuteczny. Niestety, znów drożyzna i nie spodziewam się zakupu podobnego produktu.

Żele Alterra generalnie lubię, jednak wersją z plumerią jakoś niespecjalnie mnie oczarowała. Z tego co wiem jest wycofana i nie będę tęsknić.

Żel do higieny intymnej Biolaven był super - bardzo łagodny, o przyjemnym zapachu, świetnym składzie. Myślę, że wejdzie na moją stałą listę zakupów.


Odżywka Pharmaceris do włosów wypadających to średniak. Ciężko mi nawet opisać jaka była, bo nie zostawiła po sobie większego wrażenia. Żadnej szkody, żadnego większego pożytku.

Inaczej było w przypadku maski Biovax z algami i kawiorem, która zostawiała włosy wyraźnie bardziej nawilżone, jednak nie wyróżniła się na tyle, bym chciała do niej jeszcze wrócić.

Niespecjalnie polubiłam się z też z odżywką Rainforest Moisture z The Body Shop. Niestety, to kolejny przeciętniak. Nic specjalnego za dość wygórowaną cenę.

Lepiej sprawdził się szampony The Body Shop - Rainforest Balance i Banane, oba dobrze oczyszczały, ale w łagodny i bezpieczny dla wrażliwej skóry głowy sposób.

Kolejne podejście do odżywki Alterra pozostawia mnie z tym samym przekonaniem co zawsze - kiedy nie wiadomo co kupić, albo budżet jest ograniczony, można po nią siegnąć, bo jest tania i dobra, cudów jednak nie czyni, jeszcze pewnie nie raz po nią sięgnę.

Saszetka szamponu Klorane - kiedyś kupowałam produkty tej marki, jednak ceny i brak efektów pielęgnacyjnych mnie zniechęciły. Saszetka jednak sprawdziła się w podróży, pełnowymiarowego produktu nie kupię.


Mydło do rąk z Piotra i Pawła kupiłam z ciekawości, niestety jakość jest marketowa - piękny zapach, niestety bardzo wysusza ręce.

Mydełka Alterra w kostce uwielbiamy razem z mężem, są delikatne, tanie, naturalne, mają szeroką gamę zapachów i od dawna królują w naszej łazience.

Mydło w płynie Alterry też było bardzo fajne, niestety zostało ono wycofane z Rossmannów. Szkoda, bo jak zobaczycie niżej, regularnie je kupowałam.

Mydełko Discover z Oriflame pięknie owocowo pachniało i nie przesuszyło nam dłoni. Ze względu na cenę wybieram jednak Alterrę.


Kolejnym kosmetykiem z Alterry był krem na noc, który również dobrze się u mnie sprawdził. Ładnie nawilżał cerę i nie spowodował wysypu niedoskonałości, czego się obawiałam. Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to konsystencja, produkt był jakby odrobinę tępy, jednak udało mi się do tego szybko przyzwyczaić.

Tonik Fitomed chętnie kupię przy najbliższej okazji, był łagodny dla skóry, oraz bardzo przypadł mi do gustu jego zapach.

Peeling bardzo mocny Ziaji recenzowałam tu

Do żelu micelarnego z Biedronki co jakiś czas wracam, jest dleikatny dla skóry, skuteczny i niedrogi, łatwo dostępny, bo Biedronka jest chyba już na co drugiej ulicy.


Wykorzystałam też parę próbek. Lekkie kremy Sylveco miałam we wszystkich wariantach: brzozowy, nagietkowy i rokitnikowy. Wszystkie są dość podobne, lekkie i nawilżające. Najbardziej chyba przypadł mi do gustu rokitnikowy, ale nie różniły się one między sobą jakoś bardzo. 

Krem na dzień Biolaven również był dość podobny pod względem konsystencji i doraźnego działania, a także pięknie pachniał. Kupiłam już pełnowymiarowe opakowanie.

Maseczka Beauty Formulas z czekoladą to raczej bajer niż solidny kosmetyk. Miała mega przyjemną piankową konsystencję, cudowny kakaowy zapach, ale skóra po zmyciu nie była 'wow', nie potrafiłam dopatrzeć się efektu.

Maski Lomi Lomi to typowe produkty nawilżające w płacie rodem z azjatyckiej pielęgnacji, mocno nawilżające skórę. Czekam aż nasz rodziny rynek zareaguje i wyprodukuje tańszą i może bardziej 'eko' alternatywę, bo cena 6 zł w Hebe za jednorazowy produkt o średnim składzie tak sobie do mnie przemawia.


Udało mi się również wykończyć 3 kremy do rąk.

Najlepszy był rodzimy Evree, ktory ine tylko pięknie pachniał, ale i działał na skórę rąk, nawilżając ją i zostawiając delikatny film. 

Krem Oasis (Oriflame) i The Body Shop o zapachu truskawki były lejące i niewiele robiły ze skórą. Pięc sekund po nałożeniu kremu ręce znów były ściągnięte. Nie myję garów cały dzień, mam zmywarkę, ale te kremy nie radzę sobie nawet z nawilżeniem skóry po zwykłym myciu rąk (fakt, że myję ręce często, bo mam zwierzaka, ale zawsze...).

Masełko truskawkowe The Body Shop również zużyłam jako krem i w tej roli spisało się lepiej niż krem 
tej samej marki. Pachniało ślicznie i dawało skórze faktyczne nawilżenie, systematyczna aplikacja wystarczała by dłonie były w dobrej kondycji.

Olejki eteryczne to u mnie w domu produkt pierwszej potrzeby. Inhalacje, sprzątanie, prasowanie, kąpiele, mają miliony zastosowań. Olejek herbaciany dodatkowo działa na wypryski. Muszę mieć jeden w domu, inaczej się nie da po prostu!

Balsam Catrice był wspaniały. Pięknie wyglądał na ustach, kosztował niewiele i pewnie byśmy się zaprzyjaźnili na dłużej gdyby nie zepsuł mi się przed terminem ważności. Kupiłam egzemplarz zafoliowany, przechowywałam go w kuferku, gdzie jest sucho i nie ma dostępu światła, także bardzo mnie to zabolało, że po paru miesiącach wylądował w denku. Jakoś nie mam ochoty kupować teraz kolejnego.


Kilka kosmetyków do paznokci, które zużyłam lub nie... ale już czas żeby się ich pozbyć. 

Krem do paznokci Yves Rocher stosowałam na noc i przy odrobinie regularności widziałam rezultaty. 

Niestety, odżywka Oriflame Nail Boost jakoś nie zrobiła na mnie większego wrażenia, chociaż też nie nazwałabym jej bublem, coś tam jednak robiła...

Inaczej bylo jednak z żelem do skórek tej samej marki, który nic nie robił. Strata czasu i pieniędzy.

Za chwilę umieszczę kolejną część (części), w każdym razie w ostatniej dopiero spodziewajcie się jakiegoś podsumowania.

Na razie,
Fifruwajka
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...